Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Strajki to jedna z najbardziej denerwujących rzeczy w Grecji. Dlaczego jednak jak nic innego, uczą cieszenia się z teraźniejszości?… poniedziałek, 11 stycznia 2016

Jani w oczekiwaniu na kolejną wersję odpowiedzi na pytanie: „Nasz prom odpłynie, czy nie...??? I  co z tym strajkiem...???”.

Jani w oczekiwaniu na kolejną wersję odpowiedzi na pytanie: „Nasz prom odpłynie, czy nie…??? I co z tym strajkiem…???”.

Kto choć raz przebywał w Grecji nieco dłużej, z  pewnością podpisze się pod tym obiema rękami: wieczne strajki, to jedna z najbardziej denerwujących rzeczy w Elladzie. Rujnują plany. Utrudniają codzienne funkcjonowanie. Uniemożliwiają niezliczoną ilość rzeczy. Strajkować mogą wszyscy: pielęgniarki, lekarze, nauczyciele, policja, studenci, obsługa portu, lotnisk, pociągów, poczty, śmieciarze, sklepikarze, robotnicy i rolnicy… Mogłabym tak wyliczać w nieskończoność. I najgorsze jest to, że nigdy nie wiadomo, kiedy strajk dotknie Ciebie!

Nie można się do nich w żaden sposób przygotować ani ich przewidzieć. Nie potrafię już zliczyć ile to razy strajki metra, pociągu, portu czy też samolotu utrudniły mi podróż. Za każdym razem szarpałam sobie nerwy. Próbowałam szukać „innego rozwiązania”. Za każdym razem okazywało się, że nie można zrobić niczego, a wszystkie próby to jedynie strata energii i czasu. Najbardziej denerwowali mnie przy tym wszystkim (przyznaje się bez bicia) sami Grecy! Na wiecznym luzie. Nawet jeśli strajk dotyczył również ich, to tak jakby niezbyt ich to obchodziło. Jakby fakt, że oni również muszą przewrócić do góry nogami swoje plany, spływał po nich jak po kaczce. Te wiecznie zrelaksowane i uśmiechnięte twarze! Myślałam, że ich za to uduszę! Jak w sytuacji, kiedy nagle zmieniać trzeba wszystkie plany, można zachować taki spokój! Przecież to… niedorzeczne!!!

***

Nasz posezonowy pobyt na Krecie był dość krótki. Trwał jedynie pięć dni.  W najbliższym czasie mieliśmy w planach jeszcze kilka podróży, ale przede wszystkim ślub Tolisa, naszego wspólnego przyjaciela z okresu studiów na Lesbos. Tolisa nie widzieliśmy całe wieki, a na ślubie mieli być wszyscy nasi przyjaciele ze okresu studiów. Nie widzieliśmy ich kilka lat. Takich okazji po prostu się nie przegapia.

Na Krecie bawiliśmy się naprawdę świetnie. Turystów prawie już nie było i każde z najpiękniejszych kreteńskich miejsc, można było zobaczyć w odsłonie posezonowej. Do tego pogoda była idealna. O takich wakacjach marzyłam przez cały sezon! Trzeciego dnia naszego pobytu niestety, ale włączyliśmy wiadomości w radio…

Porty na całej Krecie ogłosiły właśnie strajk! Od dzisiejszego dnia z żadnego portu na Krecie nie odpływają, ani nie dopływają żadne promy. Strajk potrwa przez najbliższe dwa dni. Po dwóch dniach będą przeprowadzone rozmowy, czy zostanie przedłużony. Powodem strajku jest   bla… blaa… blaaa…

 

Myślałam, że wybuchnę z wściekłości. Przegapić ślub i wesele Tolisa! Na całe szczęście to nie ja prowadziłam samochód, bo z pewnością wcisnęłabym na pedał gazu i wjechała w cokolwiek co było przede mną:

-No i co my teraz zrobimy???!!!

-Hmmm… – odpowiedział nieco tylko wzruszony Jani –Możemy podejść do miejsca, gdzie sprzedają bilety i popytać. Może oni coś wiedzą?

Bilety na nasz prom, który miał odpłynąć za dwa dni, mieliśmy już kupione. I tak się zaczęło. Pielgrzymka z portowej policji, do jednego, drugiego, trzeciego miejsca gdzie sprzedają bilety i być może coś wiedzą. A w międzyczasie nadsłuchiwanie wiadomości i czytanie najnowszych doniesień w internecie. W każdym źródle mówiono coś zupełnie innego. Na tę bieganinę straciliśmy cały jeden, przepiękny dzień naszego pobytu na Krecie. Czyli jedną piątą naszych wakacji. Ja wściekła jak osa, a Jani – jak zwykle zrelaksowany, jakby właśnie zakończył półgodzinną medytację. To ostatnie denerwowało mnie oczywiście jeszcze bardziej. Następnego dnia planowaliśmy jechać do Rethymno, a wieczorem postanowiliśmy wyjść w Chanii na kawę.

 Mimo, że nie było jeszcze późno, zapadła już ciemna noc. Szliśmy główną promenadą Chanii, po lewej stronie mając morze, którego pokarbowana falami tafla błyszczała w świetle księżyca, a po prawej setki rozświetlonych okienek domów, pamiętających  czasy Wenecjan. Kiedy tak szliśmy wybierając jedną z kawiarenek, właśnie wtedy, poczułam że coś przehaczyło mi się w głowie.

Zostały nam jeszcze dwa dni na Krecie. Nie wiadomo… Być może trochę więcej. Musimy wracać, bo: A, B, C, D i tak dalej, ale jakkolwiek będę wściekła, ani trochę nie zmieni to sytuacji. Nie zmieni jej ani odrobinę, a ja tylko  zszarpię sobie nerwy i popsuje ten wspólny czas na Krecie. Będziemy biegać z jednego miejsca do drugiego, nadsłuchiwać  wiadomości, a to i tak niczego nie zmieni. Prawie usłyszałam, że w mojej głowie zrobiło się jedno małe „klik!”.

Co prawda nie miałam lusterka, ale poczułam jak nagle rozluźniły się mięśnie mojej twarzy, a na ustach pojawił się uśmiech.

-Ooo! Ta będzie fajna!

Rzeczywiście. Trafiliśmy do bardzo klimatycznej kawiarenki, gdzie grała spokojna muzyka i wszędzie pachniało kawą. Następnego dnia, tak jak planowaliśmy, udaliśmy się do Rethymno. A kolejnego, pojechaliśmy do Knossos. Zamiast wiadomości w radio, słuchaliśmy muzyki.

Nie wiem na jakiej zasadzie to w życiu działa, ale często tak jest, że dopiero kiedy się coś zupełnie odpuści, kiedy przestaje się mieć „ciśnienie”, wtedy zaczyna się układać. Szczęście, które mieliśmy często się chyba nie zdarza. Strajk miał być przedłużony przynajmniej o jeszcze jedną dobę. Znaczyło to, że nie zdążylibyśmy na ślub Tolisa. Ale nasz prom wypłynął. Co prawda strajk trwał nadal, ale ten właśnie prom  musiał  zabrać  już ludzi rankiem z Aten i zawieść ich na Kretę. Stwierdzono, że nie ma to sensu by do Aten płynął pusty. W drodze wyjątku, nawet mimo strajku, zabrano pasażerów, którzy nocą popłynęli do Aten.

Nasz prom odpłynął z dwugodzinnym opóźnieniem w stosunku do standardowej, planowanej godziny. Gdyby wiadomość o strajku do nas nie dotarła, nawet byśmy się nie zorientowali, że on w ogóle jest, a jedynym utrudnieniem byłoby dwugodzinne opóźnienie.

Coś czuje, że kiedy następnym razem dopadnie mnie w Grecji strajk, moja twarz również będzie zrelaksowana. Problem rzecz jasna, on obiektywnie będzie istniał. Ale jeśli nie będę mogła na niego wpłynąć – przestanie mnie dotykać.

salatkapogreckuwpodrozy.pl

salatkapogreckuwpodrozy.pl

Pałac w Knossos na Krecie… środa, 6 stycznia 2016

 

Jeśli dobrze liczę musiało być to jakieś dwanaście lat temu. Slajd! Podaj datę i dokładną nazwę, tego co widzisz na slajdzie. Następny. Następny i kolejny. Ciach! Ciach! Ciach! Data. Nazwa. Data. Nazwa. Data. Nazwa. Gdzieś między dziesiątkami tych wszystkich slajdów, pewnie kilka razy przewinął się pałac w Knossos. Fragment samego pałacu. Jego plan. Malowidła ścienne, albo niewielkie figurki. Egzamin ze sztuki starożytnej zdałam ledwno, ledwo. Zdaje się, że powinnam w ogóle oblać, ale przede mną poległo tyle osób, że profesor postanowił się nad kimś zlitować. Na całe szczęście. Bo jeśli miałabym uczyć się jeszcze raz…

Dziś wyjęłam dokładnie tę samą książkę, z której uczyłam się do egzaminu ze starożytności, na pierwszym roku historii sztuki. Pozakreślane daty, nazwy. Jakieś drobne notatki i kilka plam po kawie. Pamiętam, że nad tą książką usypiałam, a sam jej widok przyprawiał mnie o mdłości. Starożytność poznawana w dość abstrakcyjnym systemie data + nazwa, była dla mnie najnudniejszą rzeczą świata. Często niestety tak jest, że nauka akademicka zupełnie zabija naturalną w człowieku chęć poznawania. A przecież powinno być odwrotnie.

***

Dwanaście lat później. O egzaminie ze starożytności zupełnie zapomniałam, podobnie jak o tych wszystkich datach i nazwach. Tylko od czasu do czasu, ten egzamin śni mi się po nocach. Na Krecie znaleźliśmy się trochę przypadkiem, więc do zwiedzania nawet nie mogłam się zbytnio przygotować. W głowie zostało mi kilka zupełnie podstawowych informacji i przede wszystkim świadomość, że jesteśmy w miejscu, gdzie narodziła się nasza cywilizacja.

Był prześliczny, niezwykle słoneczny październikowy dzień. Jeden z takich, kiedy człowiekowi poprostu się chce wyjść na spacer. Po piekielnie upalnym lecie, łagodne już słońce stało się sprzymierzeńcem. Początek jesieni, podobnie jak koniec wiosny, to dwa najlepsze okresy na zwiedzanie starożytnych budowli. Turystów można było policzyć na palcach i aż trudno  uwierzyć, że latem nie można tu wbić nawet szpilki. Gdzieś dalej słychać było łagodny głos starszego przewodnika, który opowiadał grupie seniorów z Wielkiej Brytanii, jak żyło się tutaj te kilka tysięcy lat temu. Zdaje się, że ich też nie interesowały zbytnio ani dokładne daty, ani trudne do wymówienia nazwy.

 

Pałac w Knossos jest miejscem, gdzie przyszła na świat cywilizacja Europy. Jest to główny zabytek kultury minojskiej, która rozwijała się na tym terenie. Fakt, że to właśnie tu ukształtowała się jedna z najstarszych kultur obszaru Morza Śródziemnego, świadczy o tym, że klimat Krety od tysiącleci sprzyjał człowiekowi. Najstarsze części pałacu w Knossos, który jak na swoje lata ma się nadzwyczajnie dobrze, powstały 2 000 lat p.n.e. Dwa tysiące lat przed naszą erą… Tak dla porównania, jedną z najstarszych budowli na terenie Polski jest rotunda Najświętszej Marii Panny w Krakowie, która powstała w X wieku n.e., ale do dziś zostały z niej zupełne szczątki. Trzeba przyznać, że Grecy mają niezwykle solidne podstawy do swojej wrodzonej dumy. Biorąc pod uwagę, że jeszcze w samym Wersalu za toaletę często brano nieco bardziej ustronny kąt, albo kominek, podczas gdy  w starożytnym Knossos znajdowały się ubikacje oraz  toalety… No cóż, Minojczycy jak na swoje czasy byli genialnie zorganizowani.

Pałac jest ogromną budowlą, która zajmuje grubo ponad 1 700 metrów kwadratowych, zabudowanych na szczycie i zboczu pagórka. Jeśli spojrzy się na plan pałacu z góry, rzeczywiście przypomina on labirynt. Pomieszczeń jest bez liku, a wszystkie połączone są poplątanym układem przejść i korytarzy. Stąd właśnie skojarzenie starożytnych, że owy pałac był labiryntem, gdzie uwięziono Minotaura – potwornego syna króla Minosa, od którego imienia powstała nazwa kultura minojska.

Gigantyczny, jak na swoje czasy, pałac nie miał murów obronnych. Stąd wiemy, że na tym terenie w owych czasach żyło się w pokoju. Pałac stanowił rezerydencję władcy, który uznawany był najprawdopodobniej również za najwyższego kapłana. Cały kompleks pełnił funkcję polityczną, gospodarczą oraz religijną.

W poplątanych korytarzach i komnatach, odnaleziono najróżniejsze naczynia i zdobione figurki, które są dowodem na to jak bardzo rozwój kultury minojskiej był zaawansowany. Liczne ściany pokrywały barwne przedstawienia, malowane delikatną, falującą linią. Przedstawiały ludzi i zwierzęta, często na tle natury.

Kiedy chodzi się po terenie pałacu widać kolorowe malowidła, czy też kolumny pokryte niemalże karmazynową farbą. W takiej postaci żadne z malowideł nie miało prawa się zachować. Rzecz jasna, nie jest to oryginalna wersja, a do dzisiaj  bardzo dyskusyna rekonstrukcja Artura Evansa, o którym mówi się, że w pracach archeologicznych w Knossos, pozwolił sobie na stanowczo zbyt wiele. Czy jest tak rzeczywiście? Wartość wielu z tych rekonstrukcji jest często słaba, ale za to właśnie barwne Knossos, jak niewiele innych miejsc Grecji, potrafi obudzić wyobraźnie i uświadomia, że starożytni nie żyli w świecie jednokolorowych marmurów. Ich świat wypełniony był kolorami.

 Dwanaście lat temu, najchętniej spaliłabym tę książkę. I za żadne skarby, nie dałabym się przekonać, że po latach otworzę ją raz jeszcze i będę czytać z wielką przyjemnością, z wypiekami na twarzy zacierając ręcę na myśl o kolejnej podróży.

Do napisania tego tekstu korzystałam z książki:

Sztuka Świata, tom 2, Bogdan Rutkowski, Wydawnictwo Arkady, Wa-wa 1990, ss. 7 – 23

Rakomelo, czyli to co tak dobre jest tylko na Krecie… sobota, 5 grudnia 2015

Pod koniec naszego pobytu w Rethymno udaliśmy się do typowej, greckiej tawerny. Przy głównej ulicy było ich sporo, ale prosta zasada „wybieraj tę, w której jest najwięcej ludzi” działa zawsze. Jedzenie było pyszne, porcje solidne, a wystrój wnętrz stanowił świetną mieszankę tradycji z nowoczesnością. Tawerna okazała się naprawdę dobrym wyborem. Kiedy już płaciliśmy, kelner postawił na stole niewielką karafkę i dwa kieliszki. W szklanej butelce mienił się na złoto gęsty płyn.

-Co to jest? – spytałam.

-Pewnie rakomelo – odpowiedział Jani.

 -A… To chyba  możemy sobie darować…

I już prawie, prawie popełnilibyśmy ten kategoryczny błąd, że wyszlibyśmy bez próbowania, bo Jani za alkoholem nie przepada, a ja za tym ze zbyt wieloma procentami. Ale tak jakoś na koniec, trochę  dla odhaczenia, nalałam odrobinę i spróbowałam…

-O Jezu… To jest przepyszne!

Rzeczywiście, to było poprostu niebo w gębie! Rakomelo już wcześniej próbowałam, nawet i kilka razy. Post na temat tego trunku znajduje się TUTAJ!  Smakowało, ale przyznam, że mnie nie zachwyciło. Raki (czyli jeden z najmocniejszych alkoholi na Krecie), trochę miodu i przypraw. Całość podgrzana tak by była gorąca lub ciepła. Ale rakomelo, które piłam na kontynencie, a tu w Rethymno to były dwie zupełnie różne galaktyki. Te na Krecie było boskie! Słodkawy smak z nutką goryczy wspaniale rozgrzewał, pozostawiając w ciele przyjemne ciepło. Jak zrobić rakomelo – o tym pisałam już w poprzednim poście. Ale jak uzyskać ten jedyny, niepowtarzalny smak… Odpowiedź jest bardzo prosta – trzeba koniecznie wybrać się na Kretę!

 

Rethymno. Dawniej i dziś… czwartek, 3 grudnia 2015

Latarnia w Rethymno

Latarnia w Rethymno

Rethymno, położone na północnym wybrzeżu, to jedno z trzech największych miast Krety. Spacerując jego ulicami, również dziś widzi się wciąż żywe ślady po kulturach, które przez wieki to miasto  kształtowały. Weneckie rzeźby zdobiące okna, czy też niewielkie, tureckie meczety. A wśród nich niezliczona liczba sklepików dla turystów,  tawern z nowoczesnym wystrojem wnętrz, czyli oznaki, że miasto oddycha współczesnością.

Rethymno jest miastem szczególnym również z tego względu, że doczekało się własnej książki. Nie chodzi jednak wcale o przewodnik turystyczny, ale o książkę, która opisuje jego historię, niczym biografię, tak jakby  było żywą osobą. Mowa tu o  „Kronice  pewnego miasta” Pandelisa Prevelakisa, która jest  piękną opowieścią o   miejscach i mieszkańach, które Rethymno tworzyli.

Największy okres świetności Rethymno przeżywało w XVI wieku – okresie dominacji weneckiej. To właśnie wtedy powstała ogromna forteca oraz  port z latarnią morską. Od XVII wieku Rethymno należało do Turków, którzy z roku na rok zmieniali miasto tak bardzo, że po czasie wyglądało niemalże jak typowe miasto tureckie. Pod koniec XIX wieku cała Kreta uzyskała autonomię. Piętnaście lat później przyłączono ją do Grecji. Kolejną zmianą w dziejach miasta było wysiedlenie ludności tureckiej oraz zislamizowanych Greków. Na miejsce starych  mieszkańców przybywali Grecy mieszkający wcześniej w Azji Mniejszej.

Prevelakis opisując miasto swojego  dzieciństwa wraca pamięcią do okresu, kiedy Kreta uzyskała niepodległość, a następnie została przyłączona do Grecji. Według  opisów Prevelakisa miasto wtedy kwitło, będąc miejscem w którym żyli w symbiozie Grecy z Turkami. „Kronika pewnego miasta” jest porównaniem tego  jak Rethymno wyglądało w czasie dzieciństwa Prevelakisa i później, kiedy jako dorosły człowiek autor  wraca do miasta po latach. Wtedy też Rethymno zaczęło boleśnie podupadać. Półki w luksusowych niegdyś sklepach zupełnie opustoszały i  pokryły się kurzem. Przepiękne stare, weneckie i tureckie budowle, opuszczone zaczęły niszczeć.

Dopełnieniem historii miasta jest jego opis z lat 70., autorstwa Bartosza Barszczewskiego. Ten opis jest jednocześnie pozytywnym zakończeniem książki, bo kiedy Barszczewski przebywał na Krecie, Rethymno znów zaczęło się rozwijać. To właśnie wtedy też do miasta zaczęli przybywać pierwsi turyści.

Kiedy tylko dojechaliśmy do Rethymno bardzo ciekawiło mnie to, jak miasto wygląda dziś. Jak wykorzystany został jego kulturowy i geograficzny potencjał? Przyjechaliśmy chwilę po zakończeniu turystycznego sezonu, wiec miasto wydawało się odpoczywać. W wąskich, krętych uliczkach toczyło się spokojne, zupełnie współczesne już życie. Studenci wychodzili z zajęć, a mieszkańcy powoli wypełniali okoliczne kawiarnie i tawerny. Miasto żyło, ale nie ruchem turystów, a swoim naturalnym jesienno – zimowym rytmem. Bez splendoru i oznak wielkiego bogactwa, ale w przyjemnej równowadze, dającej  wyczuć, że żyje się tu dobrze i spokojnie.  Pewnie latem przez wąskie ulice miasteczka nie da się łatwo przejść, bo turystów muszą być tłumy.

Rethymno to wciąż jeszcze jedno z takich miast, które mimo dużego zainteresowania turystów, ma w ofercie to co jest bezcenne, czyli taką najprawdziwszą Grecję. Tu dodatkowo z  mocno odczuwalnym wpływem weneckim oraz tureckim. Warto mieć świadomość tej ciekawej mozaiki kulturowej, kiedy przylatuje się tu na latnie wakacje. A „Kronika pewnego miasta”, to niezastąpiony przewodnik, który koniecznie trzeba ze sobą mieć spacerując po wąskich uliczkach Rethymno.

Forteca miasta

Forteca miasta

Link do książki „Kronika pewnego miasta” jest TU!

Link do mojej recenzji książki Pandelisa Prevelakisa jest TUTAJ!

 

Podróż na Kretę, cz. 1. Chania, czyli spotkanie Zachodu ze Wschodem… niedziela, 22 listopada 2015

Chania

Chania

Nasza podróż na Kretę wyszła trochę przypadkowo. Przez kilka miesięcy planowaliśmy popłynąć na Ikarię. Plany pokrzyżowała nam zmiana rozkładu promów z letniego,  na zimowy i dosłownie na dzień przed wypłynięciem okazało się, że z planowanej wyprawy na Ikarię nici. Na Kretę z Aten można dostać się bardzo łatwo. Decyzję o zmianie podjęliśmy więc dosłownie w trzy minuty z pełnym  przekonaniem, że Kreta będzie rewelacyjnym wyborem.

***

Mimo tego, że mieszkamy jakieś dwie godziny od Aten, nasza podróż na Kretę trwała ponad piętnaście godzin. Tak jest… Dobrze przeczytaliście. Dwie godziny do Aten. Godzina by ze spokojem przejechać do Pireusu. I następnie jakieś dwanaście godzin promem. Co za ironia… Pomyślcie, że jeśli ktoś mieszka na przykład w Warszawie, czarterem na Kretę doleci w niecałe trzy godziny… Grecja nie jest duża, ale  bardzo  rozległa. Człowiek uświadamia to sobie nie tyle patrząc na mapę, co płynąc z lądu na wyspę promem.

Kiedy rankiem dobiliśmy do portu w Chanii, zmęczenie dało mi się we znaki. Około siódmej rano, właściwie nie wiedziałam gdzie jestem. W dzień odespaliśmy trochę nocy i wieczorem wyszliśmy na pierwszy spacer po Chanii –  jednej z najpiękniejszych miejscowości całej Krety. To jedno z tych miejsc, które nie mogą nie zrobić na człowieku wielkiego wrażenia.

Najpiękniejsza część miasta znajduje się tuż przy porcie. Z jednej strony widać morze, które o każdej porze roku jak i dnia wygląda zupełnie inaczej. Z drugiej, jak równo poukładane  pudełka po zapałkach – stare, weneckie domy. Wyodrębniający się z panoramy starówki meczet. Oraz wychodząca daleko w morze latarnia.

Zawsze mamy takie szczęście, że najbardziej turystyczne miejsca odwiedzamy chwilę po zakończeniu turystycznego sezonu. Co prawda ostatni turyści jeszcze nie wyjechali, o ile kiedykolwiek stąd wyjeżdżają, ale życie toczyło się już  zupełnie naturalnym, zapadającym w jesień, a później w zimę rytmem. Studenci wrócili na studia. A właściciele restauracji, tawern i barów oddychali po letnim sezonie. Listopadowa pogoda, która nawet w Grecji, jest szalenie niepewna, nie mogła być piękniejsza. Promienie słońca dodawały blasku całej panoramie, powodując że wszystko wyglądało radośnie.

Wartość Chanii nie tkwi jedynie w tym, że jej panorama zawsze wygląda jak ujęcie z pocztówki. To miasto jest zdecydowanie czymś więcej. Starówka szczęśliwie nie ucierpiała przez niemieckie bombardowania z czasów II wojny światowej. W wąskich, krętych uliczkach co chwilę jest coś ciekawego. Wydaje się, że dosłownie na gołych murach, jakby jakimś cudem, wyrastają bujne rośliny. Koty mają tu dobrze. Widocznie sprzyja im i klimat i przyjaźni ludzie. Są na wpół  dzikie, ale ich różnokolorowe futra zdrowo połyskują na słońcu. Delikatny wiatr znad morza jest tym, co najlepiej suszy pranie. Białe, haftowane ręcznie obrusy. Wyszywane zasłonki i firany. Co prawda gdzieniegdzie odpada tynk. Coś jest nie odmalowane. Ale gdyby idealnie zatynkować i wszystko odmalować, to nie byłaby już ta sama Grecja. Chania to jedno z takich miejsc, które nie muszą się silić na to, by ładnie wyglądać.

7 9  10 11

Wenecki wpływ, który do dzisiejszego dnia widać na każdym kroku, w barwnej symbiozie żyje z  wpływem tureckim. Nic tu się nie wyklucza, wszystko do siebie idealnie pasuje. Tak jakby do europejskiej potrawy, dodać kilka szczypt orientalnej przyprawy. Miarka idealna. Nie za dużo, nie za mało. Meczet Janczarów, który znajduje się w porcie, jest najbardziej okazałym budynkiem postawionym za czasów, kiedy Kreta należała do Turcji. Takich pamiątek jest znacznie więcej. Przyciągają oczy co chwilę, wyróżniając się orientalnymi zdobieniami.

Chania to miejsce, gdzie spotyka się Zachód ze Wschodem. Jednak mieszanka wpływu weneckiego i tureckiego to jeszcze nie wszystko. To miasto, podobnie jak cała Kreta, jest kolebką  europejskości. To  tutaj zakorzeniła się nasza kultura. To tu mieszkali Minojczycy, którzy stworzyli najstarszą cywilizację Europy.  Chania jest jak wielkie muzeum na otwartej przestrzeni, które nieustannie po brzegi wypełnia tętniące życie.

12 13

 

To był równie intensywny, co fantastyczny tydzień… niedziela, 8 listopada 2015

     Ufff… Właśnie rozpakowałam walizkę, włożyłam ubrania do pralki i zrobiłam sobie herbatę. To był równie intensywny, co fantastyczny tydzień. Tej nocy, myślę że będę spać jakieś 12 godzin…

     Wróciliśmy z Krety. Bardzo często jest tak, że wypady zupełnie spontaniczne, są najfajniejsze. Mieliśmy przy tym ogromne szczęście, do bardzo niepewnej w Grecji listopadowej pogody. Kreta jest niesamowita, ale też potrzeba na nią czasu. Dlatego ta nasza pierwsza wizyta, to był dopiero prolog.

Zachód słońca w Chanii

Zachód słońca w Chanii

     Wracając z Krety, w tym tygodniu czekała nas jeszcze jedna podróż… Ten weekend spędziliśmy w Volos. Tam pierwszy raz w życiu byłam na tradycyjnym… bardzo (!) tradycyjnym greckim ślubie! To była dopiero przygoda…

     Hmmm… Nasza podróż na Kretę… Chania. Rethymno. Knossos. To jak prawie utknęliśmy na wyspie na kilka dni dłużej… No i ślub naszego przyjaciela, na który o mały włos nie zdążyliśmy… Zupełnie nie wiem od czego zacząć… Może najpierw porządnie się wyśpię, a jutro się nad tym zastanowię! Spokojnej nocy i świetnego tygodnia Kochani!

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Dlaczego w Grecji nie da się planować? Wystarczy spojrzeć na mapę… I jak to się stało, że zamiast na Ikarię, dopłyneliśmy na… KRETĘ!… poniedziałek, 2 listopada 2015

Z Grecji wyjechali ostatni już turyści. Większość z nich o tegorocznych wakacjach zdążyła pewnie już zapomnieć. Na wakacje więc czas najwyższy dla nas!

Pobyt na Ikarii planowałam już jakieś dwa miesiące. Wczoraj spakowaliśmy walizki. Zasuwając ostatni zamek, domknęliśmy też ostateczne planowanie. I właśnie wtedy Jani jeszcze dla pewności chciał sprawdzić godzinę naszego promu z Pireusu na Ikarię. Stare, greckie przysłowie mówi: człowiek planuje, a Bóg się śmieje. Zupełnie zapomnieliśmy o zmianie rozkładu promów w sezonie zimowym. Jak się okazało, naszego promu na Ikarię obecnie już nie ma…

-I co my teraz zrobimy?! Przecież wszystko jest już przygotowane… – spytałam załamana, nie wiedząc czy płakać, czy walić pięścią o ścianę. Ja naprawdę od dwóch miesięcy tak bardzo chciałam popłynąć na Ikarię…

-Ale tragedia… A mało ci  wysp w Grecji?  Popłyniemy… Dajmy na to… Na…

-A może by tak na Kretę!

-O widzisz! I problem rozwiązany!

Bardzo często, szczególnie turyści zadają powtarzające się pytanie: dlaczego Grecy są tak mało zorganizowani? Dlaczego? Przecież wystarczy spojrzeć na mapę Ellady.  Trochę lądu. Ostrzępiona linia brzegowa, jakby dziecko bawiło się nożyczkami. Jedna wyspa tu, a druga tam. Całość dosłownie rozwalona. Jakby ktoś rozbił na podłodze butelkę i nawet nie posprzątał.  Już patrząc na mapę łatwo wywnioskować, że tu nie da się niczego zbytnio zorganizować. Nie wyjdzie żaden plan… A to burza. A to sztorm. A to strajk. Za to można całkiem fajnie improwizować!;D

*

Dziś, o świcie dobiliśmy na Kretę. Nasze wakacje zapowiadają się wspaniale. Kochani, pozdrawiamy bardzo gorąco z przpięknej Chanii…:DDD Kreta jesienią zapowiada się bajecznie…

Z CYKLU: Jadę do Grecji na wakacje – Ale… Czy WARTO było jechać do Grecji na wakacje?… środa, 23 września 2015

      Choć pracy przed nami jeszcze całkiem sporo, sezon wakacyjny powoli dobiega końca. Jest to więc ostatni w tym roku post z cyklu “Jadę do Grecji na wakacje”. Od pierwszego październikowego poniedziałku, cykl ten zastąpią posty z serii “Lekki poniedziałek”.

      Ale do rzeczy! Przez całe lato do mojej skrzynki mailowej z uporem maniaka powracał jeden i ten sam typ maila: mimo kryzysu, czy to z pewnością bezpieczne by jechać do Grecji na wakacje?  Nie wiem co takiego działo się w polskich mediach. Zdaje się na moje szczęście, nie dorobiłam się na Korfu telewizora. Wszystkie wiadomości o kryzysie dochodziły do mnie… od polskich turystów! A u nas na wyspie spokój, świetna energia i fantastyczna pogoda.

      Jedną z osób, która na początku lata napisała do mnie maila pewnego obaw, poprosiłam żeby po powrocie ze swoich wakacji na Krecie, napisała jak odbiera kryzys. Jak to co mówiono w mediach odnosiło się do rzeczywistości? Niżej znajduje się  odpowiedź. Przeczytajcie… A jeśli również i Wy spędziliście tegoroczne wakacje właśnie w Grecji, koniecznie piszcie w komentarzach  jak się Wam udały!

***

Witam!


Niestety czas naszych wakacji dobiegł końca. Tak jak pisałam, w tym roku byliśmy na Krecie. I zgodnie z obietnicą chcę przekazać kilka słów odnośnie moich spostrzeżeń. Pomimo moich wielu obaw przed wyjazdem, na miejscu wszystko było w jak najlepszym porządku. Naprawdę teraz można przyznać Pani rację, że media wyolbrzymiły problemy Grecji. Faktycznie na lądzie może wygląda to inaczej, natomiast wyspy dla turystów = wakacje jak w bajce. Hotel w którym przebywaliśmy okazał się świetnym miejscem do wypoczynku, odremontowany, jedzenie pierwsza klasa, wszędzie czysto i pachnąco, pracownicy uśmiechnięci. Podczas naszego urlopu bardzo dużo zwiedzaliśmy. Mieliśmy wypożyczony samochód na kilka dni i objechaliśmy nim sporą część wyspy. Po drodze mijaliśmy stacje benzynowe – zero limitu paliwa, nie spotkaliśmy się z brakiem paliwa na stacjach. Odwiedziliśmy kilka sklepów spożywczych, towary na półkach były w ogromnej ilości, woda słodka pitna też do wyboru do koloru. A do tego wszystkiego widoki przepiękne, czyste, zadbane plaże, ciepłe morze czego chcieć więcej? I dlatego zastanawiam się dlaczego media pokazują takie głupoty jak kolejki na stacjach benzynowych, puste półki w sklepach? Zgodzę się, że dla mieszkańców może nie jest tak różowo jak to wygląda dla przyjezdnych, ale gdzie teraz nie ma problemów? Całe szczęście, że Grecy są narodem szczęśliwym chyba z urodzenia. Ja uwielbiam patrzeć na starsze osoby uśmiechnięte, korzystające z życia. Spotkaliśmy kilka korowodów ślubnych jadących na wesele – wszyscy wystrojeni, uśmiechnięci. I prawda taka, że pewnie jak każdy mają jakieś problemy, ale naprawdę ludzie tam mieszkający potrafią się cieszyć tym co mają. Mam nadzieję, że ludzie nie zrażą się do odwiedzania pięknych, greckich stron, bo naprawdę można się tam zrelaksować, odpocząć i zobaczyć inne życie. Jak wygląda sprawa mieszkania tam na stałe? Niestety tego ocenić nie potrafię, ale mam wrażenie, że mieszkańcy zdają sobie sprawę jakie bogactwo natury posiadają u siebie i o turystę zawsze będą dbać, a poza tym ich mentalność i radość życia to coś czego powinniśmy się uczyć.

Pozdrawiam!
Agata Noczenska

 

„Rozgrywka”. Dlaczego tło filmu staje się pierwszym planem?… piątek, 5 grudnia 2014

     Dwa tygodnie temu na ekrany polskich kin, wszedł film „Rozgrywka” w reżyserskim debiucie  Hossein Amini. Kiedy tylko natknęłam się na zwiastun i zobaczyłam, że akcja toczy się w Grecji, wiedziałam że jak najszybciej muszę całość  zobaczyć. I rzeczywiście, jest to ważny film, dla każdego kto interesuje się tematem Grecji, albo zwyczajnie Grecję lubi.

   Akcja „Rozgrywki”  toczy się w latach 60tych  (jak dla mnie to wielki  plus). Małżeństwo Chester (Viggo Mortensen) oraz Colette (Kirsten Dunst) przyjeżdża do Aten, gdzie miło spędzają czas. Para na pierwszy rzut oka, wydaje się być z serii tych idealnych, ale oczywiście tak nie jest. Chester ma poważne długi, a ciągnąca się za nim  niechlubna przeszłość, „materializuje” się  w hotelowej łazience i celuje w niego pistoletem. Nieszczęśliwym przypadkiem mężczyzna, który napada na Chestera umiera. I co dalej? Dalej…  Trzeba uciekać!

   Para chce przedostać się najpierw na Kretę, w czym małżeństwu pomaga  młody przewodnik po Atenach – Rydal (Oscar Isaac).  Rydal to pełny uroku osobistego, drobny złodziejaszek, który zauroczonym w  nim młodym kobietom, wyciąga z portfeli banknoty. Początkowo wydaje się, że pomaga amerykańskiej parze w ucieczce, bo wywęszył tłusty, kilku zerowy kęsek, ale szybko okazuje się, że tym razem to Rydal  został zauroczony przez Colette.

   Akcja brzmi całkiem ciekawie i mniej więcej do jednej trzeciej filmu, byłam naprawdę zainteresowana co takiego zadzieje się dalej. Ale tylko do jednej trzeciej… Po około trzydziestu minutach zorientowałam się, że bardziej od tego co dzieje się z fabułą, interesują  mnie okulary słoneczne przystojnego greckiego przewodnika i śliczna, kanarkowa sukienka, w której Kirsten Dunst spaceruje po Akropolu. Tak, okulary były naprawdę obłędne, a kolor kanarkowy wspaniale komponuje się z kolorem starożytnych kolumn Partenonu. Mogłabym jeszcze długo rozwodzić się nad  kapeluszami w tym filmie, bo uwielbiam modę lat 60tych, ale zdaje się że nie tu moją uwagę chciał skierować reżyser.

   Na „Rozgrywce” ani razu się nie zaśmiałam, ani razu nie poleciała mi łza i ani razu się nie przestraszyłam. Ujmując krótko, film nie wywołał u mnie właściwie żadnych emocji. Dlaczego?

   Sam pomysł na scenariusz był naprawdę dobry. Czas i miejsce, kiedy i gdzie rozgrywa się film – szalenie interesujące. Aktorzy – bardzo dobrzy.  Jednak akcja ciągnie się tu zbyt równo i nigdzie nie czuć w niej  napięcia. Rozterki żony, która zauroczyła się drugim mężczyzną, to wątek który nie wydaje się być wystarczająco pogłębiony. I tu wyłania się najsłabszy element całego filmu, czyli postać Colette, grana przez Kirsten Dunst. Postać zupełnie papierowa. Nie wiadomo kim tak naprawdę  jest, jaka jest i jak właściwie  ją scharakteryzować? Ani ładna, ani brzydka. Tylko umownie uwodzicielska i seksowna. Nie wiadomo czy silna, czy też słaba.    Niby uczciwa i dobra, ale znów nie  tak do końca. Wada scenariusza, reżyserii, czy też raczej Dunst, która mogła pokazać tu znacznie więcej. No cóż – każdemu się zdarza…

    Zapewne nie tylko dla mnie najbardziej interesujące w tym filmie było umiejscowienie akcji. Mówiąc całkowicie obiektywnie – był to naprawdę rewelacyjny pomysł. Ateny w swojej najpiękniejszej, letniej odsłonie,  wraz z Akropolem i kawiarenkami u jego stóp. Grecy ze swoim  akcentem mówiący po angielsku, co zawsze jest urocze. Starsi panowie, którzy  rano w mikroskopijnej wielkości filiżankach, piją kawę. Ktoś zabija ośmiornice, która później suszy się na słońcu. Białe wino, a w tle widok na morze. Wieczorne  tańce do greckiej muzyki. I przede wszystkim ta cudowna, zalana słońcem  Kreta oraz  pałac w Knossos. Taka sceneria nie może się nie podobać, trudno by wypadła mdło czy też  mało interesująco. Problem w tym, że Grecja przedstawiona  w tym filmie, jest dużo bardziej frapująca, niż sama akcja. A przecież tu chodziło o thriller…

    „Rozgrywka” zapada w pamięć i być może nawet warto iść na nią do kina, ale to dla  Aten w latach 60tych, dla Akropolu, Krety,  pałacu w Knossos, słomkowych kapeluszy i słonecznych okularów. I tego widoku, kiedy roześmiana Kirsten Dunst w kanarkowej sukience, spaceruje w lesie starożytnych kolumn Partenonu.

“Rozgrywka”. Kadr z filmu

 

 

 

 

 

„Kronika pewnego miasta”, czyli najbardziej inspirujący przewodnik po Rethymno na Krecie… sobota, 22 lutego 2014

         „(…) pozwól, że złożę ci życzenie, by twój okręt stanął na kotwicy u brzegów Rethimno w jakiś letni wieczór, o godzinie, gdy morze ma zapach arbuza, a kobiety z włosami namaszczonymi olejkiem jaśminowym wychodzą przejść się po molo. Oprzyj wtedy łokcie o balustradę i przyglądaj się z dala baśniowemu miastu. Ono też będzie na ciebie spozierać tysiącem oczu, uczyni swe wody zwierciadłem dla obfitej strugi blasku, spływającej z twojego statku, i będzie dawać ci znak swymi niezliczonymi światłami… A jeśli tak dobrze wypadnie, że się zbudzisz tam jeszcze o świcie – wstań i nie bez łzy w oku popatrz ostatni raz na miasto, kiedy ozłaca je gwiazda dnia. Przywołaj wówczas na pamięć wszystko, co ci opowiadam, aby nacieszyć źrenice niezapomnianym widokiem”.

 

 

         Jakiś czas temu natrafiłam na książkę Pandelisa Prevelakisa „Kronika pewnego miasta”. To lekkie niczym piórko wydanie, towarzyszyło mi wszędzie, mieszcząc  się w mojej torebce. Czytałam przy każdej nadarzającej się okazji, bo jest to jedna z tych książek, od których nie można się oderwać.

      Prevelakis to jeden z największych  greckich pisarzy pokolenia 1930,  a „Kronika pewnego miasta” jest jedną z najważniejszych jego książek. Owe „pewne miasto”, to Rethymno, które znajduje się na Krecie. Książka od pierwszego, aż po ostatnie zdanie jest jego opisem.

      „Kronika…”  pozbawiona jest typowej fabuły. Opowiada o Rethymno, które Prevelakis pamięta z czasów swojej młodości. Swoje wspomnienia konfrontuje z tym jak miasto wygląda w czasie, kiedy odwiedza je po latach.  Przyznacie, że opis akcji niekoniecznie brzmi emocjonująco. Bo jak przez ponad 150 stron można porywająco  opisywać jedno miasto!?

       Można. Jeśli  po pierwsze opisywane miejsce  prawdziwie się  kocha, a po drugie jest się mistrzem prozy, która niepostrzeżenie miesza się z poezją. Książkę czyta się bowiem fragmentami jak wiersz, przepełniony melodyjnymi opisami kreteńskiego miasta.  Na białych kartkach pokrytych  czarnym drukiem, widać całe miasto. Wąskie uliczki, stare budynki i kościoły, mieniące się w słońcu morze, ruch statków, które nieustannie przypływają i odpływają. Opisy przeplatają opowieści o ludziach, którzy miasto tworzą. Są wśród nich Grecy, Żydzi, Turcy, co jest dowodem zawiłej przeszłości Krety.

       Za czasów młodości pisarza, miasto kwitło przeżywając swoje najlepsze lata. Rethymno było wtedy bardzo ważnym portem, miastem bogatym o kosmopolitycznej atmosferze. Kiedy Prevelakis powrócił do niego po latach, wszystko się zmieniło. Miasto podupadło. Przestało się rozwijać. W luksusowym sklepiku, gdzie niegdyś sprzedawano najlepszej jakości jedwabie, zaczęto sprzedawać gwoździe.  Nawet mimo, iż jest to tylko opis miasta, łezka czasem kręci się w oku. Doskonałym przykładem takiego fragmentu, jest opis rozbierania  na części statku, który osiadł  w porcie na mieliźnie i umiera jakby był żywą istotą. 

      Czy miasto zdołało wydźwignąć się z pogrążenia w biedzie i letargu? Odpowiedź znajduje się  w posłowiu napisanym przez Bartosza Barszczewskiego, który kilkadziesiąt lat później odwiedził  miasto. Gdyby ten sam obraz mógł zobaczyć Prevelakis, z pewnością bardzo by się ucieszył – miasto stanęło  na nogi. Odbudowano najważniejsze kościoły i budynki.  W porcie znów zaczęły cumować statki, a turystów nie brakuje. Rethymno znów żyje.

     Jeszcze podczas czytania tej książki, wpadł  mi w ręce katalog z ofertami wakacji na najbliższe lato. Szybko przewertowałam strony, by znaleźć rozdział o Krecie. Ku  mojej radości, znalazłam informacje o  Rethymno.  Na zdjęciu urocze, stare  domki  stały w równym szeregu nad niewielkim portem, gdzie cumowały statki. Kilka stron zajmowały oferty różnych kurortów i hoteli.  Kiedy znajdę się na Krecie, jednym z pierwszych miast, jakie odwiedzę będzie właśnie Rethymno.

     Niezwykłe walory językowe książki, zostały w pełni oddane w przekładzie polskim, czego zasługą  jest mistrzowskie tłumaczenie Janusza Strasburgera. Przekład znakomicie oddaje specyficzną melodię języka greckiego, zachowując poetycki charakter tekstu Prevelakisa.  Żeby tak przełożyć książkę w bardzo trudnym języku jakim jest grecki, o tym kraju trzeba wiedzieć wszystko.

     Jeżeli więc macie w planach podróż na Kretę, koniecznie zaopatrzcie się w „Kronikę pewnego miasta” Pandelisa Prevelakisa. O Rethymno  opowie Wam więcej niż niejeden przewodnik.

“Kronika pewnego miasta”

Pandelis Prevelakis

Tłumaczenie:Janusz Strasburger

Wrocław 2013

Wydawnictwo: GRECKIE KLIMATY

 

Cytat użyty w tekście, pochodzi z wyżej wymienionego  wydania, strona 99 – 100.