Oh! Styczeń już za nami?! Moje 36!… poniedziałek, 1 lutego 2021

 

 

Większość z nas jest teraz w takim właśnie stanie. Chcąc, czy też (bardziej) nie, musieliśmy przyzwyczaić się do nowych zasad życia, w tej innej rzeczywistości. Nikt tu nikogo nie pyta się przecież o zdanie. Trochę już przyzwyczailiśmy się do tego, że jest bardzo ciężko.

Pierwszy raz w moim dorosłym życiu, jestem tak długo w jednym miejscu, na dodatek na wyspie. Z Korfu nie wyjechałam ani raz przez okrągłe już 12 miesięcy. I nie mam pojęcia kiedy uda mi się wyjechać. Spotkania z ludźmi oraz różne aktywności, wszyscy mamy teraz ograniczone do minimum. Ratunkiem jest internet i choć internetowa łączność ze światem. Im dłużej trwa jednak ten lockdown, coraz trudniej jest mi usiedzieć w domu i coraz mniej chętnie patrzę na ekran komputera i telefonu. Jak powietrza brak mi podróży, spotkań z ludźmi. Normalności. No, ale przecież nie mi samej…

Jest to jedno z moich noworocznym postanowień. I urodziło się najwyraźniej z potrzeby tej chwili. Kiedy obmyślałam moje plany na rok 2021 pomyślałam, że chcę być w nim jeszcze bardziej zdrowa, jeszcze bardziej wysportowana, chcę tryskać dobrą energią i chcę być zadowolona z kondycji i wyglądu mojego ciała. Najpierw była ta myśl, taka właśnie chęć, takie wyobrażenie. A później… Później należało już tylko podjąć to wyzwanie!

To co zamarzyłam i czego tak bardzo zapragnęłam, okazało się że daje mi pływanie zimą. Przez cały styczeń pływałam dwa razy w każdym tygodniu. Nigdy nie lubiłam zimna i zawsze byłam strasznych zmarzluchem. Dla wielu osób wchodzenie do wody, kiedy na zewnątrz jest jakieś 12 stopni nie jest wielkim wyczynem, ale każdy ma swój własny szczyt. Dla mnie przełamanie się i wejście do zimnej wody, w środku greckiej zimy, za każdym razem wymagało przełamania się. Zwłaszcza na samym początku. Za każdym razem na kilka chwil przed wejściem, w mojej głowie pojawiało się tysiąc argumentów, dlaczego tego dnia tego nie robić, że może jutro, czyli zapewne nigdy. Ale radość, jaka pojawiała się we mnie po przełamaniu mojej słabości połączona z ruchem i zimnem wody, stała się jak wewnętrzna bomba dobrej energii, która wybucha i promieniuje na co najmniej kilka następnych dni, aż do kolejnej kąpieli. Dzięki pływaniu zimą, mimo całego zamieszania na świecie i mimo nadal trwającego zamknięcia, z ręką na sercu – mój styczeń był dla mnie jednym z najfajniejszych miesięcy jakie od dłuższego czasu pamiętam! Ja zwyczajnie czułam się fenomenalnie razem ze sobą!

 

 

Podobno nie ma zbiegów okoliczności. I pewnie nie był nim mail, który dostałam od mojej czytelniczki. Kiedyś pisałam, że jedną z osób, które bardzo mnie inspirują jest już niestety świętej pamięci Antoni Huczyński, czyli słynny Dziarski Dziadek. Jeśli ktoś z was go nie zna, koniecznie wyszukajcie w internecie. Ten post znajduje się tu, niżej.

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Co fajnego w Polsce?… poniedziałek, 9 lutego 2015

 

Weronika, która do mnie napisała przez długi czas mailowała z panem Antonim. Przesłała mi ostatni mail, który dostała od Dziadka, przed jego śmiercią. Razem z Weroniką chcemy się  z wami tym mailem podzielić… Tutaj jest jego treść. Ma on dla mnie niezwykle cenne przesłanie. Wklejam treść maila, bez nanoszenia żadnych zmian. Tak jak pan Antoni napisał w oryginale.

 

(…) Pani Weroniko, nasz świat niczego za darmo nam nie serwuje, na wszystko musimy sobie sami zapracować. Każdy człowiek w swoim żyiu szuka zdrowia, długowiecznośći, szczęścia i jak pokonać swój krąg niemożliwości. Każdy z nas chce żyć bez bólu, zmartwień, trosk i cierpień . I ten upływający czas, żłobi w duszy złowieka wiele refleksji, nadziei i zwątpień i tą tęsknotę, jaką jest idealna miłość. Trzeba cieszyć się, radować, uśmiechać, bo to doskonały wynalazek natury. Ja dodam od siebie, że ruch musi być twoją codziennością, tak, jak oddychanie. Gimnastyka, biegi, spacery, to rywalizacja samego z sobą, to sposób na zdrowie i radość, to filozofia i mądrość. to szacunek dla własnego zdrowia, , tutaj nie trzeba nikogo pokonać, nikogo zwyciężyć, to walka ze swoim lenistwem, próżniactwem i wygodnictwem. Pani Weroniko, proszę pamiętać, cały nasz przeogromny Wszechświat jest w nieustannym ruchu. Serdecznie Panią pozdrawia, wiekowy 98 latek, jeszcze w całkiem dobrym zdrowiu, Antoni Huczyński

 

Pan Antoni jak zwykle ma rację. Te słowa przeczytałam przed moim kolejnym wyjściem, żeby popływać, kiedy znów czułam, że wszystkie głosy w mojej głowie, przekonują żeby tego nie robić. Właśnie wtedy bardzo potrzebowałam to przeczytać.

Szczęście.

Dobre samopoczucie.

Zadowolenie ze swojego ciała.

To wszystko wymaga od nas pracy. Nic nie przychodzi samo, od tak z siebie. Nikt nie da nam dobrej kondycji, dobrego samopoczucia. Nie możemy tego kupić. Na to wszystko sami  musimy ciężko zapracować. Wypracowując nowe nawyki. Przełamując siebie. Pokonując własne słabości. Wyznaczając sobie nowe cele. Zachowując konsekwencję i samodyscyplinę. A życiowe poczucie szczęścia, moim zdaniem jest wynikiem włożonej przez nas pracy, naszego samozaparcia.

 

 

Wczoraj miałam moje 36 urodziny. Jak możecie się domyśleć, nie było dużej imprezy, obyło się bez wielu prezentów, nie było też wyjścia na fajne, dobre jedzenie. Przybył mi kolejny rok życia. Z tej okazji sama dałam sobie najlepszy prezent. Znów przełamałam siebie i weszłam do zimnego morza. Po zdrowie, po energie, po kondycje, po endorfiny. Po moje szczęście. 36 lat na karku, a ja w moim ciele tak dobrze nie czułam się jeszcze nigdy!

 

TU! przeczytasz o moim smoothie z pietruszki.

TUTAJ! przeczytasz o najstarszej dzielnicy miasta Korfu.

TU! sprawdzisz ofertę naszych wycieczek po Korfu.

 

 

 

 

 

Co działo się u mnie w listopadzie?… piątek, 4 grudnia 2020

 

Za nami już miesiąc drugiego lockdownu. Kawa… Teraz tylko w takiej wersji! Ale to najmniejszy problem.

 

Po tak szalonym sezonie, który wszystkich nas kosztował ogromną ilość nerwów, ostatnie na co chciałam poświęcać moją uwagę w listopadzie, to śledzenie koronawirusowych doniesień. O tym, że czeka nas kolejny, bardzo restrykcyjny lockdown dowiedziałam się od koleżanek, z którymi właśnie umawiałyśmy się na kawę. Ustalałyśmy dzień spotkania i wtedy jedna z nich powiedziała, że raczej już spotkać się na kawę nie zdążymy.

 

Na dzień przed lockdownem. Wszędzie były ogromne ilości ludzi. Trochę jak przed świętami.

Moja ostatnia normalna kawa. I nie ma co ukrywać – smuteczek.

 

Dosłownie dwa, trzy dni później, Grecję czekał drugi lockdown i powtórka z „rozrywki”. Już prawie jeden miesiąc poza sklepami spożywczymi pozamykane jest w Grecji wszystko! Na zewnątrz możemy wychodzić, tak jak poprzednio – tylko załatwiając niezbędne rzeczy i  wysyłając na policję smsa. Można więc wychodzić po niezbędne zakupy, do lekarza, apteki, czy też uprawiać sport. Po godzinie 21.00 na terenie całej Grecji obowiązuje godzina policyjna i w ogóle nie można już wychodzić. Ulice miasta Korfu, ponownie całkowicie zamarły. Nikt nie potrafi określić konkretnie, kiedy rzeczywistość w Grecji będzie wracała do swojego naturalnego rytmu. Wszyscy z wypiekami na twarzy czekamy na doniesienia o szczepionce.

 

Przyznaję, że kolejne tak restrykcyjne zamknięcie Grecji jest dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem. Wiem, że tego wymaga sytuacja, ale wiem również że finansowa pomoc greckiego rządu jest praktycznie żadna. W dość abstrakcyjnej logice obecnego prawa trudno jest się połapać. Do którego momentu jest w stanie wytrzymywać tę sytuację ekonomia? Jak długo ludzie będą mogli żyć jedynie ze swoich oszczędności, bez pomocy ze strony greckiego państwa?

 

Kawiarenki na Liston pozamykane.

Miasto Korfu jak zawsze piękne. Ale… martwe.

Nawet Kapodistrias nie ma pomysłu jak teraz to wszystko poukładać…

 

Jak powietrza brakuje mi podróżowania. Na Korfu bez wyjeżdżania na ląd jestem już prawie rok. Teraz nawet zwykła podróż pociągiem, byłaby dla mnie nie lada atrakcją… Psychicznie momentami jest ciężko. Ale mimo wszystko każdego dnia doceniam fakt, że byliśmy w stanie przetrwać tak niesamowicie trudny sezon. Jeszcze wiosną i w pierwszej połowie lata, wszystko wisiało u nas na włosku. Ta niepewność jutra, była dla mnie często najtrudniejsza. Czy będziemy mogli pracować? Nie byłam pewna, czy zimą finansowo będziemy w stanie zostać na Korfu. Czy będziemy  w stanie się utrzymać?  I czy rok później nie będziemy musieli wielu rzeczy zaczynać zupełnie od zera.

Każdego ranka, kiedy wstaję rano jestem podwójnie wdzięczna, że się udało, i że mamy nasz dom. Że jest w nim ciepło. Że mamy w co się ubrać i co zjeść. Co prawda dużo skromniej niż zazwyczaj, ale jesteśmy w stanie przetrwać zimę. Jesteśmy zdrowi. A resztę – nadrobimy.

 

TUTAJ! przeczytasz o tym co działo się u nas podczas pierwszego lockdownu.

 

Teraz szczególnie bardzo dużo u nas, bardzo zdrowego jedzenia.

 

Normalność, możliwość kontaktu z ludźmi, aktywne życie i podróżowanie wróci do nas w stosownym czasie. Choć już tak bardzo nie mogę się tego doczekać. Na teraz znów przyszedł czas, żeby zająć się sobą. Tym razem, podczas tego zamknięcia, nie mam już stresu o prace. Teraz głowę mam spokojną i mogę skoncentrować się na sobie. W listopadzie stały się u mnie dwie szalenie ważne dla mnie rzeczy.

 

TU! przeczytasz o kilku sposobach na trudne okresy w życiu.

 

Od zawsze byłam strasznym zmarzluchem. Zimno do teraz jest jedną z najbardziej nieprzyjemnych dla mnie rzeczy. W listopadzie również z okazji kolejnego zamknięcia postanowiłam spróbować czegoś zupełnie nowego, czego zawsze bardzo się obawiałam. Dla wielu osób, nie będzie to żaden wyczyn, bo listopad w Grecji potrafi być bardzo ciepły i słoneczny. Jednak dla mnie kąpiele w morzu w listopadzie były ogromnym wyzwaniem! Przełamałam się i kilka razy wskoczyłam w tym miesiącu do morza. To było niezwykłe uczucie, takie doznanie przebudzenia całego ciała. Tak jakby dostać od morza zastrzyk pełen życiowej energii. Co będzie z moimi posezonowymi kąpielami dalej? Na teraz czekam na zamówiony specjalny strój do pływania zimą i myślę, że kolejne zimowe kąpiele są teraz przede mną!

 

Pierwsza kąpiel w morzu już w jesienno – zimowym sezonie.

 

TU! propozycja greckiego śniadania na jesień i zimę.

 

Choć moje założenie było takie, że całość zakończę w góra dwa miesiące, tak się nie stało. Prace nad pisaniem i wydawaniem mojego przewodnika po Korfu, przerosły moje najśmielsze wyobrażenia. Nigdy nie sądziłam, że z napisaniem całości będzie tyle pracy. Całość przedłużyła się strasznie, ale kiedy widzę końcowy efekt wiem, że warto było się mimo wszystko nie śpieszyć. Mój przewodnik po Korfu już prawie jest. Obecnie jesteśmy w trakcie końcowego dopinania całości w przepiękną graficzną całość. Za mną sporo zarwanych nocy, ogromna ilość godzin ślęczenia nad tekstem, prawie dziesięć poprawek całego tekstu i praca nad nim z korektorką. Ale już jest! Ponad 235 stron i ponad 160 fotografii. Dokładnie taki jak chciałam – mój autorski przewodnik po Korfu. Koniec listopada to dla mnie przede wszystkim koniec prac nad moją pierwszą książką. Kiedy będzie dostępny? Dosłownie już na dniach. Wszystkie szczegóły na temat kupna mojego przewodnika w formie e-booka – już w następnym poście! Trzymajcie kicuuuki!!!

 

Mała próbka mojego przewodnika po Korfu. O szczegółach – już w następnym poście!

 

 

 

O Kefalonii z perspektywy niezapowiedzianego mieszkańca… niedziela, 16 sierpień 2020

 

Assos

 

Tym razem na Sałatce post gościnny…

Agata Biedna mieszka na Kefalonii  i zna tę wyspę jak własną kieszeń. Razem ze swoim mężem Arisem są właścicielami biura, które organizuje wycieczki po Kefalonii. Koniecznie wpadnijcie na ich stronę, jeśli w swoich wakacyjnych planach macie właśnie tę wyspę! Dziś o Kefalonii – pisze Agata!

 

ecotravel-kefaloniaitaka.com

 

***

 

Widok na okolicę Lassi

 

Czasem zastanawiam się, czy to możliwe, że miejsce wybiera człowieka… Może jestem dziwakiem, ale uważam się za idealny tego przykład. Tak, miejsce może wybrać człowieka.

Do dziś nie mogę wyjść z podziwu, jak dynamicznie potoczyła się moja historia. Zostawiłam całe dotychczasowe życie i zamieszkałam na jednej z najpiękniejszych wysp greckich – Kefalonii. Nigdy o tym nie marzyłam, nigdy nie przeszło mi to nawet przez myśl. Można powiedzieć, że znalazłam się tutaj zupełnie przez przypadek. Niekiedy nieśmiało myślę, że może było to moje przeznaczenie, odnaleziona karta z życia, którą los kiedyś zagubił, lecz odnalazł i to, co na niej napisane zaczęło się uparcie wypełniać.

 

Jedna z najpiękniejszych i najbardziej strzeżonych greckich wysp

Kefalonia jest wyspą wyjętą z zupełnie innego wymiaru. Zatrzymała się gdzieś na osi czasu, zbuntowała przeciw masowej turystyce, rosła w siłę z każdym dniem, gdy inne greckie wyspy oblegane przez turystów, zatracały swą dziewiczość. Ona, wyspa sponiewierana przez trzęsienia ziemi i liczne najazdy, nie poddała się i odbudowała swoje królestwo. Wyszła naprzeciw ludziom o wrażliwych sercach, przepełnionych emocjami nakreślonymi od nowa za każdym razem, gdy wkraczają w tajemniczy świat Kefalonii. Mimo kilku ładnych i kompletnie różnych lat tutaj, moje oczy nie przywykły do blasku, jaki zsyłany jest z nieba. Tak jak napisał Louise de Bernieres w swojej powieści “Mandolina kapitana Corellego”: (…) Światło jest tu tak jasne i tak czyste, że oślepia na moment i poraża, choć nie czuje się bólu (…). Wyspa kradnie serca, potwierdzam to ja i pewnie wiele innych osób, które powracają tu co roku lub nawet porzucają miejsce urodzenia, by móc usłyszeć dźwięk mandoliny, cicho nastrajającej i kojącej najbardziej skołatane myśli.

Na Kefalonii mamy jedne z najpiękniejszych plaż — pojawiającą się na szczycie rankingów plażę Myrtos, która usadowiła się pomiędzy dwoma górami, w pięknej zatoce i błyszczy niczym perła. Piękne plaże to tylko dodatek, akcent, niewielka dekoracja, która spowija antyczną ziemię. To, co ją jednak ukształtowało to niezliczone miejsca historyczne, pierwsze miasta założycielskie z ruinami akropoli, klasztory, których legendy to opowieści na miarę niejednej baśni, przyciągające tysiące osób. To moje ukochane i bardzo sentymentalne wioski tzw. ghost towns, czyli wioski zniszczone przez trzęsienia ziemi, gdzie można dostrzec, że życie ludzi zostało przerwane w pewnym, niespodziewanym momencie, ale nadal czuć tam ich obecność, żal i smutek, łzy wylane na spadające zewsząd mury domów… Ta wyspa jest kopalnią zagadek, których pewnie nigdy nie rozwiążemy. Są tu szczególne obszary, gdzie jaskinie połączone są ze sobą siecią podziemnych korytarzy. To raj dla osób kochających adrenalinę.

 

Plaża Myrtos

Plaża Lefka

Plaża Vouti

Plaża Dafnoudi

Plaża Avithos

 

Poszukuj, a znajdziesz i już nigdy nie zadowoli cię żadna komercja 

Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. I ja zgadzam się z tym w stu procentach. Im więcej na Kefalonii widziałam, im więcej ukrytych miejsc, gdzie ludzka stopa rzadko stąpa, tym mniej zachwycają mnie typowe atrakcje turystyczne i miejsca znane każdemu. Chcę czegoś więcej i nie liczę przy tym na łatwe rozwiązania. Nie oczekuję, że na wyciągnięcie ręki znajdę nowe plaże, nowe szlaki. Wiem, że jest to proces, który składa się z wielu etapów. Dlatego szukam, nieustannie szukam miejsc, o których wielu ludzi nie wie, zapomniało lub nigdy się nie dowie, bo już na samym starcie przekreśla je z uwagi na pewne trudności.

 

Mój nowy dom – chcę by każdy go szanował

Kefalonia jest teraz moim domem, miejscem, dla którego chcę jak najlepiej. Miejscem, które żyje w sezonie i poza nim. Pragnę więc, by ludzie dostrzegli lub chociaż spróbowali dostrzec, jaka jest na co dzień, jakie emocje towarzyszą osobie, która mieszka tutaj na stałe. Chcę, aby wiedzieli, że w najbardziej upalne dni w ciągu roku, gdy opowiadamy o Kefalonii, na naszej skórze mimowolnie pojawia się gęsia skórka. Chcę, aby wiedzieli, że czasem nie starcza czasu, by przekazać wszystkie informacje, które przewodnik powinien powiedzieć, bo tak bardzo skupiliśmy się na uczuciach płynących prosto z serca oraz opisem najróżniejszych, codziennych sytuacji, które nas spotkały. Życzę Kefalonii, by była zawsze miejscem, gdzie ludzie przeżywają swą pierwszą miłość do Grecji, żeby nie była miejscem dla przyjezdnych na kilka godzin, by poganiani z miejsca do miejsca, nie potrafili dostrzec jej czaru.

 

Farsa

Okolice Farsy

 

Jaka jest Moja Kefalonia?

Często sama zadaje sobie pytanie: jaka jest moja Kefalonia? Pierwsze co zawsze przychodzi mi na myśl to słowo zwariowana. Tak, to szalona wyspa, która śmie za każdym rogiem chować przed ludźmi, to o czym nie marzą w najśmielszych myślach. Każdego dnia jednak odpowiedź jest inna. Nigdy nie powtórzy się, bo kieruje nią to, co aktualnie dzieje się w moim życiu. Dzisiaj powiem Wam, że moja Kefalonia to wysokie, majestatyczne góry, obsiane przez skały wyrzeźbione przez wietrzne nożyce. To szlaki pokryte czerwoną ziemią, przez którą prześwitują stróżujące głazy. To plaże, do których schodzisz z uśmiechem i werwą, a wracasz przeklinając swe irracjonalne pomysły. To drogi na skróty, przez stado owiec czy byczków, zastanawiając się sto razy czy w razie potrzeby wygrasz z nimi bitwę. To wzgórza, gdzie jest się władcą widoków z owej minuty, która się nigdy już nie powtórzy. To miejsce, w którym możesz być sam, bez najbliższej rodziny, ale nigdy nie doświadczysz samotności – bo jesteś otoczony dobrem, energią i miłością, dzięki którym nawet największa tęsknota mija szybciej niż mrugnięcie oka. To miejsca, gdzie komercja nie zawitała ze strachu nad brakiem podręcznikowego wytłumaczenia emocjonalnych cudów. To miejsca z punktami, do których nie ma wyrysowanej mapy, gdzie czasem na drodze jest się zupełnie samemu, i ma się przeczucie, że w gęstych zaroślach tysiące kozich oczu obserwuje każdy krok, a drzewa kładą swe gałęzie we wskazującym kierunku. Tutaj wszystko ma miejsce, zwyczajnie — bo może. Nie ma przymusu, przyroda rządzi, czasem z poczuciem humoru a czasem ze złością, ludzie są tylko gośćmi, niezdarnie przeskakującymi strumień co z gór płynie, tworząc błotną barierę, w której utkwi nie jedna stopa… Słońce w tych miejscach zachodzi jakby wolniej, zmieniając barwy i grając światłem na zielonych liściach drzew, gdzie gdzieniegdzie szeleści usypiające życie… Całe te krajobrazy niczym z fikcji wyjęte są rzeczywistością dla tych, co wyobraźni dają upust, patrzą oczami duszy, nie boją się zanurzyć swych stóp w morzu życia… Są realne dla tych, co potrafią odnaleźć w sobie dziecięcą radość i poszukują, bo wiedzą, że w tym jest sens podróżowania. Kefalonia to w końcu miejsce, za którym tęsknota jest niewyrażalna, przeszywa duszę i serce na wskroś i drążyć będzie, dopóki nie wrócisz do tej ziemi spokojem i ciszą usłanej…

 

Jaskinia Melissani

Jaskinia z jeziorkiem

 

Odkrywaj Kefalonię bez pośpiechu razem z nami!

Zapraszamy Was serdecznie, byście otworzyli się na nowe doświadczenia, na coś, co z góry już przekreśliliście, podejmując decyzję o  zwiedzaniu Kefalonii na własną rękę. Zapraszamy Was, byście przyjęli od nas prezent, jakim jest nasza wiedza i uczucia, które wydrążyliśmy sami, nie oglądając się na innych, nie usiłując nigdy być kopią zastępczą, jakich dziś wiele. Cokolwiek uczynicie, wybierajcie mądrze, budujcie swoją świadomość i dojrzewajcie na prawdziwych podróżnych. Odkrywajcie, bądźcie dociekliwi i nigdy nie rezygnujcie ze swoich marzeń!

 

 

 

 

Jazda samochodem na Korfu… niedziela, 1 marca 2020

 

Zdjęcie autorstwa Angeliki Żelaznej

 

Jeśli ktoś chciałby sprawdzić, czy rzeczywiście jest dobrym kierowcą – powinien wpaść na Korfu. I wypróbować swoich sił na tutejszych drogach.

Jazda samochodem na Korfu, to jest dramat. Wszystko w domu, w którym teraz mieszkamy jest dla mnie idealne, oprócz drogi dojazdowej. Żeby dojechać do naszego domu, trzeba przejechać przez wąskie uliczki niewielkiej, starej wioski. Kiedy wyjeżdżam z domu, nigdy nie wiem, co mnie spotka. Zazwyczaj zawsze czeka mnie jakaś drogowa przygoda.

Strategiczna ulica jest przy szkole podstawowej. Teoretycznie jest to typowa droga o ruchu dwukierunkowym. Jednak zawsze po  jednej stronie zaparkowany jest ciąg aut. Więc w praktyce mieści się jedno i pół auta… I najciekawiej jest, kiedy rodzice przyjeżdżają po swoje dzieciaki. Przy bramie szkolnej co chwilę zatrzymuje się samochód, by odebrać pociechę, która skończyła lekcje. Pociechy mają to do siebie,  że nigdy nie są na czas, wiec rodzice tak stoją i stoją. Około 13.45 robi się gigantyczny korek, od samego początku do końca tej ulicy. Ludzie trąbią. Wychodzą z samochodów. Kilka razy widziałam, że już prawie dochodziło do pobicia. Podnosi się ciśnienie, więc przynajmniej nie trzeba pić kawy. Następnie jak już cała uliczka się odkorkuje, trzeba mijać się na tzw. żyletkę. Mimo tego, że na Korfu prowadzę samochód już siódmy rok, ciągle od razu robię się cała blada, kiedy widzę jak ktoś przejeżdża obok mnie dosłownie ocierając się o lusterko. Na tej trasie dodatkowymi atrakcjami są wybiegające po lekcjach na ulicę dzieciaki. Część z nich jeździ na rowerach i czasem przychodzi im do głowy, żeby wypróbować jeździć tylko na tylnym kole. Do tego co chwilę podkłada się pod koła raz to bezpański pies, a innym razem kot. I tak jest codziennie od poniedziałku, do piątku około 13.45. Choć poza tą konkretną godziną, atrakcji też jest sporo…

 

*

 

Kiedy pierwszy raz jechałam samochodem na Korfu, nie byłam w stanie uwierzyć, że tu naprawdę jeździ się samochodami. Ale takie są wyspiarskie realia. Wiele dróg biegnie przez wąskie zabudowania starych wiosek. Czasami mocno pod górę, czasem w dół. Lokalsi potrafią przy tym jeździć jak szaleni. A na samych drogach czekają kolejne utrudnienia w postaci dziur.

Jest więc często bardzo wąsko. W wielu miejscach wydaje się to aż niemożliwe, że tędy przejeżdżają samochody. Ulice są pokręcone. Ludzie często jeżdżą jakby droga należała tylko do nich.  Można być w niezłym szoku, kiedy pierwszy raz jedzie się samochodem na Korfu.

Tak wyglądają realia.

Nie można się jednak zniechęcać. Jeżdżenie po Korfu autem, to jeden z najczęstszych sposobów na zwiedzanie wyspy. Jeśli decydujecie się jeździć na Korfu samochodem, powinniście mieć zwyczajnie świadomość, że warunki są trudne i koniecznie zachowajcie maksymalną ostrożność. W tym poście kilka rad, które mam nadzieję ułatwią wam jazdę na Korfu samochodem.

Oto one…

 

WIĘKSZY MA ZAWSZE PIERWSZEŃSTWO

Może nie brzmieć poważnie, ale ja to pisze zupełnie serio. Wiem to z perspektywy pilota wycieczek, który siedzi w dużym autobusie na pierwszym siedzeniu i widzi co dzieje się na trasie. Często jest tak, że jadąc autobusem nie jesteśmy w stanie wycofać pojazdu. I jedynym wyjściem z sytuacji, jest wycofanie o wiele mniejszego samochodu osobowego. Tak jest szybciej i łatwiej. Zazwyczaj kierowca autobusu widzi dobrze jak wycofać, czy też gdzie może zjechać  małe auto i to pokazuje. Najlepiej zaufać i robić tak jak sugeruje kierowca. Obojętnie co mówią znaki, większy ma tu pierwszeństwo!

 

ZNAKI DROGOWE TO TYLKO SUGESTIA

Teraz znów pewnie się śmiejecie, a ja znów piszę na poważnie. Najlepiej widać to prowadząc samochód w samym mieście Korfu. Znaki są taką jakby sugestią. A jeżdżąc po mieście przede wszystkim trzeba reagować na to, co się dzieje. Sprawdzać i przewidywać reakcję innych kierowców, przewidywać co może się wydarzyć  i dostosowywać swoje działania na gorąco do sytuacji. W wielu miejscach miasta Korfu, co prawda jest sygnalizacja świetlna, ale jest wyłączona. Dlaczego? Znacznie sprawniej jeździ się po mieście, kiedy światła jednak nie działają…

 

KLAKSON

Klaksony na Korfu najczęściej używane są po to, żeby kogoś pozdrowić. A pozdrawia się na każdym kroku, więc kiedy na Korfu słyszycie klakson, wcale nie oznacza to niebezpieczeństwa. Po prostu tutaj ciągle ktoś kogoś spotyka. Krótkie bipnięcie, oznacza sympatyczne „cześć!”. Klaksony przydają się również bardzo, kiedy wjeżdża się w wąskie uliczki i kiedy wchodząc w zakręt nie widać, czy ktoś z drugiej strony nadjedzie. Wtedy warto użyć klaksonu, żeby zakomunikować że jedziemy. Nie ma innego sposobu na danie znaku, że nadjeżdżamy.

 

KIEDY JUŻ WPAKUJECIE SIĘ W KŁOPOTY

Kilka razy mi się to już zdarzyło. Wjechałam w tak wąska ulicę, że nie mogłam wycofać. Było tak mało miejsca, że nie mogłam nakręcić, albo  wyjechać. Co prawda głupio będzie to  wyglądać u faceta, ale ja nie mam z tym oporów. Zazwyczaj wtedy wychodzę z samochodu. Znajduje pierwszego lepszego przystojniaka, oddaje mu kluczyki i proszę o wyciągnięcie mnie z tarapatów. Działa! Myślę, że to również między innymi dzięki temu  moje auto jest jeszcze w całości!

 

TU! przeczytasz o Pony, czyli najlepszym greckim samochodzie

TU! przeczytasz o tym jak wg Greków naprawić auto

TUTAJ! przeczytasz o greckiej interpretacji przepisów ruchu drogowego

TU! zobaczysz stare greckie auta

 

Niżej zdjęcia różnych sytuacji na drogach Korfu, które zostały udostępnione przez ich autorów na moim Facebooku.

Dajcie koniecznie znać w komentarzu, czy jeździliście na Korfu? Jakie są wasze doświadczenia? Może uzupełnicie ten post swoimi poradami?

 

Zdjęcie autorstwa Konrada Matulańca

 

 

Zdjęcia autorstwa Katarzyny Popiel i opis – koniecznie przeczytajcie!!!

 

W drodze do kanału D’Amour  (możliwe, że to było w miejscowości Αχαράβη albo Ρόδα) w jednej z głównych uliczek przelotowych (które swoją szerokością by na ten status nie wskazywały) nagle stanęły wszystkie auta. Co się okazało? Samochód ciężarowy nie mógł się zmieścić z jadącym z na przeciwka samochodem osobowym. Wywiązała się dyskusja między kierowcami tychże pojazdów jak i wszystkimi innymi kierowcami oraz pieszymi na temat pierwszeństwa przejazdu. I nagle hyc, kierowca osobówki w mgnieniu oka znalazł się na dachu swojego samochodu. Dodam, że wyszedł przez okno, bo nie było tyle miejsca aby otworzyć drzwi. Teraz dopiero oboje kierowcy byli w komfortowej sytuacji aby na dobre kontynuować dyskusję.  I co? W momencie gdy normalnie w Polsce weszły by w grę już jakieś rękoczyny oni jak najlepsi przyjaciele obściskali się i w ewidentnie szczerej sympatii wrócili do jazdy. Kochamy Greków!

 

 

Zdjęcia autorstwa Bartłomieja Brzezińskiego

 

 

Zdjęcia autorstwa Kamili Baryła 

 

 

Zdjęcie autorstwa Katarzyny Barlik

 

 

 

Dlaczego Grek się złości?… środa, 18 grudnia 2019

 

 

Umówiliśmy się, że około piętnastej podjadę na lotnisko, chwilę przed tym przedzwonię do Nikosa, on wyjdzie i da mi tego pendrive’a. Były w nim zdjęcia wybrzeża Paleokastritsy, zrobione przez profesjonalnego fotografa, również te ujęcia o które najbardziej mi chodziło, czyli te wykonane z lotu ptaka.

Mam taki folder, który już od sześciu lat pokazuję naszym turystom, na chwilę przed tym jak wjeżdżamy do  Paleokastritsy (przeczytaj więcej TU!), żeby mogli zobaczyć jak wygląda samo wybrzeże. Co roku mam zrobić nowoczesny folder, z zupełnie już profesjonalnymi zdjęciami. I co roku tego nie robię. Wiem, że racjonalnie powinnam. Ale nie mam na to serca, bo ten stary, już wysłużony jest wypełniony nie tyle pięknymi zdjęciami, co ciepłymi emocjami. Na samym początku mojej pracy, kiedy zaczęliśmy wypływać do Rajskiej Plaży (zobacz TU!), dał mi go jeden ze sterników, dumny że sam zrobił większość zdjęć i koncepcja całego folderu też była jego. Nie jestem pewna, czy też w tym roku zrobię nowy folder…

Podjeżdżamy na lotnisko. Jest za dziesięć trzecia. Dzwonię do Nikosa. Telefon wyłączony, na Messangerze, też go nie ma. Czekamy jeszcze pięć, dziesięć minut. W końcu zgodnie stwierdzamy z Janim, że chyba nic z tego, więc pojedziemy coś na szybko zjeść i wracamy do domu. A na lotnisko podjechać mogę jutro.

 

Souvlaki i najróżniejsze pity, to rodzaj najbardziej popularnego w Grecji fast foodu. (Więcej przeczytacie TU!) Podczas gdy Jani pałaszuje swoją pitę, a ja jem moje kawałki mięsa, dzwoni telefon. O! Widzę, że to Nikos! Patrzę na zegarek. 15.35.

-Halo! Cześć Niko!

-Dorota… No, naprawdę… Nie można z tobą się dogadać… Byłaś na tym lotnisku?

-Jasne, że byłam! Byłam o trzeciej, zadzwoniłam wcześniej jak prosiłeś, ale twój telefon nie odpowiadał.

-Próbowałem się do ciebie dodzwonić, ale nie miałem zasięgu! Żarty chyba sobie jakieś robisz!… A gdzie ty w ogóle teraz jesteś?!?!

-Ja? Jem souvlaki

-Jak tak można? Dlaczego nie poczekałaś dłużej? Jak ja… – i tak toczy się mało logiczny monolog, z podniesionym stanowczo głosem, prawie już krzykiem. Nikos był wyraźnie wkurzony.

-Dobra, przestań. Podjadę jutro. Tylko będę wcześniej. Będę około 13, ok?

-Ok! Tylko pamiętaj, zadzwoń wcześniej…

 

Jani kończy już swoją pitę. I jak zwykle ma twarz i ręce w tzatzikach. Ja niczego nie potrafię jeść bez użycia noża i widelca i tak rozmyślam sobie, że on tak może. Jani jak zwykle skończył szybko, a ja jak zwykle mam jeszcze sporo do zjedzenia…

-Jani… – pytam – Ale to trochę jednak nielogiczne… Przecież byłam na czas, zadzwoniłam tak jak  się umawialiśmy wcześniej. A to on był niedostępny. Oddzwonił dopiero pół godziny później. To Nikos nawalił, nie ja. Więc dlaczego to on się na mnie wkurza? Jak to działa?

-No przecież to jasne, że to on nawalił! Ale zaplanował sobie, żeby być pierwszym!

-Co? Pierwszym? Ale w czym?

-Zaczął na ciebie krzyczeć, żebyś ty jeszcze nie zdążyła!

-Hahaha! Co ty opowiadasz? Jak to działa?

-A tak, że był przekonany, że jak już się zdzwonicie, to ty pierwsza będziesz na niego krzyczeć, bo masz powód. Więc żeby tego uniknąć, chciał być pierwszy. I zaczął wrzeszczeć, tak że ty już w zasadzie nie bardzo mogłaś, bo zbił cię z tropu.

-Ach… Więc to tak…

-Tak, stary numer. Często jest tak, że jak ktoś zawinił, to zaczyna wrzeszczeć jako pierwszy. I wtedy ten co ma racje, nie wie co się dzieje, jest zbity z tropu i zapomina o tym, że w planach miał wrzeszczeć jako pierwszy…

-Hahaha! Naprawdę, ty mówisz serio? Czyli jak w czymś zawinię, coś nawalę, to kiedy dojdzie do konfrontacji, od razu mam wrzeszczeć?

-Tak, mówię ci to działa! Im szybciej zaczniesz wrzeszczeć, tym dla ciebie lepiej…

 

 

JESIEŃ NA KORFU – filmik… piątek, 13 grudnia 2019

 

Jak na Korfu wygląda jesień? Jaka jest wtedy pogoda? Jak jesienią wygląda miasto Korfu? Co takiego robię, kiedy zakończy się już turystyczny sezon na Korfu? O tym wszystkim w tym filmiku…

 

 

Przewodnik po mieście Korfu jest TU!

TUTAJ! znajdziesz filmik o rejsach w Paleokastritsa.

A TU! jest nasz filmik z zamku Angelocastro.

 

 

 

Pierwsza jesień na Korfu. I pojawił się pierwszy problem… niedziela, 8 grudnia 2019

 

Mój wróg numer jeden…

 

Powoli mija moja pierwsza jesień na Korfu, która niepostrzeżenie przechodzi już w zimę. Na Korfu mieszka mi się genialnie i wciąż, nadal, niezmiennie, czuję się tutaj jak ryba w wodzie. Wiedziałam jednak, że nie wprowadzam się do raju. Prędzej czy później, pojawią się rzeczy, które będą mi przeszkadzać. Jeśliby przeanalizować grecką i wyspiarską rzeczywistość, mogłabym spisać ich całą listę. Byłaby tak długa, że powinnam ją zapisać na papierze toaletowym, który chwilę później powinien znaleźć się tam gdzie jego miejsce, czyli w ściekach. Bo właśnie tam jest miejsce dla wszelakiego typu narzekań.

A propos TU! przeczytacie o tym, dlaczego papieru toaletowego nie wrzuca się w Grecji do klozetu.

Moim zdaniem narzekać można tylko na rzeczy, które chwile później chce się zmienić. A jeśli czegoś zmienić nie można, trzeba to zaakceptować. Pewnie zastanawiacie się, co takiego mnie na Korfu denerwuje? Za żadne skarby nie zgadniecie. Wcale nie chodzi o stan dróg, jak prowadzą tu swoje auta kierowcy, że jest za dużo bezdomnych zwierząt, czy że szwankuje organizacja. Ja osobiście, wszystko to jestem w stanie zaakceptować. Serio. Aż tak bardzo mi to nie przeszkadza.

A denerwuje mnie piekielnie… Wściekam się już na sam widok… PLASTIKOWEJ BUTELKI! Jest tak z dwóch powodów…

Nie jest tajemnicą, że mieszkańcy Korfu często nie radzą sobie z wywozem śmieci. W Polsce problem segregacji śmieci jest super rozwiązany. I za każdym razem, kiedy jestem w Polsce naprawdę doceniam fakt, że mam taką szczególnie fajną możliwość wywalić plastikową butelkę do odpowiedniego kosza, gdzie moja plastikowa butelka znajdzie się w jednym pojemniku z jej licznymi koleżankami. Na Korfu – aż takich luksusów nie mamy. Plastikowe butelki wywala się do niebieskich pojemników, gdzie są najróżniejsze  inne odpady nadające się do recyklingu. Bóg jeden raczy wiedzieć, czy moja plastikowa butelka, którą tam wrzucam, rzeczywiście będzie miała później zapewnioną odpowiednią opiekę. Realistyczne podejście do świata, podpowiada mi, że niestety ale nie. Nic z tych rzeczy.  Trochę się naszukałam, ale ostatecznie nie znalazłam na wyspie żadnego pojemnika, do którego można wrzucać jedynie plastikowe butelki. Co prawda teoretycznie jest jeden. Przy dużym markecie popularnej w Grecji sieci AB. Ten jednak zawsze, ale to zawsze jest niestety pełny. Logiczne. Jeden taki pojemnik na 35-cio tysięczne miasto Korfu. Kropla w oceanie potrzeb.

Ostatecznie, wiem, że to nie jest koniec świata. I plastikowe odpady wrzucamy do niebieskich pojemników na śmieci, które nadają się do recyklingu. Jednak problem z plastikowymi butelkami, jest znacznie większy niż jedynie ich recykling. Woda, którą pijemy z plastikowych butelek, przechodzi tym właśnie plastikiem.

Jakiś czas temu, moja siostra podesłała mi link do filmiku Kasi Bosackiej o plastiku, z jej kanału na You Tube. Uważam, że każda osoba, której nie jest obojętne jej zdrowie, powinna teraz kliknąć w ten filmik i posłuchać co Kasia Bosacka ma do powiedzenia w temacie:

 

 

No i właśnie… Tu pojawia się dla mnie największy problem… Czy mieszkając na Korfu, jestem skazana na picie tego cholernego plastiku? Woda z kranu na Korfu nie nadaje się do picia. Nie tyle, że w wielu miejscach jest słona, co ma w sobie trujące dla człowieka składniki. Wiele osób nie gotuje nawet w wodzie kranowej ziemniaków, czy też ryżu. Nie pije się jej, nie można robić ani kawy, ani herbaty. Nie wskazane jest nawet gotowanie na  niej zup. Nie nadaje się do picia również po przegotowaniu. Służy jedynie właściwie do mycia.  Picie wody kranowej, co jest standardem w Grecji kontynentalnej, więc odpada. Nasze mieszkanie wynajmujemy, więc nie chcemy zakładać drogich i nie wiem na ile skutecznych filtrów. Co pozostaje??? Jani wpadł na pomysł, żeby poszukać jakiegoś źródła i od czasu do czasu, pobierać stamtąd wodę. Pomysł dobry, ale gdzie mielibyśmy trzymać tę wodę? Drewnianych beczek nie mamy, więc znów zostają butelki plastikowe. I tu koło się zamyka. Na chwilę obecną jestem skazana na picie razem z wodą plastiku…

Żaden inny pomysł nie wpada mi do głowy. Ale mam mądrych Czytelników. Czy macie może jakiś pomysł??? Jakieś rozwiązanie??? Skąd na Korfu możemy brać wodę do picia, jeśli nie z plastikowych butelek?

 

TU! możecie przeczytać wszystko o “mati”, czyli o tym dlaczego Greków boli głowa…

 

Co działo się u mnie w listopadzie?… czwartek, 5 grudnia 2019

 

Tak miałam się w listopadzie! 😀

 

Listopad, który właśnie minął, był dla mnie miesiącem odrodzenia. I po bardzo intensywnym sezonie i po ciężkim, kilkuletnim okresie życia. Potrzebowałam dobrych kilku tygodni, żeby po letnim tajfunie pracy dojść do siebie. Tylko, że… No właśnie… Nie wiem czy wy też tak macie, ale ja nie potrafię w domu odpoczywać. W domu zawsze znajdzie się coś do roboty. A to coś sprzątnąć, a to ugotować, a to dokupić, albo nareperować. A szczególnie w domu, do którego właśnie się wprowadziliśmy…

 

TU! przeczytasz o moim kryzysie na mojej greckiej emigracji.

 

To już taki mój naturalny rytm, że chwila po skończeniu sezonu, dokończeniu również całego stosu spraw formalnych, pakuje walizę i wylatuje do miejsca, o którym marzyłam przez cały letni sezon.

Ponieważ jesteśmy na wyspie, rzut beretem od morza, kocham wypoczywać w dużych miastach, w których wiele się dzieje. Dowiadywać się i patrzeć na coś zupełnie nowego. Florencja marzyła mi się już od dłuższego czasu. Z trzech powodów… Przez renesans. Spaghetti i kawę!

Przez dłuższy czas bardzo tęskniło mi się do Sztuki przez wielkie „s”. Nie z przypadku, ale przemyślanego i konsekwentnego życiowego wyboru, z wykształcenia jestem historykiem sztuki. Chciałam znów patrzeć na piękne budowle, rzeźby i niesamowite obrazy. Co prawda oficjalnie jestem fanką kuchni greckiej, ale szeptem zdradzę wam, że wolę kuchnię włoską… Natomiast kawa… Ten powód chyba nie wymaga komentarza…

 

Katedra we Florencji i słynna kopuła

Fasada katedry we Florencji

Widok na miasto

Jedna z florenckich uliczek

 

Ta tygodniowa podróż do Florencji i Mediolanu, była moim osobistym odrodzeniem. Ponownie zakochałam się w tym kraju i chcę do niego znów wrócić. Była to jedna z najpiękniejszych podróży jakie w życiu odbyłam. Największą dla mnie wartością Florencji jest rzecz jasna, niesamowita sztuka, ale również i to, że piękno kryje się tam w każdym, zwykłym zakamarku. W tym jak wyglądają najzwyklejsze ulice. W tym jak ubierają się i jak zachowują się ludzie. I w tym jak tam smakuje najbardziej nawet pospolite jedzenie. Sztuka, to nie tylko obrazy, które wiszą na ścianach muzeów. Sztuka to również codzienne, zwykłe życie.

Widzieliśmy dzieła Leonarda, Michała Anioła i Rafaela. Do teraz nurtuje mnie jak zbudowano kopułę florenckiej katedry. Kilka chwil spędziliśmy również w Mediolanie, który zachwycił mnie tak otwartym podejściem do odmienności i do mody.

 

Pomnik Dantego

W tym tkwi sztuka! Dbałość o każdy detal!

Te dzieła sztuki w rzeczywistości wyglądają niesamowicie…

Katedra w Mediolanie

Sklepienie mediolańskiej katedry

Witryna sklepu Dolce and Gabbana

To było tak pyszne!

 

Codziennie przy tym jedliśmy pizzę, na przemian ze spaghetti. I do teraz rozmyślam o tym, co do kawy dodają Włosi, że jest tak pyszna.

Tego mi było trzeba. Ta podróż była moim prawdziwym odrodzeniem.

 

TU! przeczytasz o 10 faktach o mnie.

 

Jeszcze tak niedawno, kilka miesięcy temu, marzyłam o takich zwykłych rzeczach, które będę robić tu na Korfu, kiedy uda nam się zamieszkać tu na stałe. Że owoce i warzywa zawsze będziemy kupować na miejskim targu, tuż przy Nowej Fortecy. Że każde sobotnie przed i popołudnie będę spędzać załatwiając najróżniejsze sprawy w mieście Korfu. Że co jakiś czas będę biegać w parku Mon Repos. I że będę mieszkać rzut beretem od miasta, w jakimś niezwykłym miejscu.

Wszystko to już stało się rzeczywistością. I każdego dnia, kiedy naprawdę dzieją się wszystkie te rzeczy, nadal nie mogę się nadziwić, że to już jest prawda. Odżywam. Całą sobą…

 

Paleokastritsa w listopadzie… Latem tym molo nie da się przejść.

A w mieście Korfu, zawsze się dzieje! Nawet jesienią.

 

TU! zobaczysz filmik o mieście Korfu.

 

Jesień i zima to czas, w którym powracam do rzeczy, na które nie ma czasu latem. Do mojej codzienności wróciło zdrowe odżywianie. Soki i smoothie pojawiają się u nas każdego dnia, przez co kilogramami pochłaniamy warzywa i owoce w najróżniejszych postaciach. Wraz z zakończeniem sezonu zapisałam się na jogę i jazdę konno. Marzyłam żeby powrócić do jazy konno od dłuższego czasu. Czytam i z miską popcornu oglądam stare klasyki kina. Pierwszy raz też widzę Korfu w wersji jesiennej i pierwszy raz widzę moich znajomych i przyjaciół z Korfu, w kurtkach i szalikach. Może wydawać się to śmieszne, ale dla mnie to naprawdę niesamowite.

 

TU! przeczytasz o pietruszkowym smoothie.

 

I dalej już… tylko do przodu!

 

 

Palia Perythia – Przewodnik po KORFU, cz. 30… piątek, 12 kwietnia 2019

 

Stara Perythia, Korfu

 

Miejsca takie jak Stara Perythia (Palia Perythia), to jeden z największych skarbów Korfu. Czy wiecie, że każdego lata wyspa odwiedzana jest przez nawet milion turystów z każdej części świata? Niewielka nadmorska wioska jaką jest Paleokastritsa, w sierpniu to dosłownie Wieża Babel. Jest tu wiele najróżniejszych nacji, które mówią różnymi językami. W mieście Korfu latem nie można wbić szpilki. A w strategicznych godzinach przez pałac cesarzowej Sisi, czyli Achillion, nie można przejść. Mimo tak gigantycznego zainteresowania Korfu ze strony turystów, na wyspie wciąż są miejsca, w których jest cicho, spokojnie i gdzie można się poczuć jakby się je odkrywało. Jednym z takich miejsc jest właśnie Stara Perythia.

 

TU! zobaczysz jak wyglądają rejsy w Paleokastritsa.

TUTAJ! przeczytasz o najważniejszych zabytkach miasta Korfu.

TU! znajduje się mini przewodnik po pałacu cesarzowej Sisi – Achillion.

 

 

W Starej Petythi jest spokojnie i zawsze tam tak będzie. Co daje mi pewność? Droga dojazdowa jest cieńka i poplątana, więc nie przejedzie przez nią duży autokar, dlatego nie docierają tam komercyjne wycieczki. Za każdym razem kiedy tam jadę, za każdym kilometrem, który pnie się w górę, czuje jak zostawiam za sobą zabiegany świat, tkwiący w wiecznym niedoczasie. Stopniowo droga staje się jeszcze węższa i jeszcze cieńsza, a widoki – jeszcze piękniejsze. Widać ciemno – granatowe Morze Jońskie i wspaniały widok na sporą część Albanii. Tuż przy samej Perythii, która znajduje się na wysokości 400 m n.p.m. krajobraz  się zmienia. Czuć, że jest się dość wysoko.

 

 

Stara Perythia jest jedną z najstarszych wiosek Korfu.  Powstała w XIV wieku. Jej zabudowa jest uznawana za najlepiej zachowaną tradycyjną wioskę na całej wyspie. Tak niedostępne położenie Perythii było celowe. Po pierwsze XIV wiek, to czas częstych najazdów piratów. Dzięki trudno dostępnemu położeniu wioska sprytnie chowała się u stóp najwyższej góry na Korfu – Pantokratora (ok. 900 m n.p.m.). Po drugie, ziemie w tej części Korfu były bardzo żyzne, a cały teren idealnie nadawał się do wypasania owiec. Dzięki temu w czasach swojej świetności, Perythia była jedną z najbogatszych wiosek na całej Korfu. Ziemie, które znajdowały się tuż przy morzu, uznawano za najgorsze. Tym samym były najtańsze. Czy to nie zabawne, że czasy zmieniły się tak bardzo, że dziś jest zupełnie odwrotnie?

 

Do dziś wioska jest prawie zupełnie opuszczona. Podobno, że na stałe zamieszkane są jedynie dwa domy, podczas gdy dawniej mieszkało w niej około 1 200 osób. Ze względu na bardzo trudną drogę dojazdową i rozwój turystyki, w latach 60-tych mieszkańcy wioski przenieśli się dużo bliżej głównej drogi prowadzącej do Kassiopi i tam założono Nową Perythię.

 

 

Kiedy wchodzi się do wioski widać niewielkie, kamienne domy, które wspaniale wpisują się w zieleń krajobrazu Korfu. Tam gdzie kończy się wioska, widać szczyt Pantokratora. A po wschodzniej stronie wspaniały widok na Albanię. Kiedy jest się już w wiosce, zazwyczaj telefon traci sygnał i człowiek czuje się jakby w nieco innym świecie. Zawsze jest cicho i spokojnie. Tu nigdy nie ma tłumów.

 

Część starych domów zostawiona sobie, z upływem czasu się rozpada. W ich środku rośnie trawa, a mury porastają mchy i bluszcze. Wszędzie coś rośnie i jakby o każdej porze wiosny, jesieni, lata coś tu kwitnie. Z każdej strony widać wieże kościołów, które są charakterystyczne dla architektury Wenecjan. Do dziś zachowało się około 130 domów, w różnym stanie. Mimo, że wioska jest i była niewielka, znajduje się w niej aż 8 kościołów!

 

 

W czym jeszcze tkwi urok tego miejsca? Mimo, że właściwie nikt na stałe tam już nie mieszka, latem czuć życie.  W kilku starych domach, otworzono typowe greckie tawerny z tradycyjnym korfiańskim jedzeniem. To również i do nich latem przyjeżdżają turyści, ale i sami Grecy z całej Korfu. Jeśli ktoś chce posmakować kuchni Korfu w najlepszym wydaniu – Stara Parythia jest idealnym miejscem. Pastitsada, sofrito, bourdetto, serwowane są tu w popisowym wydaniu. Warto posmakować również takich najzwyklejszych produktów: tutejszego sera fety, greckiego bimbru czyli tzipouro, czy też miodu oraz lokalnych owoców i warzyw, nie zapominając o oliwkach i oliwie.

 

 

TU! przeczytasz o kuchni Korfu.

 

Kiedy siada się w jednej z tawern w Perythii i skończy już przepyszne jedzenie, nikomu nie chce się wracać. Nikt nie dzwoni, bo nie może, nie działa też internet. A czas płynie sobie, nieśpiesznie, jakby nic pilnego nigdy się nie działo. Z daleka od tłumów, z daleka od hałasu. To jest niezwykły skarb, że nawet w szczycie sezonu, gdzieś u stóp Pantokratora, na Korfu nadal jest takie miejsce.

 

 

Stara Perythia jest gwoździem programu naszej wycieczki kulinarnej KUCHNIA KORFU, połączonej z lekcją gotowania w tawernie Foros w Starej Perythii. Zobacz jak krok po kroku wygląda ta wycieczka:

 

 

 

KUCHNIA KORFU! Jak wygląda nasza wycieczka?… sobota, 9 marca 2019

 

Sałatka po grecku – wersja idealna!

 

KUCHNIA KORFU to jedna z naszych trzech głównych wycieczek. Jest to trasa, podczas której przebywając w jednej z najpiękniejszych części Korfu, zagłębiamy tajniki greckiej kuchni.  Gwoździem programu tej wycieczki, jest gotowanie razem z szefem kuchni w jednej z najlepszych tawern w Starej Peryti, wioski która słynie z najlepszego jedzenia na Korfu. Dokładny plan tej trasy znajdziecie na naszej stronie:

https://salatkapogreckuwpodrozy.pl/pl/wycieczki-po-korfu/

Natomiast niżej filmik, gdzie zobaczycie jak dokładnie wygląda ta wycieczka.