Przewodnik po KORFU, cz. 13 – 10 powodów, dla których warto spędzić wakacje na Korfu… piątek, 29 maja 2015

       To już grubo ponad dwa lata temu wpadłam na pomysł, że to właśnie Korfu będzie tym idealnym miejscem, gdzie każdego roku spędzając kilka gorących wakacyjnych miesięcy, będę organizować wycieczki. Przed założeniem naszej firmy z wycieczkami po KORFU,  przebadałam wszystkie inne greckie wyspy. Brałam pod uwagę każdą z nich. Każda  ma coś ciekawego do zaoferowania i zawsze stanowi zupełnie inny, odrębny, mały świat. Wszystkie są bajkowe. Ale dla mnie – wygrywa Korfu.

     Dlaczego? Oto 10 głównych powodów…

ENERGIA Czy macie czasem coś takiego, że wchodzicie do jakiegoś pomieszczenia i od razu czujecie się tam dobrze, nawet nie wiedząc  dlaczego? Ze mną tak właśnie było, kiedy pierwszy raz odwiedziliśmy Korfu. Tutaj zawsze czuje się po prostu dobrze, jakby coś pozytywnego nieustannie wisiało w powietrzu. Klimat na Korfu człowiekowi sprzyja. Między innymi z tego właśnie powodu od wieków ta wyspa odwiedzana była przez arystokratów,  słynnych pisarzy, ludzi sztuki. Cesarzowa Sisi leczyła tu swoje liche zdrowie, a bracia Durrell znajdowali  inspirację do swoich książek. Ujmując krótko, Korfu jest miejscem, które ma w sobie taki rodzaj energii, że człowiekowi nagle zaczyna się… chcieć!

PLAŻE…  Korfu to raj dla każdego, kto uwielbia morze. Można pływać, opalać się, czy też udawać się w rejsy po wybrzeżu. Na samym południu plaże mają piasek jak jedwab. Na północy czekają niesamowite formacje skalne. A nieco bardziej na zachód są całe złoża glinek, które stanowią zupełnie darmowe i jak najbardziej ekologiczne spa.

ZIELEŃ… Na Korfu przez 12 miesięcy w roku jest bardzo zielono. Tutaj zielono jest właściwie wszędzie, a zieleń zawsze jest intensywna i soczysta. Połączenie widoku niebieskiego  morza z intensywną zielenią, charakteryzuje wszystkie Wyspy Jońskie. Na Korfu takie kojące dla oczu kolorystyczne zestawienia można spotkać na każdym kroku.

WIDOKI… Niczym nieograniczone widoki na Morze Jońskie, które ciągnie się nie mając jakby końca. Wdzierające się w nie poszarpane skały. Malownicze zatoczki. Fantastyczne  formacje skalne. Czy też zielone wzgórza, zapadające się w malownicze morze. Korfu ma jedynie 600 km2, ale właściwie w jakimkolwiek jej miejscu człowiek się znajdzie, tam zawsze odkryć można zapierający dech w piersiach widok.

MIASTO KORFU…  Stolica wyspy Korfu, której część wpisana jest na listę UNESCO nie bez powodu uznawana jest za najpiękniejszą stolicę wysp Grecji. Miasto Korfu jest taką grecką perełką. Stanowi jednocześnie szalenie ciekawą mozaikę kulturową, ponieważ jego dzisiejsza wersja budowana była przez Wenecjan, Brytyjczyków, Francuzów oraz rzecz jasna Greków. Przejście się wąskimi  uliczkami Korfu to prawdziwa gratka, dla każdego miłośnika pięknej architektury.

POGODA… Ponieważ Korfu jest jedną z najbardziej na północ wysuniętych wysp Grecji, rzadko są tu trudne do zniesienia upały, nawiedzające południe Grecji. Tu zawsze jest nieco chłodniej. To również między innymi dzięki rodzajowi wiatru, który latem wieje od morza,  dając przyjemne wytchnienie.

JEDZENIE… Jedzenie na Korfu to temat rzeka… Wspaniałe ryby, owoce morza. Sofrito, stifado czy też pastitsada, czyli dania będące  wspomnieniem po weneckim panowaniu. Świetna oliwa z oliwek, smakowite wino, dostępne jedynie na Korfu kumkwaty. A przy tym uginające się drzewa od cytryn, fig, oliwek… Tak wyliczać można jeszcze długo.

Więcej na temat kuchni Korfu przeczytasz tu:  Jak zjeść Korfu?

CENY… Mimo bardzo dużego zainteresowania turystów, właściwie wszędzie na Korfu, niezależnie od miejsca ceny są przystępne. W tawernie przy najlepszych widokach płaci się standardowe wszędzie stawki (10-15 euro za cały obiad). Za nawet najdroższą kawę, nie zapłaci się wiele więcej niż 3,50 euro. Gdzie więc jeść i pić? W najbardziej spektakularnych miejscach, bo tam ceny będą mniej więcej takie same jak w każdej innej części wyspy.

ORGANIZACJA… Korfu jest pierwszą grecką wyspą, na której zaczęła rozwijać się turystyka. Dlatego  pod względem turystycznym wyspa jest naprawdę bardzo dobrze zorganizowana. W każdą część miasta (na czas!) dojedzie się autobusem. Na każdym kroku można wynająć samochód albo skuter. W każdym właściwie miejscu jest ciekawe muzeum, aquapark, kawiarnia albo tawerna.

AUTENTYCZNOŚĆ… Fenomen Korfu tkwi również w tym, że mimo tak dużego zainteresowania turystów, wyspie wciąż udaje się zachować swoją autentyczność. Wystarczy tylko troszkę skręcić z dróg, na które nakierowują turystyczne przewodniki i już jest się w wiosce, w której jakby stanął czas. Można samodzielnie odkryć ruiny starej budowli, albo wejść do sadu oliwnego, który prezentuje się jak ilustracja do bajki. Mimo tak dużego zainteresowania turystów, poza  szlakami życie na Korfu nadal toczy się swoim naturalnym, wyspiarskim rytmem.

KLIKNIJ NIŻEJ…

 

Jedna z wielu przyczyn, przez które w Grecji tak mi się podoba… piątek, 22 maja 2015

     Co prawda dziś miało być zupełnie o czymś innym.  Stałam w kuchni. Kończyłam pić poranną kawę i gapiąc się na to co dzieje się za oknem, układałam w głowie treść posta o planach zamążpójścia  Olivki, pierwszym spotkaniu rodziców Pieprza, z Fetą i Pomidorem i o tym, że owe pierwsze spotkanie miało miejsce… w szpitalu! Za nic nie mogłam się jednak skupić.  Dziś rano Nikula darła się jak nigdy wcześniej.

     Każdy na naszej ulicy wie, że Nikula ma problem. Żeby o tym nie wiedzieć, trzeba chyba być głuchym. Ponad rok temu Niki  urodziła już drugie dziecko. Pewnie planowała, że wszystko  będzie pięknie. Jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej i nic w niej nie idzie zgodnie z planem. Że dom… Że mąż… Że dzieci… Stabilizacja… I że rodzina… Nikula nie tyle, że nie straciła kilogramów po drugiej ciąży, co po prostu fatalnie się roztyła. Zupełnie przestała przy tym o siebie dbać. A z jej kuchennego okna smutno powiewa naderwana firanka, z plamą gdzieś z boku. Ani sama, ani z dziećmi, ani z mężem, właściwie nigdzie nie wychodzi. Od czasu do czasu tylko wyjdzie przed dom, żeby nieco zamieść chodnik.

     Czasami nieco ciszej, ale przeważnie dosyć głośno dosłownie  wydziera się na swoje dzieci. Potrafi tak krzyczeć całymi godzinami. Dziś rano w tym krzyku wyczuć można było coś jeszcze.

     -Masz stać w tym kącie tak długo, aż ci pozwolę się ruszyć! Stój tam!!! Słyszysz?! Stój tam gówniarzu jeden! Wracaj tam z powrotem! Przecież kazałam ci tam stać!!! Nie ruszaj się!!! Za chwilę przez ciebie zwariuje!!!

     Katerina, która mieszka obok, chwyciła swoją córeczkę za rękę (bo przecież dziecka pod żadnym pozorem nie można zostawiać samego) i powolnym, ciężkim krokiem podeszła do okna Nikuli:

    -Nikiii!!! Kochana! Co tam  u ciebie się dzieje?

    Ujmując wprost. Nasza Katerina to taka typowa wiejska baba. Jest gruba, a przy tym potężna. Ręce ma takie, że jakby tylko w czymś przeciwstawiłby się jej dwa razy mniejszy od niej mąż, to za jednym zamachem znalazłby się na najbliższej ścianie. Ale u Kateriny obiad jest zawsze przed czasem.  Przed rozpoczęciem się lata, dywany już są wyszorowane, wysuszone i pochowane. Ubrania, zanim jeszcze przyjdzie im do głowy, żeby się ubrudzić, to już idealnie wyprasowane leżą równo w szafie. Na zewnątrz może być burza, albo i trzęsienie ziemi, ale w każdą niedzielę plus okolicznościowe święta, Katerina z rodziną zawsze będzie w kościele. Wiosną, latem i wczesną jesienią, wieczorami, po skończeniu wszystkich prac i obowiązków, Katerina rozsiada się wygodnie na swojej  werandzie.  Kto przechodzi obok, ten zawsze choć na chwilę się przysiada. Boże… jak ona się wtedy śmieje! Zawsze jak  ktoś wtedy dzwoni do mnie na Skype, to pyta się co na zewnątrz  się dzieje. Odpowiadam, że nic! To tylko moja sąsiadka się śmieje!  Uwielbiam taki typ ludzi. Prostolinijni. Pracowici. Szczerzy. Uczciwi.  Katerina oczytana raczej nie jest i pewnie nie za bardzo ją obchodzi co tam nowego w kinie. Ale…

    -Niki!!! Posłuchaj… Ty nie możesz tak krzyczeć na swoje dziecko! Przecież ono jest jeszcze takie małe, że nawet cię nie rozumie! Dlaczego ty tak krzyczysz? Co takiego zbroili?

    Jak kurtynka w teatrzyku dla dzieci odsłoniła  się szara firanka, a w oknie pojawiła się twarz Nikuli:

    -Ja go muszę nauczyć dyscypliny! Nauczę go tak, że w końcu będzie się mnie słuchać! Miał siedzieć w kącie, a smarkacz jeden ciągle z niego wyłazi.

    Sama kilka razy się zastanawiałam, czy nie powinnam zastukać do drzwi Nikuli, kiedy tak na te dzieciaki krzyczy.  Nigdy tego nie zrobiłam, przyznaje… uważając, że nie powinnam się mieszać. Ale i tak, nawet jeśli, to myślę że niczego bym nie zdziałała. W moim głosie i w wyrazie twarzy byłaby złość, a to najpewniej wywołałoby kłótnie. Tyle.

    W zdecydowanym i zupełnie neutralnym głosie Kateriny, w wyrazie jej twarzy zupełnie pozbawionym osądu, było coś takiego, że Nikula nagle złagodniała:

    -Wiesz Katerina… Ja nie wiem… Ja już nie mogę… Ja już… Ja za chwilę podpalę ten pieprzony dom… Ciągle te zasrane pieluchy, wieczne wrzaski i te ciągłe gotowanie… Niech te bachory chociaż przez godzinę posiedzą cicho… Ja tu za chwilę zwariuje…

    -Ejjj… Niki! Może i popieprzony, ale nie podpalaj. Bo jeszcze na mój się przeniesie. Hahahaaa! Aleś ty głupiaaaa! Hahahahaha!!! Chodź głupia! Chodź to  zrobię ci kawę!

     Katerina machnęła  wielkim ramieniem wskazując na swój dom i poszła powoli w jego kierunku.  Jednym ruchem chwyciła swoją córkę  na ręce, a mała prawie zniknęła w jej potężnych ramionach.

       Dwie minuty później. Człap… człap… człap. I stukot małych stópek. Nikula zamknęła drzwi od swojego domu i zapukała do naszej sąsiadki. Chwilę później nawet w mojej kuchni, aż dudniło  od śmiechu Kateriny.

      I właśnie za takie nienazwane coś, tak bardzo mi się w tej Grecji podoba.

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Odwiedzaj nas na INSTAGRAMIE!… poniedziałek, 18 maja 2015

      Kiedy tylko mamy kilka wolnych dni, udajemy się w podróż. Nieważne, blisko czy daleko. Liczy się by zobaczyć nowe miejsce. A trzeba przyznać, że Grecja jest niesłychanie fotogeniczna.  Na Sałatkowym Facebooku już powoli na same zdjęcia miejsca nie starcza, nie mówiąc  już o blogu. Dlatego postanowiliśmy założyć  Sałatce konto również na Instagramie. Zachęcamy Was bardzo mocno do oglądania naszych zdjęć, które od dziś będziemy tam umieszczać. Będą się tam pojawiać zdjęcia z najróżniejszych zakątków Grecji, trochę naszej zwykłej codzienności i wszystko co wiąże się z Grecją, a w jakiś sposób jest ważne, ciekawe czy też inspirujące.

KONTO INSTAGRAM: salatkapogrecku.blog.pl

https://www.instagram.com/salatkapogrecku.blog.pl/

     Przedwczoraj wróciliśmy z krótkiego wypadu do Aten, załatwić to i owo jeszcze przed rozpoczęciem sezonu na Korfu. Prócz najróżniejszych spraw do załatwienia, w planach mieliśmy również odwiedzenie ateńskiej dzielnicy Gazi. Przyznam, że tej części Aten, która znajduje się przecież  rzut beretem od Akropolu, wcześniej zupełnie nie znałam. Przeczytałam o niej pierwszy raz w książce Dionisa Sturisa.

     Wystarczyło kilka przystanków metrem, żeby znaleźć się jakby w zupełnie innym świecie. Za to właśnie tak lubię wielkie miasta, takie jak Ateny. Gazi to dzielnica, która stanowi teren byłej gazowni. Jest przykładem na to jak miejsce, które wydawać by się mogło, jest zupełnie nieciekawe, można  zmienić w fantastyczną przestrzeń. Dziś jest to dzielnica, w której dosłownie na każdym kroku kryje się  coś ciekawego. Stare budynki, pozamieniały się na artystyczne kawiarenki z duszą, muzea, galerie. Gdzie nie spojrzeć, kolorowe  graffiti. Wszystko  tętni życiem. Na każdym kroku plakat z zapowiedzią koncertu, czy przedstawienia. Każdy wygląda tu fajnie, modnie i ciekawie.

     Spacerując ulicami Gazi, zupełnie przypadkowo trafiliśmy na wystawę. Zdjęcia z naszego sobotniego spaceru po Gazi możecie zobaczyć już teraz na naszym Instagramie!

        Więcej zdjęć na:

           https://www.instagram.com/salatkapogrecku.blog.pl/

 

Przylądek Sunion… niedziela, 17 maja 2015

    Na samym początku maja, korzystając z idealnej pogody i chwili czasu wolnego, wybraliśmy się na Przylądek Sunion. To właśnie tam znajdują się ruiny jednej z najsłynniejszych starożytnych świątyń i to właśnie tam zobaczyć można jeden z najpiękniejszych zachodów słońca Grecji.

     Mimo, że sezon turystyczny na samym początku maja jeszcze na dobre się nie rozpoczął, przy kasie z biletami już czekały grupy zagranicznych wycieczek. Wszyscy, którzy właśnie wtedy przyjechali zobaczyć świątynię Posejdona, dobrze wiedzieli co robią. Maj, początek czerwca,  koniec września i październik, to najlepszy czas  na zwiedzanie starożytnych ruin. Pogoda jest wtedy idealna. Jest  ciepło, lecz nie upalnie. A rozkwitająca lub powoli szykująca się do zimy przyroda, wciąż jest zielona i  stanowi wspaniałe tło dla pierwszoplanowych ruin. Zwiedzanie zabytków archeologicznych in situ (czyli w tym samym miejscu, gdzie powstały), w samym środku lata to najszybszy  sposób, żeby do starożytności bardzo się zniechęcić. Spacerowanie wśród ruin, przypomina wtedy spacer w rozgrzanym piekarniku…

     Przylądek Sunion, jest najbardziej na południe wysuniętą częścią Attyki. Już od czasów starożytnych był strategicznie ogromnie ważnym punktem orientacyjnym dla żeglarzy, którzy płynęli z Pireusu na wyspy. Malowniczo osadzone ruiny, stanowią pozostałości po świątyni Posejdona, wybudowanej V w. p.n.e., czyli w „złotym wieku”, w okresie kiedy Grecja pod rządami Peryklesa przeżywała niesamowity rozwój. To właśnie wtedy w sztuce Grecji trwał okres klasyczny. Dzieła architektoniczne i rzeźbiarskie, które w tym czasie powstały, do dnia dzisiejszego stanowią kanon tego co idealne, najbardziej harmonijne i wypośrodkowane. Doskonałym tego przykładem są proporcje pozostałych do dziś kolumn w porządku doryckim  ze świątyni Posejdona.

      Z 34 kolumn, obecnie jest ich 16. Kiedy się na nie patrzy, wydają się być idealnie proste. W rzeczywistości wcale takie nie są. Grecy, zamieszkujący Elladę ponad dwa i pół tysiąca lat temu(!) doskonale wiedzieli, że oko ludzkie  ulega optycznym złudzeniom. W związku z tym to, co wydaje się być idealnie proste, tak naprawdę wcale takie nie jest. Żeby optycznie uzyskać idealny kształt, kolumny posiadają enthasis, czyli delikatne zgrubienie na jednej trzeciej wysokości. Wiedza na temat idealnych proporcji, która powstawała  w Grecji ponad dwa i pół tysiąca lat temu, do dnia dzisiejszego jest podstawą dla każdego współczesnego architekta.  

 

      Kiedy przed podróżą przeglądałam zdjęcia z zachodem słońca z  Sunion, pomyślałam że te same widoki w rzeczywistości, pewnie nie będą wyglądać aż tak spektakularnie. Błąd!  Zdjęcia mogą być doskonale  wykadrowane i nieco podkolorowane, ale oglądając je nie można odczuć ogromu, jaki czuje się stojąc tuż obok świątyni i patrząc na niczym nieograniczoną przestrzeń nieba i Morza Egejskiego.

      Kiedy byliśmy w Sunion, niebo częściowo zakryte było chmurami, przez które słońce jedynie się przebijało. Jednak kolor zachodzącego słońca, które zmienia siebie i wszystko wokoło, zawsze najpiękniej wygląda nie na zdjęciu, a na żywo w naturze. Ciągnące się morze, które nie ma swojego końca.  Wiatr, w którym czuć zapach soli. I niebo, które zmienia się z minuty na minutę.

Podpis Byrona na jednej z kolumn świątyni Posejdona

Podpis Byrona na marmurach świątyni Posejdona

      Jeśli przyjrzeć się tym wiekowym marmurom bardzo dokładnie, można zobaczyć na ich powierzchni coś jeszcze. W wielu miejscach wyryte są daty lub  imiona, tych którzy przez wieki Sunion odwiedzali. Rok 1889. 1920. 1888. Imiona, kilkuwyrazowe napisy.  I na jednej z kolumn, niewielkie, skromne litery, które z odległości widać tylko, kiedy w ich kierunku świeci słońce.  Byron. Co prawda wszędzie są tabliczki, z napisem „do not touch!”, bo przecież chodzi o jedno z najważniejszych zabytków Europy. No cóż… Byronowi, który zachwycał się tym miejscem,  można jednak wybaczyć…

Poczytaj więcej o…

Zachód słońca na Santorini

Kambi. Najpiękniejszy zachód słońca na Zakinthos

 

 

Poradnik emigrantki cz. 4: Pierwszy dzień emigracji. Jak wyglądał on u mnie?… czwartek, 14 maja 2015

      Są takie dni, których nigdy się nie zapomina. Co prawda nie pamięta się tego co się wtedy jadło, w co było się ubranym, co konkretnie się robiło. Ale pamięć o emocjach zostaje już do końca.

       Mimo zmęczenia w nocy nie mogłam zmrużyć oka. Na dzień przed odlotem  wszystko wypadało mi z rąk i niby coś robiłam, ale niczego nie mogłam zrobić do końca. Okropny stres. Poczucie, że za chwilę stracę grunt pod nogami. Powracające jak mantra pytanie: czy ja dobrze robię? I myśl, że za chwilę wykonam krok, znajdę się po drugiej stronie i nagle wszystko będzie zupełnie niewiadome.

      Za nic  nie chciałabym przeżyć tego dnia raz jeszcze. Ostatniego dnia, przed przeprowadzką do Grecji. Z perspektywy czasu teraz wiem, że był to początek trwającej nadal przepięknej, życiowej lekcji. Jedną z najważniejszych rzeczy, której się z niej nauczyłam, to fakt, że „bać się”, to taka najzupełniej normalna sprawa. Element prawdziwego życia. Strachu nie można unikać, ale trzeba go oswajać. I krok za krokiem iść, tam gdzie ma się ochotę.

     Pyk! I po trochę ponad dwóch godzinach lotu byliśmy po drugiej stronie. Może to nawet i lepiej, że kilka razy musiałam przepakować walizkę, bo zamiast martwić się o to „co to będzie”, główkowałam czy może istnieje jakieś sprytne zaklęcie, które sprawi, że walizka nieco się zdematerializuje i stanie się choć odrobinę lżejsza.

    Pamiętam, że do Grecji dolecieliśmy bardzo wcześnie. Rozpoczynał się sierpniowy poranek. Mieliśmy przed sobą cały, letni dzień. Moje poczucie strachu, że dalej są jedynie znaki zapytania, mieszało się z tym, że na niebie nie było ani jednej chmury i grzało cudowne słońce. Że Feta przyszykowała pyszny obiad, a chwilę po tym możemy zdrzemnąć się w świeżej, pachnącej  pościeli. Całe popołudnie spędziliśmy na plaży. A wieczorem poszliśmy na zimną kawę. Pamiętam, że siedzieliśmy w niewielkiej kawiarence nad samym brzegiem morza. Obok była szeroka promenada. Kończył się upalny dzień. Ludzie powychodzili z domów, odnajdując wytchnienie w przebywaniu w wieczornym chłodzie. Dzieciaki wrzeszcząc jeździły  na wszystkim czym się dało. Oby szybciej i oby do przodu. Zawieszeni w bezczasie dziadkowie, bez końca pili mikroskopijnej wielkości kawy, jakby  filiżanki nie miały dna.  Bawiąc się komboloi [kliknij TU!] uderzającymi o siebie koralikami, wystukiwali jednostajny rytm. A kobiety, jak to one, gorąco nad czymś debatowały, machając przy tym rękami.

    Dopiero pod wieczór wróciliśmy do Sałatkowego domu.

    Czułam się tak, jakbym chodząc nie miała zupełnie gruntu pod nogami. Taki ciągły niepokój. Widziałam  jednocześnie, że wszystko dookoła pulsuje sprzyjającą mi energią. Grecja, w której się znalazłam zupełnie nie przypominała Grecji z medialnego obrazu, gdzie wciąż donoszą coraz to nowe wieści o kryzysie. Spokój. Prześliczna pogoda. Uśmiechnięte twarze, trwające w wiecznym relaksie.

     Gdzieś w okolicach późnego wieczora, w końcu dopadło mnie wielkie zmęczenie. Walizki jedynie co rozsunięte, leżały w nieładzie. Bałam się.  Po raz pierwszy w dorosłym życiu, na kartkach mojego kalendarza nie było nic. W jego pierwszej części do połowy sierpnia, w kalendarzu nie było pustego miejsca, wszystko zapisane. A dalej nic… Zupełnie nic. Czyste, białe, niedotknięte  długopisem kartki. Co będę robić jutro? O której mam wstać i tak w ogóle, to w jakim celu? Czym mam się zająć? Jutro… Pojutrze… I kolejnego dnia? Z kim mam się spotkać? Do kogo zadzwonić? Na jaki egzamin zacząć się uczyć? Jaki skończyć  projekt? Co mam dopracować? Zacząć / dokończyć? Nic… po prostu nic? Żadnego haka! Byłam całkowicie wyrwana z mojego naturalnego świata. Dat. Terminów. Obowiązków. Maili. Telefonów. Ocen. Zaliczeń. Wpłat. Wypłat. List. Planów. Początków i końców. Na jutro zaplanowane było… NIC.

***

    -Nie wiem… nie wiem… nie wiem… – tego ostatniego dnia przed przeprowadzką do Grecji, nie mogłam spać, więc poszłam pogadać z moją siostrą:

   -Co ja mam robić? Czy to jest na pewno  dobra decyzja? A tak  w ogóle, to  czy ty się o mnie nie martwisz? – spytałam szczerze, widząc że moja starsza siostra jest spokojna. I wtedy, na kilka chwil przed samym odlotem dostałam najlepszy prezent jaki mogłam:

    -Nie. Ja się nie martwię. Bo ja w ciebie wierzę… – chwilę później dodała: – A wiesz co… Teraz to jest takie modne… Wszyscy zakładają jakieś blogi. A może też załóż sobie jeden! To byłoby całkiem interesujące, jakbyś zaczęła pisać o tym, jak to się mieszka w typowej, greckiej rodzinie…

***

    Tego pierwszego dnia, zanim jeszcze zasnęłam,  na wpół przytomna, napisałam pierwszy post, o tym co właśnie się dzieje. Zamknęłam komputer i poszłam spać. Następnego dnia, wstałam rano wiedząc, że mam już „coś”…

      Wahadełko… 15 sierpień 2011

 

Kim jest Dionisos Sturis? I dlaczego każda osoba, która interesuje się Grecją powinna dobrze znać jego nazwisko?… sobota, 9 maja 2015

      Zupełnie nie wiem jak to się stało, że do czytania „Gorzkich pomarańczy” zabrałam się tak późno.  Czekając na ten właściwy moment, książka przez dłuższy czas stała na baczność w pełnej gotowości na regale. Kiedy jednak zabrałam się do czytania, zarwałam przez nią kilka nocy.

       Nie znalazłam jak dotąd żadnej innej książki wydanej w Polsce, która Grecję opisywałaby tak obrazowo. Sytuację kryzysową, to co działo się w Elladzie po II wojnie światowej i to co dzieje się teraz. Co chwila,  zasypuję Janiego cytatami: a czy wiesz, że… a czy słyszałeś o tym… czy zgadzasz się z… a Dionisos pisze, że… i tak dalej, i tym podobne.

       Całość napisana jest tak obrazowo, że za każdym razem kiedy otwieram książkę, czuję jakbym słuchała Dionisa siedzącego obok, konfrontując jednocześnie to o czym się dowiaduje, z moimi greckimi doświadczeniami.

      Recenzja książki „Grecja. Gorzkie pomarańcze” Dionizosa  Sturisa pojawi się na blogu pod sam koniec maja. Ale… Kim właściwie jest Sturis? I dlaczego każda osoba interesująca się Grecją, powinna dobrze znać jego nazwisko?

      Dionisos Sturis jest w połowie Polakiem, w połowie Grekiem. Przyszedł na świat w 1983 roku w Salonikach. Mieszkał w Elladzie dwa pierwsze lata swojego życia, ale  prawie całe późniejsze życie spędził już w Polsce.  Matka Dionisosa jest Polką. Wyszła za mąż za Greka i w latach 80. wyprowadziła się do Grecji. Mąż, ojciec Sturisa szybko okazał się być tyranem. Już z trójką dzieci, po kilku latach jego żona uciekła do Polski.

     W swoim dorosłym życiu, Sturis postanowił poznać Grecję i zrozumieć swoje greckie korzenie. Wyjechał na stypendium do Joaniny. Zaczął uczyć się greckiego.

    Obecnie pracuje w radiu TOK FM, zajmując się polityką zagraniczną. Jest specem w temacie Grecji. Był świadkiem wszystkich najgorętszych wydarzeń związanych z kryzysem, relacjonując sytuacje w Elladzie dla polskich mediów. Krótko po tym powstała jego pierwsza książka – „Grecja. Gorzkie pomarańcze”.

     Warto zwracać  uwagę na wszystkie audycje z uczestnictwem  Sturisa w radiu  TOK FM, które dotykają Grecji, jak i wszystkie artykuły, które dostępne są na stronie radia. Pojawiają się tam najróżniejsze informacje, z różnych dziedzin dotyczących  Grecji, zawsze reprezentujące dziennikarstwo na najwyższym poziomie.

     -Jani!!! Jeszcze tylko to ci przeczytam! Słuchaj, to się uśmiejesz: (…) To w Raches (wyspa Ikaria – przypis mój) jest ta słynna piekarnia, która otwiera się po zmroku i zostaje czynna prawie do rana. Piekarz wie, która rodzina ile czego potrzebuje. Pakuje chleby do siatek, siatki podpisuje i wiesza je na hakach przy drzwiach. Ludzie przychodzą, odwieszają torby, zostawiają pieniądze. A jeśli ktoś nie zapłacił, znaczy, że nie miał. Odda innym razem, przy okazji.[1]

   -No i co w tym takiego… niezwykłego?

   -Jak to co? Fajnie mają na tej Ikarii, nie?

   -A nie zauważyłaś, że u nas też tak jest?

    No tak! Kiedy wskazano mi przysłowiowym palcem, wtedy zauważyłam. I połączyłam fakty: co robią siatki z chlebem zawieszone na klamkach z tym, że obok jest piekarnia. Niby widziałam je setki razy i przechodziłam obok nich prawie co drugi dzień, ale jakoś tak… Nigdy nie zwróciłam na to uwagi. I po raz kolejny przekonałam się o tym, że myśl „o! tyle już wiem”, jest bardzo zwodnicza. A w temacie, w którym się siedzi, tak naprawdę nigdy nie można przestać drążyć.

     Na recenzję literackiego debiutu Dionisosa Sturisa zapraszam pod koniec maja!

     Tymczasem niżej, możecie odnaleźć  kilka przykładowych audycji i artykułów autorstwa Sturisa:

AUDYCJE

TEKSTY

 


[1] Grecja. Gorzkie pomarańcze, Dionisos  Sturis, Terra Incognita, Wydawnictwo WAB, Wa-Wa, 2013, s. 71

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Co słychać u nas?… poniedziałek, 4 maja 2015

     Jeszcze w pidżamie weszłam do kuchni, żeby nastawić wodę na herbatę do śniadania. Zanim zdążyłam dotknąć czajnika, utknęłam na dłuższą chwilę patrząc na to co dzieje się za kuchennym oknem. Katerina, nasza sąsiadka z naprzeciwka wyniosła na balkon wszystkie swoje dywany. Ma ich całkiem sporo…. Naliczyłam 10! I już zdążyła je wszystkie wyszorować gigantyczną, twardą  szczotą. Piana zmieszana z wodą żwawo płynęła przez chodnik, a Katerina dziarsko wywieszała  wyczyszczone dywany na barierkę przy balkonie. Kiedy tylko patrzę na naszą sąsiadkę, to automatycznie zaczynam planować, co by tu też dziś wysprzątać.  W międzyczasie rozglądam się na to co dzieje się  wokoło.

     Wszędzie jasna, soczysta zieleń. Tu i ówdzie kwiatki, rozrzucone po terenie jakby dzieciaki bawiły się kolorową farbą. W powietrzu czuć, że wszystko rozgrzane jest słońcem. Te pracuje intensywnie, produkując nadprogramowe ilości witaminy D – sekretny  element, dzięki któremu każdy w Grecji czuje się po prostu dobrze.

      Są takie dni, kiedy  czuć, że w przyrodzie następuje przełom i właśnie zaczyna się  nowa pora roku. Świątek, piątek czy niedziela, Katerina wstaje zawsze grubo przed siódmą. Nadejście nowego sezonu wyczuła  więc  pierwsza, dziś z samego rana.  Za chwilę wszystkie pozostałe sąsiadki zaczną szorować dywany, by czyste pochować je na lato. Ludzie będą  zamawiać w kawiarenkach zimne kawy. Kobiety wyjmą z pudełek, schowanych na zimę głęboko w szafie, swoje prześliczne sandały. A pedicurzystki będą miały ręce pełne… stóp;))) Stopniowo zaludnią się plaże. Ludzie znacznie częściej będą wychodzić na miasto. Albo siedzieć na werandach i balkonach do pierwszej, drugiej w nocy  i rozmawiać o wszystkim i niczym. Jedząc, pijąc, słuchając muzyki i ciągle się śmiejąc.

     W Grecji nastąpił właśnie sezon wiosenno – letni. Jest sam początek maja. Moim zdaniem najpiękniejszy okres w roku. Czy ten maj nie mógłby trwać tak choćby ze dwa miesiące?

    Tymczasem my już bardzo intensywnie szykujemy się do nowego sezonu na Korfu. Właśnie ustalam daty  pierwszych wycieczek, odpowiadam  na maile.  Na tygodniu trzeba jeszcze wydrukować ulotki. Dograć formalności i przyszykować wszystko co będzie potrzebne, żeby przed samym dzwonkiem mieć taki czas tylko dla siebie. Na szczęście już kilka dni temu przyszły  zamówione przeze mnie Birkenstocki. Podobno, że jest to niemożliwe, ale ubiegłego lata udało mi się doszczętnie „zajechać” te przecież niezniszczalne buty. W tym roku postanowiłam sobie, że swoją pracę będę organizować tak, żeby mocno zadbać o swoje zdrowie. Ważnym tego elementem, są wygodne, zdrowe dla stóp  buty.  O dbaniu o swoje zdrowie (fizyczne i psychiczne) w czasie bardzo intensywnej pracy latem – będzie już niebawem, w jednym z wakacyjnych postów.

 

       Dlaczego na Korfu jesteśmy dopiero pod sam koniec maja? Co prawda powinniśmy być znacznie wcześniej, ale na kontynencie zatrzymuje mnie egzamin z greckiego. Tu informacja dla wszystkich zainteresowanych naszymi wycieczkami: nasze wycieczki zaczynamy  pod sam koniec maja, a planowo kończymy w połowie października.

     Mimo, że do rozpoczęcia naszego sezonu mamy jeszcze trzy tygodnie, ostatnie co mogę powiedzieć, to że mi się nudzi. Zakuwam greckie słówka, powtarzam gramatykę, kończę kolejny podróżniczy tekst, szykuję wakacyjne posty na lato, a w międzyczasie czytam nowe przewodniki po Korfu. Codziennie również piszę moją książkę. Przyznam, że to ostatnie zajęcie jest najtrudniejsze, wymaga najwięcej ilości czasu i specyficznego skupienia. Jest to dość trudne, bo jak się okazuje pisanie książki to coś zupełnie innego niż pisanie bloga. Mimo wszystko… Akapit po akapicie, zdanie po zdaniu, słowo po słowie. Pisanie idzie do przodu! Na ostateczny rezultat trzeba będzie  jeszcze poczekać, jednak ja cieszę się samym procesem, samą drogą, podczas której uczę się coraz to nowych rzeczy.

         Korzystając z tego, że jeszcze jesteśmy na lądzie, a piękna pogoda wygania z domu, wpadliśmy ostatnio do Delf. Tam świętowaliśmy naszą pierwszą rocznicę ślubu. Nie mogę uwierzyć, że minął już rok! Czas pędzi tak szybko… Ale my na szczęście do przodu – pędzimy razem z nim!  ;D

       Miłego poniedziałku! Mam nadzieję, że macie się jak najlepiej!

 

 

W jakich godzinach pracują Grecy?… piątek, 1 maja 2015

Godziny pracy poczty

Godziny otwarcia  poczty

      Kiedy pierwszy raz będąc w Grecji się o tym dowiedziałam, trwałam w ciężkim szoku. Ale najpierw byłam przekonana, że na wywieszce na poczcie musi być błąd! Jednak to przecież niemożliwe by taki sam błąd był na wywieszce na drugiej poczcie, na drzwiach kilku banków i większości urzędów. Tak jest! Poczta, banki i wszystkie urzędy są w Grecji otwarte od poniedziałku do piątku, mniej więcej od 8 do 14 w porywach 14.30. Koniec! Chwila po 14 każdy urzędnik nakłada na siebie płaszcz, a potem idzie na obiad do domu.  Tyle! I Greków nikt nie musi już  instruować jak zachować w życiu zasadę: Life – Work – Balance ;D

       Żeby przyzwyczaić się do tego w jakich godzinach otwarte są w Grecji sklepy, też trochę czasu mi to zabrało. Poza  dużymi supermarketami oraz sklepami sieciowymi, wszystkie inne sklepy i sklepiki czynne są od około 9 do około 14 i aż! ;P  trzy dni w tygodniu otwiera się je również na wieczór, czyli od 18 do 21.00. W niedzielę nic nie działa. Żadne sklepy, żadne markety, większość aptek oraz stacje benzynowe. Nie wspominając o galeriach handlowych, bo tych ostatnich i tak  za wiele w Grecji nie ma [kliknij TU!].

      Jak to możliwe, żeby tak funkcjonować? – zastanawiałam się bardzo długo. A no tak! Było, jest i tak w Grecji z pewnością będzie. Kryzys, czy też nie – nie ma to większego znaczenia. A jedną z właściwości każdego homo sapiens  jest to, że chcąc a nawet nie chcąc, zawsze dostosuje się do każdej sytuacji. Zupełnie nie wiem, kiedy przestawiło mi się w głowie i stało się dla mnie naturalne, że wszelakiego typu sprawy urzędowe, zawsze załatwiam rano i to jak najwcześniej. Że po 12 w piekarni chleba już pewnie nie będzie. Że nawet naderwanego znaczka pocztowego nie kupię w sobotę. A jeśli chcę wybrać się na typowe babskie zakupy, to muszę wcześniej zaplanować kiedy to zrobię.

Przyznajcie się... Kto z Was nie lubi kończyć pracę w piątek o 14.00? ;DDD

Przyznajcie się… Kto z Was nie lubi kończyć pracy w piątek o 14.00? ;DDD

     Właściwie każde greckie miasto ma swój rytm, taki swój czas kiedy wszystko działa lub odpoczywa. Wszyscy, chyba nawet trochę podświadomie dostosowują plan swojego dnia to takiego rytmu miasta. Czasem będąc w nawet bardzo dużym mieście, można mieć nieodparte wrażenie, że wszystko wymarło. Ale to najpewniej dlatego, że właśnie trwa popołudniowa przerwa, albo danego wieczoru wszystko jest nieczynne. Za to w godzinach, kiedy sklepy są pootwierane, greckie miasta dosłownie wybuchają ze zdwojoną energią. Wygląda to tak, jakby nagle wszyscy wyszli na ulice.

      Wiele miast, miasteczek swój rytm dostosowuje do potrzeb mieszkańców. Znakomitym tego  przykładem jest to, jak działają sklepy  w miasteczku Raches na wyspie  Ikaria. Ponieważ właściwie wszyscy mieszkańcy zajmują się tam rolnictwem, sklepy otwierane są po zachodzie słońca. Działają więc od 19 do pierwszej, drugiej w nocy.[1] Inne rozkłady otwarcia  sklepów mogą zupełnie inaczej wyglądać w każdym innym mieście, w zależności od tego jakie są potrzeby jego mieszkańców.

     Po ponad trzech latach mieszkania w Grecji, mój początkowy szok, następnie sprzeciw, że „jak tak można!?”,  „a to lenie!”, stopniowo zmienił się w  zrozumienie, że co kraj to obyczaj, a popołudniowe przerwy w greckim klimacie są po prostu niezwykle dla człowieka  zdrowe. Obecnie z ręką na sercu przyznaje, że taki rozkład dnia bardzo mi się podoba. Teraz nie mogę sobie już wyobrazić, że zakupy robię w niedzielę. Że na pocztę idę wieczorem. I jakoś tak spodobało mi się, że na przyjemność jaką jest chodzenie po sklepach, jak to z przyjemnościami być powinno – nie mogę sobie  pozwolić każdego dnia, o każdej porze. Rytm mojego dnia stopniowo zestroił się więc z rytmem społeczności, w której żyję.

Przykładowe godziny otwarcia sklepów

Przykładowe godziny otwarcia sklepów

 


1 Grecja. Gorzkie pomarańcze, Dionisos  Sturis, Terra Incognita, Wydawnictwo WAB, Wa-Wa, 2013, ss. 70 -71