Oh! Styczeń już za nami?! Moje 36!… poniedziałek, 1 lutego 2021

 

 

Większość z nas jest teraz w takim właśnie stanie. Chcąc, czy też (bardziej) nie, musieliśmy przyzwyczaić się do nowych zasad życia, w tej innej rzeczywistości. Nikt tu nikogo nie pyta się przecież o zdanie. Trochę już przyzwyczailiśmy się do tego, że jest bardzo ciężko.

Pierwszy raz w moim dorosłym życiu, jestem tak długo w jednym miejscu, na dodatek na wyspie. Z Korfu nie wyjechałam ani raz przez okrągłe już 12 miesięcy. I nie mam pojęcia kiedy uda mi się wyjechać. Spotkania z ludźmi oraz różne aktywności, wszyscy mamy teraz ograniczone do minimum. Ratunkiem jest internet i choć internetowa łączność ze światem. Im dłużej trwa jednak ten lockdown, coraz trudniej jest mi usiedzieć w domu i coraz mniej chętnie patrzę na ekran komputera i telefonu. Jak powietrza brak mi podróży, spotkań z ludźmi. Normalności. No, ale przecież nie mi samej…

Jest to jedno z moich noworocznym postanowień. I urodziło się najwyraźniej z potrzeby tej chwili. Kiedy obmyślałam moje plany na rok 2021 pomyślałam, że chcę być w nim jeszcze bardziej zdrowa, jeszcze bardziej wysportowana, chcę tryskać dobrą energią i chcę być zadowolona z kondycji i wyglądu mojego ciała. Najpierw była ta myśl, taka właśnie chęć, takie wyobrażenie. A później… Później należało już tylko podjąć to wyzwanie!

To co zamarzyłam i czego tak bardzo zapragnęłam, okazało się że daje mi pływanie zimą. Przez cały styczeń pływałam dwa razy w każdym tygodniu. Nigdy nie lubiłam zimna i zawsze byłam strasznych zmarzluchem. Dla wielu osób wchodzenie do wody, kiedy na zewnątrz jest jakieś 12 stopni nie jest wielkim wyczynem, ale każdy ma swój własny szczyt. Dla mnie przełamanie się i wejście do zimnej wody, w środku greckiej zimy, za każdym razem wymagało przełamania się. Zwłaszcza na samym początku. Za każdym razem na kilka chwil przed wejściem, w mojej głowie pojawiało się tysiąc argumentów, dlaczego tego dnia tego nie robić, że może jutro, czyli zapewne nigdy. Ale radość, jaka pojawiała się we mnie po przełamaniu mojej słabości połączona z ruchem i zimnem wody, stała się jak wewnętrzna bomba dobrej energii, która wybucha i promieniuje na co najmniej kilka następnych dni, aż do kolejnej kąpieli. Dzięki pływaniu zimą, mimo całego zamieszania na świecie i mimo nadal trwającego zamknięcia, z ręką na sercu – mój styczeń był dla mnie jednym z najfajniejszych miesięcy jakie od dłuższego czasu pamiętam! Ja zwyczajnie czułam się fenomenalnie razem ze sobą!

 

 

Podobno nie ma zbiegów okoliczności. I pewnie nie był nim mail, który dostałam od mojej czytelniczki. Kiedyś pisałam, że jedną z osób, które bardzo mnie inspirują jest już niestety świętej pamięci Antoni Huczyński, czyli słynny Dziarski Dziadek. Jeśli ktoś z was go nie zna, koniecznie wyszukajcie w internecie. Ten post znajduje się tu, niżej.

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Co fajnego w Polsce?… poniedziałek, 9 lutego 2015

 

Weronika, która do mnie napisała przez długi czas mailowała z panem Antonim. Przesłała mi ostatni mail, który dostała od Dziadka, przed jego śmiercią. Razem z Weroniką chcemy się  z wami tym mailem podzielić… Tutaj jest jego treść. Ma on dla mnie niezwykle cenne przesłanie. Wklejam treść maila, bez nanoszenia żadnych zmian. Tak jak pan Antoni napisał w oryginale.

 

(…) Pani Weroniko, nasz świat niczego za darmo nam nie serwuje, na wszystko musimy sobie sami zapracować. Każdy człowiek w swoim żyiu szuka zdrowia, długowiecznośći, szczęścia i jak pokonać swój krąg niemożliwości. Każdy z nas chce żyć bez bólu, zmartwień, trosk i cierpień . I ten upływający czas, żłobi w duszy złowieka wiele refleksji, nadziei i zwątpień i tą tęsknotę, jaką jest idealna miłość. Trzeba cieszyć się, radować, uśmiechać, bo to doskonały wynalazek natury. Ja dodam od siebie, że ruch musi być twoją codziennością, tak, jak oddychanie. Gimnastyka, biegi, spacery, to rywalizacja samego z sobą, to sposób na zdrowie i radość, to filozofia i mądrość. to szacunek dla własnego zdrowia, , tutaj nie trzeba nikogo pokonać, nikogo zwyciężyć, to walka ze swoim lenistwem, próżniactwem i wygodnictwem. Pani Weroniko, proszę pamiętać, cały nasz przeogromny Wszechświat jest w nieustannym ruchu. Serdecznie Panią pozdrawia, wiekowy 98 latek, jeszcze w całkiem dobrym zdrowiu, Antoni Huczyński

 

Pan Antoni jak zwykle ma rację. Te słowa przeczytałam przed moim kolejnym wyjściem, żeby popływać, kiedy znów czułam, że wszystkie głosy w mojej głowie, przekonują żeby tego nie robić. Właśnie wtedy bardzo potrzebowałam to przeczytać.

Szczęście.

Dobre samopoczucie.

Zadowolenie ze swojego ciała.

To wszystko wymaga od nas pracy. Nic nie przychodzi samo, od tak z siebie. Nikt nie da nam dobrej kondycji, dobrego samopoczucia. Nie możemy tego kupić. Na to wszystko sami  musimy ciężko zapracować. Wypracowując nowe nawyki. Przełamując siebie. Pokonując własne słabości. Wyznaczając sobie nowe cele. Zachowując konsekwencję i samodyscyplinę. A życiowe poczucie szczęścia, moim zdaniem jest wynikiem włożonej przez nas pracy, naszego samozaparcia.

 

 

Wczoraj miałam moje 36 urodziny. Jak możecie się domyśleć, nie było dużej imprezy, obyło się bez wielu prezentów, nie było też wyjścia na fajne, dobre jedzenie. Przybył mi kolejny rok życia. Z tej okazji sama dałam sobie najlepszy prezent. Znów przełamałam siebie i weszłam do zimnego morza. Po zdrowie, po energie, po kondycje, po endorfiny. Po moje szczęście. 36 lat na karku, a ja w moim ciele tak dobrze nie czułam się jeszcze nigdy!

 

TU! przeczytasz o moim smoothie z pietruszki.

TUTAJ! przeczytasz o najstarszej dzielnicy miasta Korfu.

TU! sprawdzisz ofertę naszych wycieczek po Korfu.

 

 

 

 

 

Zacznij dzień od „kalimera”!… poniedziałek, 4 stycznia 2021

 

Ja w autobusie, czyli tam gdzie jest moje miejsce! 😀

 

Było to dobrych kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze na początku mojej pracy na Korfu. Był wczesny ranek, stałam na drodze i czekałam na autobus, który zbierał naszych turystów mieszkających na północy wyspy. Zgodnie z planem, miałam wejść do  autobusu i podjechać z połową naszej grupy do Kanoni (przeczytaj więcej TU!), gdzie miała do nas dołączyć druga połowa turystów, mieszkająca na południu Korfu. Wtedy mogliśmy rozpocząć już wycieczkę  (TU! zapoznasz się z ofertą naszych wycieczek po Korfu).

Kierowcą autobusu, który miał mnie odebrać był Marko. Bardzo drobnej postury, zawsze lekko zgarbiony, z wielkimi zębami każdy w inną stronę. Najpewniej przez swój nietypowy wygląd, Marko był częstym tematem żartów innych kierowców. Dla mnie natomiast był przede wszystkim nieomylnym mistrzem w układaniu planów zbiórek z rozsianych po całej północnej części Korfu hoteli. Niezliczoną ilość razy,  późnymi wieczorami Marko odbierał każdy mój telefon, żeby ułożyć godziny zbiórek dla naszych turystów. Robił to z dokładnością, co do minuty! Tak po prostu, zawsze bardzo lubiłam tego człowieka. Z wzajemnością.

– Kalimera! [Czyli „dzień dobry” po grecku] Marko! Jak tam? Co tam? – powiedziałam i przepytałam, kiedy tylko otworzyły się drzwi autobusu, a przy kierownicy zobaczyłam wielki uśmiech z wielkimi, powykrzywianymi zębami.

– No cześć, cześć! Wsiadaj mała! Ruszamy, bo za chwilę jest zielone!

Usiadłam na fotelu pilota i jak zawsze pod przednią szybę położyłam moją torebkę. Na kolanach trzymałam listę uczestników. Nie zdążył mi odpowiedzieć, kiedy zabrzęczał jego telefon. Marko odebrał. Odpowiadał jedynie: „tak, tak, ok, za  trzy do pięciu minut”. Po drugiej stronie słuchawki słuchać było jeden wielki bezkształtny wrzask, arogancki bełkot.  Dzwonił kierowca, którzy właśnie wiózł naszą grupę z południa i najwidoczniej chciał ustalić co i jak.

Marko wyłączył telefon. Wyjął słuchawkę z ucha, z ulgą – najwyraźniej miał nieco nadwyrężone bębenki słuchowe. Popatrzył chwilę przed siebie, jakby po to by się nieco otrząsnąć po tej niemiłej rozmowie. Po chwili odwrócił się i powiedział do mnie, spokojnym i wyraźnym głosem:

– Wiesz, w mojej wsi jest taka zasada, że kiedy zobaczysz, albo usłyszysz kogoś pierwszy raz rano, to mówisz do niego kali – mera! To taka stara, grecka zasada. Zresztą chyba obowiązuje na całym świecie. Ładna zasada. Warto jej przestrzegać, nie sądzisz?

Nie wiedziałam jak to skomentować. Powściągliwa klasa tego co powiedział ten prosty  człowiek, zbiła mnie z tropu. Potrzebowałam kilku chwil, żeby całość raz jeszcze przetrawić. Później zaczęliśmy rozmawiać o głupotach i zaczął się naprawdę świetny dzień.

 

Minęło kilka dni, a to drobne wydarzenie mocno zakorzeniło mi się w głowie. W Grecji żadne spotkanie nie może się obyć bez „small talk”, ale zaczęłam zwracać uwagę na to, jak tutaj ludzie mówią sobie „dzień dobry”, jak się witają i jak się do siebie zwracają. Od tego momentu za każdym razem, kiedy kogoś spotykałam zwracałam jeszcze większą uwagę, jak wypowiadam te słowa. Mimo, że przecież komentarz Marko wcale nie był skierowany do mnie, od tego incydentu za każdym razem starałam się żeby naprawdę, z głębi serca życzyć drugiej osobie: dobrego dnia. Zaczęłam myśleć o tych dwóch prostych słowach i traktować je jako zaklęcie, żeby osobie, do której je wypowiadam naprawdę tego dnia się szczęściło. Słowa mają potężną moc. A jeszcze większą to, w jaki sposób je wypowiadamy.

Po kilku tygodniach chyba weszło mi to w krew, stało się zwyczajem. Że cokolwiek by się nie działo i do kogokolwiek to mówię, zawsze mówiąc kalimera, głęboko patrzę w oczy, szeroko się uśmiecham, mówię życzliwie, głośno i wyraźnie.

Nie wiem co w tym jest, ale energia która wtedy się rodzi, najwidoczniej powoduje, że znacznie przyjemniejsza robi się każda rozmowa. Że to co dobrego daje, wraca do mnie z podwójnie.

Do dziś w pracy konflikty zdarzają się mi bardzo rzadko. I mam poczucie, że ludzie mi sprzyjają. Mam wrażenie, że słówko kalimera i to jak je wypowiadam otworzyło mi już wiele różnych drzwi i ułatwiło budowanie wielu dobrych relacji. Nie działa to oczywiście na wszystkich, bo od każdej reguły są wyjątki. Ale większość osób zmienia do nas nastawienie, jeśli się do nich uśmiechnie i głęboko, ze zdrową ciekawością drugiego człowieka, spojrzy w oczy.

 

***

 

Był parny, upalny dzień, już końcówki sezonu. Wszyscy z załogi również psychicznie byli bardzo zmęczeni. Weszłam na statek. Za kilka chwil mieliśmy płynąć na Paksos (TU! przeczytasz więcej).

– Spirooo! Kaaalimeraaa!!! Jak się masz? – spytałam jednego z dwóch barmanów na statku – Mam do ciebie wielką prośbę. Czy możesz zrobić mi kawę?

– Wiesz co ci powiem… Na statek weszło dziś tyle osób. Ale dziś jesteś pierwszą, która powiedziała kalimera. To miłe. Dzień dobry! Dziękuję! Mam się dobrze! A ty? Tak, już robię ci kawę! Na jaką tylko masz ochotę!

 

 

 

Czasem największym sukcesem jest przetrwać… czwartek, 31 grudnia 2020

 

Korfu, Garitsa

 

Otwieram mój stary kalendarz na ostatniej stronie i czytam całą listę planów, celów i postanowień. Kilka kartek starannym pismem zapisanych pięknymi marzeniami. Rozpisana dokładnie strategia tego jak jeszcze lepiej żyć. Między innymi daleka podróż do Japonii. Zwiedzanie Albanii. Zajęcia jogi. Przemalowanie sypialni. Udział w festiwalu filmowym w Salonikach. Kilka nowych filmików na You Tube.

Nie jestem zła, bo co da złoszczenie się na życie. Jednak kiedy czytam jeszcze raz, to czuje że na mojej twarzy maluje się cierpki uśmiech.

Przewodnik po Japonii zdążyłam nawet kupić. Stoi na półce, jeszcze nie tknięty. Cała trasa wyprawy do Albanii też była już zaplanowana. Odwołaliśmy ją dosłownie w ostatniej chwili.

Patrzę na całą tę listę raz jeszcze. I myślę sobie, że moim największym osiągnięciem tego roku jest to, że przetrwałam. W tym wyjątkowym roku, to dla mnie bardzo dużo i w zupełności wystarczy.

 

Spustoszenie, którego dokonała pandemia w turystyce spowodowało, że kilka razy wiele rzeczy w moim życiu stanęło pod wielkim znakiem zapytania. Jeszcze w środku lata nie byłam pewna czy tej zimy będziemy w staniem mieć swój dom, czy po pandemii nie będziemy zaczynać nie tyle od zera, co od pokaźnego minusa. Niektórzy mówią, że pieniądze nie są w życiu ważne. Ładnie to brzmi, ale to niebezpieczne kłamstwo. Na całe szczęście los się do nas uśmiechnął i co prawda bardzo okrojony, ale sezon turystyczny u nas jednak był. To jak przebiegał można porównać krótkiej, morderczo męczącej walki.

A teraz lockdownu  ciąg dalszy. Nic jeszcze wcale się nie odradza, na co mieliśmy  nadzieję tej zimy. Wcale nic nie wraca do siebie. W powietrzu można kroić zmęczenie.

Mimo wszystko, mimo tego, że nie spełniłam ani jednego celu, który chciałam osiągnąć w mijającym roku, dziś zrobiłam to co od dobrych kilku lat robię pod koniec każdego grudnia. Sama ze sobą wybrałam się na bardzo długi spacer. Szłam przed siebie i z pustą głową znów wymarzyłam sobie to jak chcę by wyglądał nadchodzący rok. Co chcę w moim życiu poprawić. Co dokładnie zmienić. Jaka chcę być. Co chcę osiągnąć. Kiedy wróciłam, jak zawsze  wszystko dokładnie rozpisałam na kartce.

 

W tym roku zawaliło mi się kilka ważnych przyjaźni. Nie zrealizowałam żadnej planowanej podróży. Przez cały ten rok ani na jeden dzień nie wypłynęłam nawet poza Korfu. Większość planów została jedynie w sferze marzeń.

 

Zadziało się jednocześnie tyle dobrego. Udało nam się przetrwać jako firmie i możliwie jak najbardziej w tych okolicznościach pójść do przodu. Napisałam mój pierwszy przewodnik po Korfu (kliknij TU! by przeczytać więcej), z którego jestem niesamowicie dumna. Mam mniej przyjaciół, ale więź z tymi, których mam przy sobie, jest o wiele silniejsza. Bez dwóch zdań, był to najbardziej sportowy rok mojego życia, mimo że nie mogłam przecież chodzić na żadne sportowe zajęcia. A pod sam koniec tego roku przełamałam mój strach przed zimnem i od końca listopada systematycznie pływam w morzu.

 

*

 

Kończyłam mój spacer dochodząc do miasta Korfu. Z jednej z ulubionych kawiarenek zamówiłam kawę na wynos. Pomyślałam, że pójdę do Garitsy, usiądę na murku przy morzu i tam ją wypiję. Bardzo lubię to miejsce. Cały plan na Nowy Rok miałam już w głowie. Kiedy dochodziłam widząc już morze, na niebie pokazała się wielka tęcza, która jak to tęcza – rozpłynęła się po kilku minutach. Myślę, że to dobry znak. Inaczej być nie może.

Już za kilka godzin z wielką ulgą pożegnam stary rok.

Jutro czeka nas nowe.

Na Korfu w pierwszy dzień stycznia, po całym tygodniu ulewnych deszczów, zapowiadają piękne słońce.

Szczęśliwego Nowego Roku! To co nas nie zabiło, teraz nas tylko wzmocni. Szybkiego odradzania nam wszystkim…

 

TU! przeczytasz post Mniej.

 

 

 

 

Moje Święta. Jak będą wyglądać w tym roku?… środa, 23 grudnia 2020

 

Hej dziadek! A ty jak się masz w te Święta?

 

 

Pierwszy raz Boże Narodzenie spędzamy daleko od naszych rodzin, sami.

O locie do Polski w chwili obecnej mogę sobie jedynie pomarzyć. Nie ma również takiej możliwości, aby wyjechać z Korfu i odwiedzić na święta  sałatkową rodzinę. Lockdown Grecji jest na to zbyt restrykcyjny. Kto by pomyślał, że w wyluzowanej Grecji, będzie aż taki reżim. Przyznacie, że stereotypy często nijak mają się do rzeczywistości.

Dla mnie jest to bolesne. Boże Narodzenie zawsze jest okresem, w którym jadę do Polski, jestem z moją rodziną i spotykam się z moimi przyjaciółmi. Za wszystkim tym bardzo tęsknię. Korfu kocham, ale poza wyspą moja noga nie była już okrągły rok. Już prawie rok nie widziałam mojej rodziny.

 

Na początku czułam złość.  Wyzłościłam się więc za wszystkie czasy. Uważam, że tłumienie emocji, które nosimy w sobie jest niezdrowe. Tak naprawdę nie jest też nikomu potrzebne.

Kiedy już wyzłościłam się na całego,  na cały ten przeklęty świat, wróciłam do siebie. Wrócił też rozum i trzeźwe myślenie.

Jestem zdania, że dopiero kiedy przyznamy przed sobą, że nasze życie zależy wyłącznie od nas, dopiero wtedy jesteśmy w stanie zrobić z nim coś naprawdę pięknego.

Postanowiłam więc, że mimo wszystko, co prawda zupełnie inne, ale będę mieć piękne Święta. Takie, które długo będę ciepło wspominać.

 

***

 

Cała wyspa mimo całkowitego i nadal bardzo restrykcyjnego lockdownu, przygotowuje się na Boże Narodzenie. Kawiarnie, tawerny, restauracje pozostają zamknięte. Nie można wchodzić również do sklepów, poza sklepami spożywczymi. Ale ludzi na ulicach jest sporo. Całe miasto Korfu z dnia na dzień pięknieje i zmienia na Święta swoje przebranie. Ustrojone jest postaciami dziadków do orzechów, Mikołajami, bałwankami.   A kiedy tylko zachodzi słońce, ulice miasta rozbłyskują tysiącami drobnych światełek. Ciepłą atmosferę magii Świąt czuć tu wszędzie…

 

W tym roku tak wiele się działo. Tyle razy wiele rzeczy stanęło u nas pod znakiem zapytania, wisiało na krawędzi. Po takich doświadczeniach, człowiek uświadamia sobie, jak ogromną wartość mają najprostsze rzeczy. To, że ma się dach nad głową. To, że jest sucho i ciepło. To, że jest przy nas tych kilka osób, którym możemy zaufać.

Czasem są takie momenty, że prosta czynność “być”, jest największą wartością.

 

W te Święta postanowiłam dostroić się do świata i nie robić mu nic na przekór. Nic również nie udawać. Skoro tak jest, że nie mogę być z moimi bliskimi, jak najpiękniej spędzę ten czas sama ze sobą. W moim świątecznym planie moim numerem jeden jest punkt – ODPOCZĄĆ. Nigdzie się nie wybierać. Nie kupować wielu rzeczy. Nie gotować wielu potraw. Nie organizować wielu spotkań.

Być ze sobą. W ciszy. W tym magicznym, świątecznym spokoju.

Mam w planach nie-planować. Rozmyślać. Robić nic. Wyciszyć się. Porobić rzeczy bez większego celu.

Skoro taką możliwość sugeruje nam cały świat, szkoda byłoby z niej nie skorzystać…

Pierwsze Święta, podczas których skupiam się przede wszystkim na sobie.

Moje Święta dedykowane przede wszystkim – mnie.

Pięknego czasu ze sobą szczególnie tym, którzy tak jak my, zmuszeni byli zostać na Święta daleko od naszych bliskich :*

 

TU! przeczytasz post “Mniej”.

 

 

Mój marzec. Ależ pieprznęło! Jak zbroję się na co dzień i co planuję w kwietniu… sobota, 4 kwietnia 2020

 

 

Boże, kto by pomyślał… Jakby ktoś podgrzewał mleko i na chwilę wyszedł z kuchni. Mleko zaczyna delikatnie, lekko wyczuwalnie się przypalać, a ten ktoś jeszcze nie biegnie, bo myśli, że nic jeszcze się nie dzieje. Spokojnie, wszystko jest pod kontrolą. Za chwilę podejdę i sprawdzę, co z zawartością garnka. I nagle wykipi. Rozleje się po rozgrzanej kuchence, oblepi ją i zacznie śmierdzieć przeokropnie. Dopiero wtedy ten ktoś biegnie. Rozlało się. Przypaliło się na gorącym palniku. Śmierdzi w kuchni i w całym mieszkaniu. Słodko śmierdzący zapach czuć już wszędzie. I trochę potrwa czyszczenie, a później bardzo dokładne wietrzenie całego domu, całej kuchni.

Przeglądam zdjęcia w moim telefonie. Jedno z nich zrobione w pierwszych dniach marca. Dzień, kiedy tak po prostu, wyszliśmy z domu, podjechaliśmy do miasta i poszliśmy na kawę na Liston. Ciepły, słoneczny dzień greckiego przedwiośnia. Promienie słońca, tak samo jak ludzie tego dnia, rozlewały się wszędzie. Siedzieliśmy i piliśmy kawę. Ciesząc się chwilą. To była moja ostatnia przed czasem kwarantanny taka spokojnie wypita kawa w mieście. Na następną będę musiała jeszcze trochę poczekać.

 

Ostatnie wyjście na kawę przed kwarantanną

 

Wciąż jednak uważam, że zdarzają się sto razy gorsze rzeczy na świecie niż ta epidemia i cała kwarantanna. Tuż za naszymi granicami toczą się wojny. Gdzieś indziej przechodzą tsunami, ziemia trzęsie się tak, że walą się całe domy i ludzie tracąc wszystko muszą zaczynać życie zupełnie od zera. My wciąż mamy dużo. I właśnie teraz trzeba przestawić swój tok myślenia z narzekania i czarnowidztwa, na docenianie tego, co teraz mamy.

 

Na początku marca miasto Korfu pełne było ludzi…

I dosłownie kilka dni później… Pusto.

Kawiarnia “Bristol”, nigdy nie widziałam jej zamkniętej za dnia.

Ale nawet przed ogłoszeniem kwarantanny, nie było paniki. W sklepach spokój.

 

TU! zobaczysz nasz filmik o mieście Korfu.

 

Kiedy patrzę na wszystkie moje zdjęcia z marca, nie widzę w moim życiu żadnej katastrofy, żadnej tragedii. Widzę, że z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień moje życie bardzo się zmieniło. Na samym początku pozamykano kawiarnie, restauracje i kina. Ostatni spacer ulicą Liston i od tego czasu wychodziliśmy już tylko do parku, później na plaże gdzie nie ma ludzi, aż w końcu do teraz poruszamy się tylko blisko naszego domu. Ja już chyba się tak trochę nauczyłam, po którymś życiowym kryzysie, że kryzys to wyzwanie, żeby wyjść ze swojej codzienności, zacząć robić coś zupełnie innego, sprawdzić swoją wytrzymałość i przekonać się o swojej sile i o swoich słabościach. Jeszcze nigdy w moim życiu nie było aż tyle cichego kontaktu sam na sam z przyrodą. Po raz pierwszy, pomimo całego huku, który dzieje się na zewnątrz, w moim prywatnym świecie jest bardzo dużo spokoju, ciszy, życiowego wyhamowania. Po raz pierwszy czuje, że nic nie muszę. Mogę wyspać się do woli, do niczego nie muszę się śpieszyć, mam czas i wiem, że wiele rzeczy może jeszcze poczekać.
Kiedy stało się oczywiste, że sytuacja na świecie jest bardzo poważna, przeprowadziłam ze sobą rozmowę i wyobraziłam sobie co może mi się stać teraz najgorszego. Pogodziłam się, że tak może być. Jestem na to przygotowana, jednocześnie mając wiarę że tak nie będzie i robiąc wszystko żeby tak się nie stało. I każda trochę lepsza sytuacja od tego, co dla mnie najgorsze, jest już dobrą niespodzianką. Dzięki temu z mojej rzeczywistości usunęłam lęk i dzięki temu mogę już bez jego ciężaru wziąć moją rzeczywistość w moje ręce. I ulepić z niej to, co mi odpowiada.

Codziennie, choćby nie wiem jaka była pogoda, idziemy z Janim na dłuższy spacer. Codziennie przebywamy blisko przyrody. Codziennie wystawiamy twarze do słońca. Codziennie dbam o to, by zjeść coś super zdrowego. Coś, co będzie dla mnie bombą witamin i zdrowych składników. Na potęgę wyciskamy soki, robimy warzywno-owocowe smoothie, albo zdrowe mikstury. Codziennie również słucham podcastów, filmików na YouTube, czy też czytam w temacie rozwoju, radzenia sobie z problemami i zdrowego myślenia. Te trzy elementy stały się obecnie trzema żelaznymi nawykami mojej kwarantannowej rzeczywistości.

 

Jeden z pierwszych spacerów w parku Mon Repos

Tu widok w Paleokastritsa

Główna plaża w Paleokastritsa

Spacer w marinie Gouvia

Plaża św. Barbary na samym południu Korfu

Gdyby nie kwarantanna, nie wiedziałabym w jak pięknej okolicy mieszkam…

 

TU! przeczytasz więcej o Paleokastritsa.

TUTAJ! przeczytasz o najlepszych plażach Korfu.

 

Przed nami najpewniej cały kwiecień siedzenia w domu na podobnych zasadach, o ile nie stanie się cud. Cały miesiąc życia, którego dopiero wstęp mieliśmy w marcu. Później będzie, co ma być. Bóg jeden wie, ale to On przecież ma nas w opiece. Chcę jak najlepiej wykorzystać ten czas dla siebie. Nie chcę obudzić się w maju z poczuciem zmarnowanych, szarych dni, mimo wiosny na zewnątrz. Nie chcę by moim codziennym ubraniem stała się wymięta w śnie pidżama, albo wyciągnięte dresy. Nie chcę by jedyną wartością mojego dnia była obejrzana kolejna komedia, albo serial. A codziennością stała się paczka czipsów. W moim życiu przez ostatnie kilka lat, było pół roku intensywnej pracy w sezonie i drugie pół roku odpoczynku i przygotowanie do następnego lata. Rok za rokiem biegł mi jak szalony. I w końcu teraz czuje, że ktoś dał mi czas, którego wcześniej nie miałam. Nie mam już żadnego wytłumaczenia, dlaczego teraz nie mogę, bo jest coś ważniejszego. Dla mnie cały kwiecień będzie czasem pisania od „a” do „zet” mojego przewodnika po Korfu… To jest mój główny cel na kwiecień.

 

 

 

 

Witaj kryzysie! O, znów się spotykamy!… niedziela, 22 marca 2020

 

Plaża św. Barbary, Korfu

 

Nie będę zgrywać super bohaterki i pisać, że nic się nie boję, bo na wszystko jestem już przygotowana, a oszczędności to mam takie, że przez najbliższy rok mogę nie wystawiać nosa z domu. Nie będę również bawić się w Boga i mówić, że wszystko będzie dobrze, bo tego przecież nie wiem. Jest kryzys. Spadło na nas wszystkich i jak żyję 35 lat na tym świecie czegoś takiego nie widziałam. Przychodzi nam zmierzyć się z tym, co dzieje się teraz na świecie. Ale przede wszystkim każdemu z nas, przychodzi zmierzyć się z samym sobą, z naszym życiem i naszymi demonami.

Byłoby całkiem miło, gdyby w życiu nie było żadnych problemów. Gdyby wszystko było łatwe i przyjemne i gdybyśmy jeszcze co chwilę odnosili sukcesy. Najlepiej, gdyby każdego dnia była piękna pogoda, bezchmurne niebo i słońce.

Niestety, tak nie jest. Życie to również cierpienie, choroby, śmierć, ciągnące się nieustannie problemy i pojawiające się co jakiś czas kryzysy. Te trudne dla nas sytuacje są jedyną możliwością, żeby przekonać się: kim tak naprawdę jesteśmy.

Racjonalnie – ja i Jani nie jesteśmy w dobrej sytuacji. Za nami przeprowadzka i bardzo duża zmiana życiowa. Oboje pracujemy teraz w turystyce, która teraz siadła. Są takie momenty, że kiedy rozumowo wszystko przeanalizuje, to łapie mnie strach i zwyczajnie się boję.  Daje sobie tych kilka chwil, ale później łapie oddech. Moim wielkim skarbem w tym momencie, są kryzysy, które w życiu już przeszłam. Trudne życiowe sytuacje, w których już byłam i z których wyszłam.  Za każdym razem, każdy z moich kryzysów na sam koniec rodził coś bardzo dobrego. Sama droga była ciężka, ale później świeciło przepiękne słońce. A ja za każdym razem stawałam się silniejsza.

Zawsze, kiedy znajduje się w trudniejszej życiowej sytuacji,  mam kilka wypracowanych zasad, które stosuje i które powodują, że nawet jak jest ciężko to idę do przodu. Dyscyplina jest matką wolności. Tak powiedział Leonardo da Vinci. Tu dziesięć moich żelaznych zasad, których trzymam się mocno w czasach kryzysowych sytuacji.

 

1. NIE NAKRĘCAJ SIĘ!

W telewizji, radio i internecie jest teraz ciągle i ciągle to samo. Media w tym momencie informują, ale przede wszystkim – sieją i podsycają panikę. Ludzie, przecież idzie zwariować! Na dodatek wszyscy się nakręcają, w kółko zadając pytanie: co będzie? co będzie? co będzie? Po co bawić się we wróżki i przewidywać przyszłość? Nikt nie jest w stanie przewidzieć tego co będzie i trzeba to zaakceptować. A później rozejrzeć się dookoła. Docenić to, co mamy. Dom i tym samym dach nad głową. Ciepło. Wodę do picia i zapewne wypełnioną jedzeniem lodówkę.  Być może kogoś bliskiego obok nas. Jeśli w chwili obecnej rozejrzysz się dookoła, zobaczysz, że wokół ciebie jest wszystko, co jest ci na teraz potrzebne. Nie ma co się nakręcać, co będzie za miesiąc, dwa. Nikt z nas tego nie wie. Do przeżycia jest teraz jeden dzień.

 

2. ZAAKCEPTUJ NAJGORSZE

Usiądź i zamknij oczy. Racjonalnie pomyśl, co może najgorszego cię spotkać. Jakie będą konsekwencje finansowe, zdrowotne, społeczne.  Wyobraź sobie najgorszy możliwy scenariusz tego, co może się stać. To może być trudne, nawet przerażające, ale zaakceptuj to.  Najpewniej nawet w twoim najgorszym scenariuszu jesteś, istniejesz, masz ręce i nogi. Może masz ten luksus, że masz nawet swój dom i kilka złotych w kieszeni, więc nie jesteś głodny. Może nawet obok ciebie, jest jeszcze ktoś bliski. Kiedy już zaakceptujesz ten najgorszy, możliwy scenariusz – zrób wszystko, co jest w twojej mocy, żeby ten scenariusz nigdy się nie wydarzył. Każdego jednego dnia rób coś, by mu zapobiec.

 

3. PLANUJ KAŻDY DZIEŃ

Fajnie, że przez ten czas kiedy jesteśmy w domach, można sobie trochę pobimbać. Oglądać seriale, godzinami przeglądać interent, codziennie oglądać filmy jedząc chipsy i pijąc piwo. Wstawać też można dużo później i ogólnie można sobie ze wszystkim wyluzować.  Tylko wszyscy wiemy, że ten wirus jednak się na pewno kiedyś skończy. I na koniec może być po prostu przykro, że czas przeciekł nam przez palce na martwieniu się i marnowaniu chwil, które mogliśmy wykorzystać na coś fajnego. Szczególnie w okresach kryzysowych bardzo dokładnie planuje każdy jeden dzień. W każdym dniu mam zaplanowane czynności, które chcę zrobić dla mojej pracy, dla mojego zdrowia, dla mojego ciała, dla mojego hobby, zawsze planuje też czas dla moich przyjemności. Dzięki temu każdy dzień ma swój sens i w różnych dziedzinach mojego życia czuje, że idę do przodu.

 

4. CHOĆ NA SPACERY I PATRZ W DAL

Co prawda musimy teraz większość czasu przebywać w domach, ale nadal możemy wychodzić na łono natury, gdzie nie ma ludzi. Biegać, jeździć na rowerze, spacerować. Wykorzystaj to maksymalnie ile możesz! Przebywanie na świeżym powietrzu i dostarczanie sobie w naturalny sposób witaminy D, niesamowicie poprawia nastrój. Podobno, że patrzenie na naturę i otwartą przestrzeń, dobrze na nas działa. Wyjdź do lasu, na łąkę. Przebywaj na tyle ile tylko możesz w przyrodzie.

 

5. WZMOCNIJ ODPORNOŚĆ

To właśnie teraz jest ten czas, kiedy trzeba wzmocnić swoją odporność. Jedz dużo warzyw i owoców. Dbaj o bogate, różnorodne, regularne posiłki. Odpowiedni sposób odżywiania podziała cuda i bardzo poprawi twoje samopoczucie. Może sprawić, że zacznie ci się chcieć działać.

 

6. NIE SŁUCHAJ WIADOMOŚCI

Na moje ucho – nie ma tam nic ciekawego. Tragedia goni tragedią. A kryzys, kryzysem. Całość okraszają teraz łzy i narzekanie. Nie ma sensu ani tego słuchać, ani oglądać. Poszperaj w necie  i poszukaj wartościowych audycji, wykładów, podcastów w dziedzinie zdrowego odżywiania, sportu, dbania o siebie, rozwoju. Masz jakiś konkretny problem? Wstukaj go w You Tube, a od razu wyskoczą ci filmiki topowych psychologów, psychiatrów czy mówców, którzy wiedzą co mówią w danym temacie. Korzystaj z wiedzy i narzędzi, które dzięki internetowi masz za darmo pod ręką!

 

7. ODETNIJ SIĘ OD WAMPIRÓW ENERGETYCZNYCH

Kiedy jest kryzys, energetyczne wampiry kochają bombardować złą energią. Właśnie teraz rosną w siłę i mają pole do popisu. Podsycają panikę, nakręcają, udają niby troskę wciąż niby martwiąc się o ciebie, w konsekwencji ciągnąc cię w dół. Unikaj ludzi, z którymi zwyczajnie czujesz się źle. Poszukaj w swoim środowisku ludzi, którzy cię podbudują, takich w których obecności czujesz się lepiej. Ale co równie ważne – stań się pozytywną osobą dla innych.

 

8. DBAJ O SWÓJ WYGLĄD

Nawet jak siedzisz jedynie w domu, zadbaj o jak najlepszy wygląd. Ubrania, które teraz właśnie masz „donosić”, nie dodadzą ci potrzebnej energii. Siedzenie w domu, to również idealny moment, żeby zadbać o swój wygląd. To właśnie teraz masz czas na domowe maseczki na twarz, czy włosy. Domowe spa jest całkiem dobrym pomysłem na spędzenie wolnego czasu.

 

9. WYCISZ SIĘ

Zaakceptuj to, nawet jeśli to trudne, że twoje życie się zmieniło i nie walcz z tym  czego nie możesz zmienić. Skoncentruj się na pracowaniu nad tym co obecnie masz, co możesz zmienić  w tej chwili i na co możesz rzeczywiście wpłynąć. Staraj się wyciszać swoje emocje. Stwórz wokół ciebie środowisko, które dodaje ci energii.

 

10. WIZUALIZUJ

Jednocześnie akceptując, że najgorszy scenariusz może się stać, stwórz w głowie wizję, tego czego dla siebie pragniesz. Jak chcesz by wyglądał twój świat, twoja rzeczywistość. Jakim chcesz być? Jak chcesz się zachowywać, wyglądać, co chcesz osiągnąć. Wyobraź sobie dokładnie to, czego chcesz w każdym najdrobniejszym szczególe. Myśl o tym, kiedy tylko masz wolną chwilę, również kiedy dopadnie cię gorszy moment i przede wszystkim – na chwilę przed snem.

 

Dla mnie czas, w którym teraz się znajdujemy staje się niezwykły. Jestem całkowicie wyjęta z mojego normalnego rytmu życia i z właściwie wszystkich aktywności życiowych, które działy się poza moim domem. Na zewnątrz huczy, ale w moim świecie panuje spokój. Codziennie spędzamy godziny na łonie natury. Czerpie dużo energii od słońca. Jem dużo zdrowego jedzenia. Czytam książki, oglądam dobre filmy. Wyhamowuje życiowo. Kto wie? Może kiedy to wszystko się skończy stwierdzę, że ten czas był mi potrzebny i być może jeszcze kiedyś za nim zatęsknię?

 

 

 

 

Mój luty. Najspokojniejszy czas, jaki pamiętam… sobota, 7 marca 2020

 

Garitsa w jeden ze słonecznych dni. Uwialbiam tam spacerować.

 

Luty był jednym z najspokojniejszych okresów jakie pamiętam od dawna, chyba nawet od dobrych kilku lat wstecz. Pierwszy raz po bardzo długim czasie przyszła do mnie taka myśl, że przez najbliższy czas nie muszę o nic walczyć. Mój telefon przyjemnie milczy, nikt niczego nie chce, wokół mnie jest spokojnie. Poczułam, że całą sobą odpoczywam i tak jest mi dobrze. Po kilku latach walki o to, co teraz mam,  potrzebne było mi wytchnienie.

W lutym nigdzie nie wyjeżdżaliśmy. Nic wielkiego się nie działo.

Moją codziennością były wizyty w mieście Korfu, robienie zakupów na naszym targowisku, czytanie książek, oglądanie filmów, chodzenie na kawę i dużo sportu. W końcu przyszedł taki czas, że czuje że mogę korzystać z życia, cieszyć się z tego co mam, gdzie i z kim jestem.

 

Takie skarby na targu w mieście Korfu!

Warzywa i owoce, tylko z targowiska!

 

W naszym nowym domu mieszkamy pełne pięć miesięcy. Czas śmignął nie mam pojęcia kiedy, a ja zorientowałam się, że mieszkam tu już trochę i nie wiem, co znajduje się w naszej najbliższej okolicy. Zabawne, że często chcemy odkrywać inne kraje i inne kultury, a tak naprawdę nie wiemy, co jest na końcu naszej ulicy. Pierwszy raz poszliśmy na dłuższy spacer po naszej wiosce. To jedno z najbardziej korfiańskich miejsc na całej wyspie. Może dlatego tak mi się tu podoba?

Dużo spacerów. Dużo pysznego, zdrowego jedzenia i spotkań ze znajomymi. Czuje jak regeneruje się teraz całe moje ciało. Tak spokojnego czasu nie pamiętam od momentu przeprowadzenia się do Grecji.

 

Miasto Korfu w lutym…

Liston zalana słońcem

Na wyspie jest spokojnie, ale w mieście zawsze jest sporo ludzi.

Stara Forteca

 

Ze spokojem i wielką przyjemnością  przygotowujemy się do nowego sezonu. Ostatnie poprawki na stronie i nowa oferta lotów Janiego na paralotni. O tym wszystkim będzie już w marcu.

Jakim największym osiągnięciem mogę pochwalić się w lutym? W tym miesiącu zrobiłam fantastyczne pierogi z soczewicą! Najlepsze na świecie! To co zrobione ręcznie i w domu, ma smak nie do podrobienia.

 

O matko… Jakie to było dobre!!!

 

Taki czas skoncentrowania się na sobie, jest dla mnie okresem przemyśleń. Przygotowaniem do nowego etapu.

Kilka dni temu wyszłam z domu i poszłam na dłuższy spacer sama ze sobą. Podjechałam do Garitsy, czyli długiej promenady, która ciągnie się wzdłuż morza, z widokiem na Starą Fortecę. Pomyślałam, że osiągnęłam na ten moment życia wyznaczony cel. Teraz odpoczywam, ale w sercu już powoli czuje potrzebę czegoś jeszcze. Od czasu do czasu potrzebne są mi takie spacery samej ze sobą. Odpowiadam sobie wtedy na pytania, w którą stronę chcę iść… Czego potrzeba mi jeszcze… Jak chcę żeby wyglądał mój świat za jakieś pięć lat… Co chcę zmienić, z czego jestem dumna, co chcę ulepszyć… I powoli doszukałam się w sobie tych właściwych odpowiedzi.

Życie staje się jedną wielką frajdą, kiedy z całej siły trzymamy za jego stery…

 

 

TU! przeczytasz 10 faktów i mnie

TU! jest przepis na “kleftiko”, ekspresowy grecki obiad jednogarnkowy

TU! przeczytasz jak poradzić sobie z emigracyjną depresją

 

 

 

Co działo się u mnie w listopadzie?… czwartek, 5 grudnia 2019

 

Tak miałam się w listopadzie! 😀

 

Listopad, który właśnie minął, był dla mnie miesiącem odrodzenia. I po bardzo intensywnym sezonie i po ciężkim, kilkuletnim okresie życia. Potrzebowałam dobrych kilku tygodni, żeby po letnim tajfunie pracy dojść do siebie. Tylko, że… No właśnie… Nie wiem czy wy też tak macie, ale ja nie potrafię w domu odpoczywać. W domu zawsze znajdzie się coś do roboty. A to coś sprzątnąć, a to ugotować, a to dokupić, albo nareperować. A szczególnie w domu, do którego właśnie się wprowadziliśmy…

 

TU! przeczytasz o moim kryzysie na mojej greckiej emigracji.

 

To już taki mój naturalny rytm, że chwila po skończeniu sezonu, dokończeniu również całego stosu spraw formalnych, pakuje walizę i wylatuje do miejsca, o którym marzyłam przez cały letni sezon.

Ponieważ jesteśmy na wyspie, rzut beretem od morza, kocham wypoczywać w dużych miastach, w których wiele się dzieje. Dowiadywać się i patrzeć na coś zupełnie nowego. Florencja marzyła mi się już od dłuższego czasu. Z trzech powodów… Przez renesans. Spaghetti i kawę!

Przez dłuższy czas bardzo tęskniło mi się do Sztuki przez wielkie „s”. Nie z przypadku, ale przemyślanego i konsekwentnego życiowego wyboru, z wykształcenia jestem historykiem sztuki. Chciałam znów patrzeć na piękne budowle, rzeźby i niesamowite obrazy. Co prawda oficjalnie jestem fanką kuchni greckiej, ale szeptem zdradzę wam, że wolę kuchnię włoską… Natomiast kawa… Ten powód chyba nie wymaga komentarza…

 

Katedra we Florencji i słynna kopuła

Fasada katedry we Florencji

Widok na miasto

Jedna z florenckich uliczek

 

Ta tygodniowa podróż do Florencji i Mediolanu, była moim osobistym odrodzeniem. Ponownie zakochałam się w tym kraju i chcę do niego znów wrócić. Była to jedna z najpiękniejszych podróży jakie w życiu odbyłam. Największą dla mnie wartością Florencji jest rzecz jasna, niesamowita sztuka, ale również i to, że piękno kryje się tam w każdym, zwykłym zakamarku. W tym jak wyglądają najzwyklejsze ulice. W tym jak ubierają się i jak zachowują się ludzie. I w tym jak tam smakuje najbardziej nawet pospolite jedzenie. Sztuka, to nie tylko obrazy, które wiszą na ścianach muzeów. Sztuka to również codzienne, zwykłe życie.

Widzieliśmy dzieła Leonarda, Michała Anioła i Rafaela. Do teraz nurtuje mnie jak zbudowano kopułę florenckiej katedry. Kilka chwil spędziliśmy również w Mediolanie, który zachwycił mnie tak otwartym podejściem do odmienności i do mody.

 

Pomnik Dantego

W tym tkwi sztuka! Dbałość o każdy detal!

Te dzieła sztuki w rzeczywistości wyglądają niesamowicie…

Katedra w Mediolanie

Sklepienie mediolańskiej katedry

Witryna sklepu Dolce and Gabbana

To było tak pyszne!

 

Codziennie przy tym jedliśmy pizzę, na przemian ze spaghetti. I do teraz rozmyślam o tym, co do kawy dodają Włosi, że jest tak pyszna.

Tego mi było trzeba. Ta podróż była moim prawdziwym odrodzeniem.

 

TU! przeczytasz o 10 faktach o mnie.

 

Jeszcze tak niedawno, kilka miesięcy temu, marzyłam o takich zwykłych rzeczach, które będę robić tu na Korfu, kiedy uda nam się zamieszkać tu na stałe. Że owoce i warzywa zawsze będziemy kupować na miejskim targu, tuż przy Nowej Fortecy. Że każde sobotnie przed i popołudnie będę spędzać załatwiając najróżniejsze sprawy w mieście Korfu. Że co jakiś czas będę biegać w parku Mon Repos. I że będę mieszkać rzut beretem od miasta, w jakimś niezwykłym miejscu.

Wszystko to już stało się rzeczywistością. I każdego dnia, kiedy naprawdę dzieją się wszystkie te rzeczy, nadal nie mogę się nadziwić, że to już jest prawda. Odżywam. Całą sobą…

 

Paleokastritsa w listopadzie… Latem tym molo nie da się przejść.

A w mieście Korfu, zawsze się dzieje! Nawet jesienią.

 

TU! zobaczysz filmik o mieście Korfu.

 

Jesień i zima to czas, w którym powracam do rzeczy, na które nie ma czasu latem. Do mojej codzienności wróciło zdrowe odżywianie. Soki i smoothie pojawiają się u nas każdego dnia, przez co kilogramami pochłaniamy warzywa i owoce w najróżniejszych postaciach. Wraz z zakończeniem sezonu zapisałam się na jogę i jazdę konno. Marzyłam żeby powrócić do jazy konno od dłuższego czasu. Czytam i z miską popcornu oglądam stare klasyki kina. Pierwszy raz też widzę Korfu w wersji jesiennej i pierwszy raz widzę moich znajomych i przyjaciół z Korfu, w kurtkach i szalikach. Może wydawać się to śmieszne, ale dla mnie to naprawdę niesamowite.

 

TU! przeczytasz o pietruszkowym smoothie.

 

I dalej już… tylko do przodu!

 

 

Co działo się u mnie przez sześć miesięcy mojego milczenia?… poniedziałek, 4 listopada 2019

 

Podczas nawszej wycieczki Widoki Korfu, na Rajskiej Plaży

 

Pada nieprzerwanie już całą dobę. Jutro też zanosi się na deszcz. Ale musi w końcu się wypadać, bo ostatni deszcz był zdaje się w czerwcu. Tak właśnie wygląda jesień i zima na Korfu. Pada, pada i pada. Ta niesamowita zieleń, w końcu z czegoś musi się wziąć!

 

Po sześciu miesiącach milczenia tu na blogu, z nieopisaną przyjemnością wracam do systematycznego pisania. Brakowało mi tego jak tlenu. Sześć miesięcy milczenia to absolutny dla mnie rekord. Nie mogło być jednak inaczej. Ten sezon na Korfu był dla nas pod znakiem być, albo nie być. Postawiliśmy przecież wszystko na jedną kartę. Jeśli macie ochotę przeczytać, co takiego działo się u mnie przez te sześć miesięcy – czytajcie dalej!

 

W połowie kwietnia Jani zostawił swoją poprzednią pracę. Zamówiliśmy transport wszystkiego co mieliśmy w jedną stronę z okolic Livadia, prosto na Korfu. Pół żartem, poł serio – do tej przeprowadzki szykowałam się od momentu, kiedy wprowadziliśmy się do naszego poprzedniego mieszkania (dlaczego? o tym przeczytasz TU!). A tak na poważnie, już miesiąc wcześniej większość rzeczy miałam przygotowane. Po spakowaniu wszystkiego, wyniesienie całości do niewielkiej furgonetki, trwało jedną godzinę. Oddaliśmy klucze do mieszkania i z każdym kilometrem, kiedy się od niego oddalaliśmy, czułam że zaczynam zupełnie nowe życie. Dokładnie takie, jakie chcę.

To dla mnie symboliczne, że okres kiedy na stałe wprowadziliśmy się na Korfu, przypadał na grecką Wielkanoc. Odradzało się wszystko. Wielkanoc. Wokoło wiosna. A u nas nowy rozdział życia.

Co roku, każdy sezon na Korfu, zaczynamy coraz wcześniej. Zdążyliśmy ustawić mniej więcej rzeczy w tymczasowym mieszkaniu i w samym biurze. Ale większość rzeczy, do samego końca i do ostatecznej przeprowadzki do stałego  już domu, pozostała w kartonach.

 

Początek maja. Jako pierwsza grupa w sezonie 2019 wpływamy na Rajską Plażę…

A tu już zdaje się koniec maja… Nasi turyści jeszcze w kurtkach, płaszczach… Taka była pogoda i tak dopływaliśmy do Rajskiej Plaży. Nie wiedziałam: śmiać się, czy płakać?

Początek czerwca. Co prawda już słońce, ale nadal chłodno. Ja nadal w letniej kurtce!

 

Ten sezon dla całej Korfu, był dość trudny. Zaczął się ciężko, bo do samego początku czerwca, co chwilę padało i jak na Grecję, było bardzo chłodno. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło, ale jeszcze kilka wycieczek z początku czerwca prowadziłam w wiosennych kozakach i w kurtce!

W porównaniu do poprzednich sezonów, tego lata na Korfu przyleciało nawet do 40% mniej turystów. Szczególnie w pierwszej połowie sezonu, wiele hoteli w połowie była pusta. Jeśli byliście w tym roku na Korfu i zdziwiło was, że nawet w najbardziej turystycznych miejscowościach jest raczej cicho i  spokojnie, to skutek dużo mniejszej ilości turystów, która w tym roku wybrała Korfu na wakacje. W turystyce to jednak nic nadzwyczajnego i do tego trzeba po prostu się i przyzwyczaić i przygotować. Wiele rzeczy jest tu zupełnie nieprzewidywalna i rządzi się czystym przypadkiem.

 

TU! zobaczysz nasz filmik o mieście Korfu.

 

I w końcu jest TA pogoda! Rajska Plaża na KORFU – więcej przeczytasz TU!

Ja sama w łódce. A sternik – na plaży! Tak o mnie dbają 😛 Spiro sznurek trzyma dosłownie na jednym placu! 😀

 

Na całe szczęście… Mimo tych problemów, dla nas ten sezon był rewelacyjny. Na naszych trasach firmowych jak zawsze było was bardzo dużo. Ogromna ilość was, trafia do nas z polecenia – co jest największą dumą. W tym roku już oficjalnie zaczęliśmy organizować kilka różnych wycieczek rejsowych: Albanię, Paxos i Antypaxos, Pargę, Błękitną Lagunę oraz kameralny rejs statkiem „Madalena”. Wprowadzenie tych wycieczek właśnie teraz, kiedy znaleźliśmy odpowiednich współpracowników, było strzałem w dziesiątkę. Wasze zainteresowanie tymi wycieczkami, już w pierwszym sezonie ich organizowania, przerosło nasze oczekiwania. I to sporo…

Cały sezon, bite sześć miesięcy, pracowaliśmy jak opętani. Czyli typowy dla turystyki roller coaster. Telefon nie przestawał dzwonić. A wraz z poprawieniem się pogody na Korfu, turystów było coraz więcej. Tego lata wielkim sukcesem jest to, że nie popełniliśmy ani jednego logistycznego błędu. Informacje o datach wycieczek, godzinach i miejscach zbiórek, trafiały do was z dokładnością szwajcarskiego zegarka. Patrząc wstecz i analizując ilość turystów i ilość rodzajów naszych wycieczek, teraz wydaje mi się to aż niemożliwe. Ale ja, Paulina i Jani, to idealnie zgrany zespół!

 

TUTAJ! przeczytasz wszystko w temacie pogody na Korfu.

 

Z ekipą PROSTO O PODRÓŻACH. TU! zobaczycie nasz wspólny filmik o Korfu! Jest mega!

W temacie “kuchnia Korfu”, mam po tym sezonie naprawdę dużo do powiedzenia… Mam nadzieję, że nikt nie jest tu na żadnej diecie!!! 😛

Tu z ekipą naszych albańskich przewodniczek po Albani. Wprowadzenie tej wycieczki do oferty kończy się również i tym, że na wiosnę sami jedziemy do Albanii!

A tak prezentuje się słynna Błękitna Laguna

 

To piękna, ale niesamowicie wymagająca praca. Kiedy jest sam szczyt sezonu, mam wrażenie że moim domem jest autobus. Nie śpię więcej niż cztery godziny na dobę i tak czasem po kilka nocy z rzędu. Ale nawet kiedy jest ten moment kryzysowy, zazwyczaj właśnie wtedy, pojawia się… Pozytywny komentarz gdzieś w internecie, ciepła opinia, czy też zwykły uśmiech, który wypełnia radość człowieka, który świetnie spędził z nami dzień.

Tak jak lubię najbardziej. Bez wielkich zapowiedzi i fanfarów, ale spokojnie wykonując jeden pewny krok, za krokiem, w tym roku wprowadziliśmy coś jeszcze. Żeby wystartować w tym roku, Jani przygotowywał się kilka poprzednich lat. Ale w końcu się udało. Oficjalna informacja o lotach Janiego na paralotni, pojawi się na naszej stronie już po Nowym Roku. Kolejne marzenie zostało spełnione. Już w tym roku organizowaliśmy pierwsze loty na Korfu paralotniami. To jest dopiero cud… Jedno z największych osiągnięć naszego sezonu…

 

Jani z Andrzejem. Najdłuższy lot telgo sezonu. Trwał ponad pół godziny…

Grupo po północy. Ja sprawdzam, czy wszystko gra na jutrzejszą wycieczką. Następnego dnia zegarek nastawiony na 6.30… A pracy jeszcze trochę przede mną. Ciamna strona bycia szefową…

Limit moich przeprowadzek na najbliższe 100 lat się wkończył. Początek października. Wprowadziliśmy się do naszego obecnego domu… Kocham ten dom… Na całe szczęście już tak nie wygląda!

Z Janisem – właścicielem najlepszej restauracji na Korfu “Wenecka Studnia”. To był dla mnie zaszczyt. Tak kończyliśmy ten sezon… Niesamowita osoba…

Wy na naszych MIEJSCACH KORFU

 

Marzenia wcale się nie spełniają – SAME. Spełnić może je jedynie sam człowiek. Wiarą. Upartością. Odwagą. Pracą nad celem i nad samym sobą. A później dzieje się magia. I marzenie przeistacza się w materię. Jestem teraz w naszym domu na Korfu. Zbudowanym z naszych marzeń, celów, ogromnej ilości wyrzeczeń i ciężkiej pracy. Nigdzie się stąd nie ruszam. Kotwica już na stałe zarzucona na Korfu.

 

Podczas spaceru na Kanoni. Nigdzie się stąd nie ruszam…

 

 

 

Witaj w nowym rozdziale tego bloga… niedziela, 13 października 2019

 

 

Czasami budzę się rano i czuję, jakbym się obudziła z koszmaru sennego. A później biorę głęboki oddech i czuję ulgę, że to już jest za mną. Że ten rozdział jest już zamknięty, a ja zaczynam pisać zupełnie nową książkę…

 

Nigdy tu o tym nie pisałam, bo z założenia tu na blogu nigdy nie chciałam marudzić, ale momentami było ciężko. Każdego roku, tak jak teraz, w połowie października, pakowałam walizki i wracałam z Korfu, do… mojego piekiełka. Już wsiadając na statek łzy płynęły mi jak groch i za nic nie mogłam tego powstrzymać. Ostatnia kawa w papierowym kubku z portowej kawiarenki Sette Venti, który trzymałam jak najmocniej żeby jak najdłużej czuć palcami ciepło kawy  i ciepło Korfu. Ten ostatni papierowy kubek zawsze wiozłam ze sobą i za nic nie potrafiłam go wyrzucić. Nawet pogięty, zmęczony podróżą  do maleńkiej wioski, gdzie diabeł dosłownie mówił dobranoc, zostawał ze mną aż do następnej wiosny.

 

To już zamknięty rozdział i nigdy nie chcę do niego wracać. Zostały mi dwie wartościowe przyjaźnie i mnóstwo złych wspomnień.

W niewielkiej wiosce, której liczba mieszkańców nie przekraczała jednego tysiąca, nazywanej „Białe Domki” został nakręcony film w guście Giorgosa Lanthimosa. „Attenberg”, o którym teraz mowa, atmosferą bardzo przypomina słynnego i równie kontrowersyjnego „Kła”. Reżyserka „Attenberga” w jednym z wywiadów pisała, że  długo szukała miejsca, które dobrze oddaje atmosferę izolacji od świata. Ostatecznie idealną scenerią okazała się wioska, w której mieszkaliśmy przez tych kilka lat. A sam film był kręcony rzut beretem od naszego domu. Tak, przyznaje. Lepszej scenerii do tego filmu znaleźć nie mogła. Z jednej strony morze, z drugiej wysokie wzgórza, odcinające miejsce od reszty świata. Za każdym razem, kiedy wracaliśmy tam z Korfu, czułam jakby ktoś wysysał ze mnie życiową energię. W tej miejscowości nie było niczego co mogłabym choć trochę polubić. Białe domki bez dachów, bo tak wybudować było taniej. Połowa z nich opuszczona, zarośnięta, okraszona śmieciami. Dwa sklepy i dwie kawiarnie. Relacje z ludźmi, które bardziej niż dodawać otuchy, dołowały. Jeszcze nigdy wcześniej w życiu nie czułam takiej izolacji. Od świata. Od ludzi. Od wszystkiego co kocham.

Każdy poranek był walką, żeby mimo wszystko wstać i iść do przodu. Ale każdy dzień był dla mnie jednocześnie szansą, żeby wykonać kolejny krok, by się stamtąd wyrwać. Nie dać się marazmowi, lenistwu, narzekaniu. Zrobić z dniem i swoim życiem coś dobrego.

 

Wygrałam. Sama ze sobą.

Możecie pomyśleć, że się przechwalam. Ale tak właśnie się czuje – jak królowa mojego świata. Najpierw zaczęłam marzyć, a później marzenia zamieniłam w cel. Cel zamienił się w konkretny plan rozpisany na białej kartce. Później całe tysiące godzin ciężkiej pracy. Zarwane noce, mnóstwo codziennych wyrzeczeń. I teraz mam dokładnie, czego tak mocno chciałam. Nic nie smakuje tak wspaniale jak  osiągnięty ciężką pracą cel.

 

Budzę się teraz każdego dnia z przyjemnym poczuciem spełnienia. Mieszkam w domu, który wymarzyłam. Zajmuję się dokładnie tym, czym chce. A moje życie jest takie jak chciałam by było.

 

Powoli kończymy kolejny sezon na Korfu. Ten szósty był dla nas najważniejszy, bo najbardziej przełomowy. Pod koniec kwietnia tego roku Jani złożył wypowiedzenie ze swojej starej pracy. Zamówiliśmy transport mebli i najpotrzebniejszych rzeczy, z założeniem, że zaczynamy nowe życie na Korfu.

Na początku było trochę stresu, ale później wszystko poszło jak tornado. Znów i tego roku na naszych wycieczkach po wyspie było was tak dużo! Nowością w tym sezonie były wycieczki rejsowe, o które często pytaliście każdego poprzedniego lata. Wprowadzenie ich okazało się być strzałem w dziesiątkę. To również w tym roku Jani postawił pierwsze małe, ale stabilne kroki w swoich lotach na paralotni. Powoli kończymy bardzo intensywny, piękny sezon.

Od teraz mieszkamy na Korfu już na stałe. A ja każdym zmysłem czuje, że to zupełnie nowy rozdział mojego życia. Za nami całe sześć lat bardzo ciężkiej pracy. Ale satysfakcja jest nie do opisania.

Witaj w zupełnie nowym rozdziale tego bloga. Sama jestem bardzo ciekawa, o czym teraz tu będzie…

 

Nasza wycieczka w mieście Korfu