Mój marzec. Ależ pieprznęło! Jak zbroję się na co dzień i co planuję w kwietniu… sobota, 4 kwietnia 2020

 

 

Boże, kto by pomyślał… Jakby ktoś podgrzewał mleko i na chwilę wyszedł z kuchni. Mleko zaczyna delikatnie, lekko wyczuwalnie się przypalać, a ten ktoś jeszcze nie biegnie, bo myśli, że nic jeszcze się nie dzieje. Spokojnie, wszystko jest pod kontrolą. Za chwilę podejdę i sprawdzę, co z zawartością garnka. I nagle wykipi. Rozleje się po rozgrzanej kuchence, oblepi ją i zacznie śmierdzieć przeokropnie. Dopiero wtedy ten ktoś biegnie. Rozlało się. Przypaliło się na gorącym palniku. Śmierdzi w kuchni i w całym mieszkaniu. Słodko śmierdzący zapach czuć już wszędzie. I trochę potrwa czyszczenie, a później bardzo dokładne wietrzenie całego domu, całej kuchni.

Przeglądam zdjęcia w moim telefonie. Jedno z nich zrobione w pierwszych dniach marca. Dzień, kiedy tak po prostu, wyszliśmy z domu, podjechaliśmy do miasta i poszliśmy na kawę na Liston. Ciepły, słoneczny dzień greckiego przedwiośnia. Promienie słońca, tak samo jak ludzie tego dnia, rozlewały się wszędzie. Siedzieliśmy i piliśmy kawę. Ciesząc się chwilą. To była moja ostatnia przed czasem kwarantanny taka spokojnie wypita kawa w mieście. Na następną będę musiała jeszcze trochę poczekać.

 

Ostatnie wyjście na kawę przed kwarantanną

 

Wciąż jednak uważam, że zdarzają się sto razy gorsze rzeczy na świecie niż ta epidemia i cała kwarantanna. Tuż za naszymi granicami toczą się wojny. Gdzieś indziej przechodzą tsunami, ziemia trzęsie się tak, że walą się całe domy i ludzie tracąc wszystko muszą zaczynać życie zupełnie od zera. My wciąż mamy dużo. I właśnie teraz trzeba przestawić swój tok myślenia z narzekania i czarnowidztwa, na docenianie tego, co teraz mamy.

 

Na początku marca miasto Korfu pełne było ludzi…

I dosłownie kilka dni później… Pusto.

Kawiarnia “Bristol”, nigdy nie widziałam jej zamkniętej za dnia.

Ale nawet przed ogłoszeniem kwarantanny, nie było paniki. W sklepach spokój.

 

TU! zobaczysz nasz filmik o mieście Korfu.

 

Kiedy patrzę na wszystkie moje zdjęcia z marca, nie widzę w moim życiu żadnej katastrofy, żadnej tragedii. Widzę, że z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień moje życie bardzo się zmieniło. Na samym początku pozamykano kawiarnie, restauracje i kina. Ostatni spacer ulicą Liston i od tego czasu wychodziliśmy już tylko do parku, później na plaże gdzie nie ma ludzi, aż w końcu do teraz poruszamy się tylko blisko naszego domu. Ja już chyba się tak trochę nauczyłam, po którymś życiowym kryzysie, że kryzys to wyzwanie, żeby wyjść ze swojej codzienności, zacząć robić coś zupełnie innego, sprawdzić swoją wytrzymałość i przekonać się o swojej sile i o swoich słabościach. Jeszcze nigdy w moim życiu nie było aż tyle cichego kontaktu sam na sam z przyrodą. Po raz pierwszy, pomimo całego huku, który dzieje się na zewnątrz, w moim prywatnym świecie jest bardzo dużo spokoju, ciszy, życiowego wyhamowania. Po raz pierwszy czuje, że nic nie muszę. Mogę wyspać się do woli, do niczego nie muszę się śpieszyć, mam czas i wiem, że wiele rzeczy może jeszcze poczekać.
Kiedy stało się oczywiste, że sytuacja na świecie jest bardzo poważna, przeprowadziłam ze sobą rozmowę i wyobraziłam sobie co może mi się stać teraz najgorszego. Pogodziłam się, że tak może być. Jestem na to przygotowana, jednocześnie mając wiarę że tak nie będzie i robiąc wszystko żeby tak się nie stało. I każda trochę lepsza sytuacja od tego, co dla mnie najgorsze, jest już dobrą niespodzianką. Dzięki temu z mojej rzeczywistości usunęłam lęk i dzięki temu mogę już bez jego ciężaru wziąć moją rzeczywistość w moje ręce. I ulepić z niej to, co mi odpowiada.

Codziennie, choćby nie wiem jaka była pogoda, idziemy z Janim na dłuższy spacer. Codziennie przebywamy blisko przyrody. Codziennie wystawiamy twarze do słońca. Codziennie dbam o to, by zjeść coś super zdrowego. Coś, co będzie dla mnie bombą witamin i zdrowych składników. Na potęgę wyciskamy soki, robimy warzywno-owocowe smoothie, albo zdrowe mikstury. Codziennie również słucham podcastów, filmików na YouTube, czy też czytam w temacie rozwoju, radzenia sobie z problemami i zdrowego myślenia. Te trzy elementy stały się obecnie trzema żelaznymi nawykami mojej kwarantannowej rzeczywistości.

 

Jeden z pierwszych spacerów w parku Mon Repos

Tu widok w Paleokastritsa

Główna plaża w Paleokastritsa

Spacer w marinie Gouvia

Plaża św. Barbary na samym południu Korfu

Gdyby nie kwarantanna, nie wiedziałabym w jak pięknej okolicy mieszkam…

 

TU! przeczytasz więcej o Paleokastritsa.

TUTAJ! przeczytasz o najlepszych plażach Korfu.

 

Przed nami najpewniej cały kwiecień siedzenia w domu na podobnych zasadach, o ile nie stanie się cud. Cały miesiąc życia, którego dopiero wstęp mieliśmy w marcu. Później będzie, co ma być. Bóg jeden wie, ale to On przecież ma nas w opiece. Chcę jak najlepiej wykorzystać ten czas dla siebie. Nie chcę obudzić się w maju z poczuciem zmarnowanych, szarych dni, mimo wiosny na zewnątrz. Nie chcę by moim codziennym ubraniem stała się wymięta w śnie pidżama, albo wyciągnięte dresy. Nie chcę by jedyną wartością mojego dnia była obejrzana kolejna komedia, albo serial. A codziennością stała się paczka czipsów. W moim życiu przez ostatnie kilka lat, było pół roku intensywnej pracy w sezonie i drugie pół roku odpoczynku i przygotowanie do następnego lata. Rok za rokiem biegł mi jak szalony. I w końcu teraz czuje, że ktoś dał mi czas, którego wcześniej nie miałam. Nie mam już żadnego wytłumaczenia, dlaczego teraz nie mogę, bo jest coś ważniejszego. Dla mnie cały kwiecień będzie czasem pisania od „a” do „zet” mojego przewodnika po Korfu… To jest mój główny cel na kwiecień.

 

 

 

 

Zbytnia bezpośredniość. Rzecz, która najbardziej mi w Grecji przeszkadza… środa, 11 marca 2020

 

Padnięta ja, już pod sam koniec tego sezonu…

 

Krok za krokiem, coraz mniej, ale jednak – każdego lata mam ten sam problem. W sezonie praca właściwie nigdy się nie kończy. Cały czas bieganina, a na dodatek stres. Częste jedzenie na mieście, też nie jest najzdrowsze. Cierpi na tym przede wszystkim mój żołądek. Czasami czuje, że jest ściśnięty, a czasami zwyczajnie w biegu nie ma czasu, żeby ze spokojem siąść i zjeść. Co roku moim problemem jest walka o to, żeby pozostać przy zdrowej wadze i nie tracić kilogramów. Wiem, że u większości osób, problem jest odwrotny, ale my chudzielce już tak mamy!

Zgodnie z poradą mojej dietetyk, kiedy mamy szczyt sezonu i pracy naprawdę dużo, idę do apteki i kupuję specjalny napój, który zastępuje kalorycznie jeden pełny posiłek. Piją go między innymi osoby, które przechodzą chorobę, albo właśnie z niej wyszły i muszą nadrobić zgubione kilogramy. To rozwiązanie pomogło mi już wielokrotnie i choć z roku na rok staram się poprawiać higienę mojej pracy, zawsze kiedy jest problem – idę na Korfu do mojej apteki i kupuje ten właśnie napój.

To był błąd! Że jakiś czas temu opowiedziałam aptekarce o moim problemie. Dlaczego to kupuję i jak mi to pomaga. Była zwyczajnie bardzo ciekawa.

Kilka dni temu, weszłam do tej samej apteki, po zupełnie inną rzecz. Aptekarka przywitała mnie uśmiechem i szczerą radością, bo dawno mnie nie widziała. Typowe sobotnie południe na Korfu. W aptece kilka osób stojących za mną w kolejce. Przy ladzie ja. Po drugiej stronie aptekarka:

-Ach! Już tak dawno cię tu nie widziałam! Wszystko u ciebie ok?

-Tak! – odpowiadam i czekam, aż zada mi pytanie „co podać”, ale nie…

-A jak tam twoja niedowaga? Ach, ale się nalatacie w tej pracy przy wycieczkach… Ciągle w biegu i ten stres! Czy dalej masz problem z żołądkiem? – zanim otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć i przerwać jej monolog o mnie, moim zdrowiu i moim problemie, aptekarka już zdążyła opowiedzieć o mojej niedowadze, o tym, że latem wyglądam znacznie szczuplej i że teraz przytyłam, itp. Aptekarka ma przy tym bardzo donośny głos, a w aptece jest raczej cicho. Więc wysłuchali tego monologu o mnie, mojej pracy, moich problemach z żołądkiem wszyscy klienci, którzy stali w kolejce.

Miałam już ochotę odwrócić się i poprosić, żebyśmy wszyscy razem utworzyli wspólny krąg. Wtedy mogłabym opowiedzieć o moich problemach jeszcze więcej. Później wysłuchać komentarzy, rad, opinii i słów wsparcia. Ale powiedziałam tylko:

-Tak, mam się dobrze. Wszystko ok. A teraz poproszę opakowanie gazy. Nic mi się nie stało. Nic mi nie dolega. Czuję się świetnie. Mam w planach zasadzić na parapecie rzeżuchę.

Płacę i wychodzę. Czuje, że spaliłam cegłę. I serio. Wszyscy się na mnie gapią.

 

Wciąż nie znoszę greckiej bezpośredniości, braku taktu i wyczucia sytuacji. Nie dotyczy ona na całe szczęście wszystkich, ale ma ją ogromna ilość osób. Szczególnie na samym początku  nie mogłam się przyzwyczaić, że kiedy jestem u fryzjerki, kosmetyczki, manicurzystki, kobiety potrafią się pytać o wszystko! Gdzie pracuje, gdzie pracuje mój mąż, ile zarabiamy, gdzie mieszkam, czy mam dzieci i dlaczego nie, gdzie byłam na wakacjach, a gdzie pojadę, kim są moi rodzice, czym zajmuje się moje rodzeństwo. I tak bez końca.

Do teraz, jednym z głównych kryteriów, jakie mam w głowie, kiedy wybieram osobę, która oferuje mi jakiś rodzaj usługi, jest: nie zadaje osobistych pytań i nie mówi bardzo dużo.

Do tej apteki pewnie znów pójdę, bo jest tam wszystko i otwarta jest prawie zawsze. Ale już nigdy, przenigdy więcej nie opowiem tam o swoim problemie.

 

TU! przeczytasz o tym jak rozpoczynam dzień.

TUTAJ! przeczytasz o moich trikach w czasie nawału pracy.

TU! zobaczysz nasz filmik z Angelocastro.

 

 

Jazda samochodem na Korfu… niedziela, 1 marca 2020

 

Zdjęcie autorstwa Angeliki Żelaznej

 

Jeśli ktoś chciałby sprawdzić, czy rzeczywiście jest dobrym kierowcą – powinien wpaść na Korfu. I wypróbować swoich sił na tutejszych drogach.

Jazda samochodem na Korfu, to jest dramat. Wszystko w domu, w którym teraz mieszkamy jest dla mnie idealne, oprócz drogi dojazdowej. Żeby dojechać do naszego domu, trzeba przejechać przez wąskie uliczki niewielkiej, starej wioski. Kiedy wyjeżdżam z domu, nigdy nie wiem, co mnie spotka. Zazwyczaj zawsze czeka mnie jakaś drogowa przygoda.

Strategiczna ulica jest przy szkole podstawowej. Teoretycznie jest to typowa droga o ruchu dwukierunkowym. Jednak zawsze po  jednej stronie zaparkowany jest ciąg aut. Więc w praktyce mieści się jedno i pół auta… I najciekawiej jest, kiedy rodzice przyjeżdżają po swoje dzieciaki. Przy bramie szkolnej co chwilę zatrzymuje się samochód, by odebrać pociechę, która skończyła lekcje. Pociechy mają to do siebie,  że nigdy nie są na czas, wiec rodzice tak stoją i stoją. Około 13.45 robi się gigantyczny korek, od samego początku do końca tej ulicy. Ludzie trąbią. Wychodzą z samochodów. Kilka razy widziałam, że już prawie dochodziło do pobicia. Podnosi się ciśnienie, więc przynajmniej nie trzeba pić kawy. Następnie jak już cała uliczka się odkorkuje, trzeba mijać się na tzw. żyletkę. Mimo tego, że na Korfu prowadzę samochód już siódmy rok, ciągle od razu robię się cała blada, kiedy widzę jak ktoś przejeżdża obok mnie dosłownie ocierając się o lusterko. Na tej trasie dodatkowymi atrakcjami są wybiegające po lekcjach na ulicę dzieciaki. Część z nich jeździ na rowerach i czasem przychodzi im do głowy, żeby wypróbować jeździć tylko na tylnym kole. Do tego co chwilę podkłada się pod koła raz to bezpański pies, a innym razem kot. I tak jest codziennie od poniedziałku, do piątku około 13.45. Choć poza tą konkretną godziną, atrakcji też jest sporo…

 

*

 

Kiedy pierwszy raz jechałam samochodem na Korfu, nie byłam w stanie uwierzyć, że tu naprawdę jeździ się samochodami. Ale takie są wyspiarskie realia. Wiele dróg biegnie przez wąskie zabudowania starych wiosek. Czasami mocno pod górę, czasem w dół. Lokalsi potrafią przy tym jeździć jak szaleni. A na samych drogach czekają kolejne utrudnienia w postaci dziur.

Jest więc często bardzo wąsko. W wielu miejscach wydaje się to aż niemożliwe, że tędy przejeżdżają samochody. Ulice są pokręcone. Ludzie często jeżdżą jakby droga należała tylko do nich.  Można być w niezłym szoku, kiedy pierwszy raz jedzie się samochodem na Korfu.

Tak wyglądają realia.

Nie można się jednak zniechęcać. Jeżdżenie po Korfu autem, to jeden z najczęstszych sposobów na zwiedzanie wyspy. Jeśli decydujecie się jeździć na Korfu samochodem, powinniście mieć zwyczajnie świadomość, że warunki są trudne i koniecznie zachowajcie maksymalną ostrożność. W tym poście kilka rad, które mam nadzieję ułatwią wam jazdę na Korfu samochodem.

Oto one…

 

WIĘKSZY MA ZAWSZE PIERWSZEŃSTWO

Może nie brzmieć poważnie, ale ja to pisze zupełnie serio. Wiem to z perspektywy pilota wycieczek, który siedzi w dużym autobusie na pierwszym siedzeniu i widzi co dzieje się na trasie. Często jest tak, że jadąc autobusem nie jesteśmy w stanie wycofać pojazdu. I jedynym wyjściem z sytuacji, jest wycofanie o wiele mniejszego samochodu osobowego. Tak jest szybciej i łatwiej. Zazwyczaj kierowca autobusu widzi dobrze jak wycofać, czy też gdzie może zjechać  małe auto i to pokazuje. Najlepiej zaufać i robić tak jak sugeruje kierowca. Obojętnie co mówią znaki, większy ma tu pierwszeństwo!

 

ZNAKI DROGOWE TO TYLKO SUGESTIA

Teraz znów pewnie się śmiejecie, a ja znów piszę na poważnie. Najlepiej widać to prowadząc samochód w samym mieście Korfu. Znaki są taką jakby sugestią. A jeżdżąc po mieście przede wszystkim trzeba reagować na to, co się dzieje. Sprawdzać i przewidywać reakcję innych kierowców, przewidywać co może się wydarzyć  i dostosowywać swoje działania na gorąco do sytuacji. W wielu miejscach miasta Korfu, co prawda jest sygnalizacja świetlna, ale jest wyłączona. Dlaczego? Znacznie sprawniej jeździ się po mieście, kiedy światła jednak nie działają…

 

KLAKSON

Klaksony na Korfu najczęściej używane są po to, żeby kogoś pozdrowić. A pozdrawia się na każdym kroku, więc kiedy na Korfu słyszycie klakson, wcale nie oznacza to niebezpieczeństwa. Po prostu tutaj ciągle ktoś kogoś spotyka. Krótkie bipnięcie, oznacza sympatyczne „cześć!”. Klaksony przydają się również bardzo, kiedy wjeżdża się w wąskie uliczki i kiedy wchodząc w zakręt nie widać, czy ktoś z drugiej strony nadjedzie. Wtedy warto użyć klaksonu, żeby zakomunikować że jedziemy. Nie ma innego sposobu na danie znaku, że nadjeżdżamy.

 

KIEDY JUŻ WPAKUJECIE SIĘ W KŁOPOTY

Kilka razy mi się to już zdarzyło. Wjechałam w tak wąska ulicę, że nie mogłam wycofać. Było tak mało miejsca, że nie mogłam nakręcić, albo  wyjechać. Co prawda głupio będzie to  wyglądać u faceta, ale ja nie mam z tym oporów. Zazwyczaj wtedy wychodzę z samochodu. Znajduje pierwszego lepszego przystojniaka, oddaje mu kluczyki i proszę o wyciągnięcie mnie z tarapatów. Działa! Myślę, że to również między innymi dzięki temu  moje auto jest jeszcze w całości!

 

TU! przeczytasz o Pony, czyli najlepszym greckim samochodzie

TU! przeczytasz o tym jak wg Greków naprawić auto

TUTAJ! przeczytasz o greckiej interpretacji przepisów ruchu drogowego

TU! zobaczysz stare greckie auta

 

Niżej zdjęcia różnych sytuacji na drogach Korfu, które zostały udostępnione przez ich autorów na moim Facebooku.

Dajcie koniecznie znać w komentarzu, czy jeździliście na Korfu? Jakie są wasze doświadczenia? Może uzupełnicie ten post swoimi poradami?

 

Zdjęcie autorstwa Konrada Matulańca

 

 

Zdjęcia autorstwa Katarzyny Popiel i opis – koniecznie przeczytajcie!!!

 

W drodze do kanału D’Amour  (możliwe, że to było w miejscowości Αχαράβη albo Ρόδα) w jednej z głównych uliczek przelotowych (które swoją szerokością by na ten status nie wskazywały) nagle stanęły wszystkie auta. Co się okazało? Samochód ciężarowy nie mógł się zmieścić z jadącym z na przeciwka samochodem osobowym. Wywiązała się dyskusja między kierowcami tychże pojazdów jak i wszystkimi innymi kierowcami oraz pieszymi na temat pierwszeństwa przejazdu. I nagle hyc, kierowca osobówki w mgnieniu oka znalazł się na dachu swojego samochodu. Dodam, że wyszedł przez okno, bo nie było tyle miejsca aby otworzyć drzwi. Teraz dopiero oboje kierowcy byli w komfortowej sytuacji aby na dobre kontynuować dyskusję.  I co? W momencie gdy normalnie w Polsce weszły by w grę już jakieś rękoczyny oni jak najlepsi przyjaciele obściskali się i w ewidentnie szczerej sympatii wrócili do jazdy. Kochamy Greków!

 

 

Zdjęcia autorstwa Bartłomieja Brzezińskiego

 

 

Zdjęcia autorstwa Kamili Baryła 

 

 

Zdjęcie autorstwa Katarzyny Barlik

 

 

 

Olivka, Pestek i niebezpieczne bakterie… sobota, 15 lutego 2020

 

Zdjęcie: Katarzyna Wszołek

 

Siedzieliśmy spięci i nienaturalnie wyprostowani. Nie mogłam uwierzyć, że my naprawdę, zupełnie serio, mamy na sobie maski. Przecież to czysty nonsens… Pieprz raz jeszcze spytał się, czy na pewno odkaziliśmy ręce, po czym poszedł do pokoju, gdzie Olivka karmiła nowo-narodzonego Pestka. Kiedy tylko słychać było delikatne zamknięcie drzwi, Feta mocno odetchnęła.

-Ściągajcie te głupie maski, przecież to niedorzeczne – od razu po ściągnięciu, zeszło z ciała również i napięcie.

-W tym domu nie da się wytrzymać – powiedziała – Tego nie da się wytrzymać. A ja tak bardzo się cieszyłam, że zostanę babcią… Że będzie tak cudownie…

 

*

 

Olivka zaszła w ciążę. Mówiła zupełnie otwarcie. Wcale jej się ani nie śpieszyło, ani nie czuła instynktu macierzyństwa. Po prostu przyszedł taki moment, że razem z Pieprzem zdecydowali się na dziecko. Ciąża przeszła książkowo i odliczając jak w kalendarzu, dokładnie po dziewięciu miesiącach, przyszedł na świat mały Pestek. Śliczny, zdrowy noworodek o wadze prawie trzech kilogramów. Poród nie był ciężki, więc dość szybko Olivka i Pestek wrócili do swojego domu.

Pierwszy przedstawiciel nowego pokolenia sałatkowej rodziny – Pestek. Jak zapewne się domyślacie, wszyscy byli przeszczęśliwi. Już kilka miesięcy wcześniej przyszła babcia, czyli Feta z namaszczeniem zaczęła  kolekcjonować dla małego wyprawkę. Ręczniczki. Malutkie śpioszki. Ręcznie wyszywane akcesoria. Przyszły pradziadek, czyli Oregano, przeznaczył całą swoją miesięczną emeryturę, żeby wręczyć na potrzeby pierwszego prawnuka. Nikt jednak nie cieszył się tak bardzo jak mąż Olivki, czyli Pieprz.  Pieprz dosłownie zwariował ze szczęścia…

 

*

 

-Czy na pewno odkaziliście dokładnie ręce? – spytał Pieprz, kiedy już wyszedł z pokoju Olivki.

-No, tak… – odpowiedzieliśmy zgodnie z Janim, jednocześnie prostując znów plecy i nakładając z powrotem na usta i nos maski.

Pieprz w tym momencie, jakby nie wiedząc co ma robić z rękami, chwycił wielką butlę z żelem antybakteryjnym, kilka pompek i wysmarował nim ręce, aż po same łokcie.

-Pieprz… – zaczęła Feta – Po co znów je odkażasz, przecież niczego jeszcze nawet nie dotknąłeś?

-Ale wie mama… Lepiej… Lepiej zwłaszcza na samym początku być przezornym, niż coś zaniedbać…

-Tak… Tak… – przytaknęła Feta i spojrzała na mnie porozumiewawczym wzrokiem.

-No… A co tam u was słychać? Wszystko na Korfu dobrze? – spytał nas Pieprz.

-Tak, wszystko jest naprawdę bardzo dobrze. A czy mówiłam ci, że..

-A! Zapomniałbym! – Pieprz znowu spojrzał na Fetę – A te nowe śpioszki, to mama przeprasowała dwa razy, tak jak prosiłem?

-Tak, dwa razy, tak jak prosiłeś!

-Ale nie prała mama z innymi ubraniami, tylko osobno, zgadza się?

-Już mi o tym przypominałeś dwa razy. Tak, uprałam je osobno.

-Lepiej zwłaszcza na samym początku być przezornym, niż… – zaczął Pieprz.

-…coś zaniedbać… – dokończyła za niego Feta, po czym dodała:

-Wiesz co synku… Ja to chyba muszę się przewietrzyć! Dorota z Janim, to też chętnie napiliby się kawy! Co?

-Szczerze mówiąc, ja bardzo chętnie… – powiedziałam i zupełnie nieświadomie, zsunęłam z ust moją maskę.

-Nie!!! Nie wolno ściągać! Jechaliście metrem. Możecie mieć niebezpieczne bakterie! – zawołał Pieprz.

-Chodźcie, idziemy! – powiedziała zdecydowanie Feta i tym samym wstała z kanapy.

Chwilę później staliśmy już u drzwi. Jeszcze na pożegnanie, Pieprz zawołał:

-Mamo, tylko niech mama pamięta, żeby jak mama wróci, to żeby zmienić ubranie. A buty to najlepiej przebrać na klatce schodowej.

Bachhhhhhhhh! Feta z całej siły zatrzasnęła o framugę drzwiami. Jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Moja teściowa zawsze była świątynią spokoju.

 

*

 

-I tak jest codziennie. Dzień w dzień… – zaczęła Feta, wyjmując jednocześnie ze swojej eleganckiej torebki paczkę papierosów – Cholera, już mi się fajki kończą. Wiecie, tutaj za rogiem jest taka dobra tawerna. Idziemy coś zjeść. A w dupie mam! Jani, idziemy! Ja stawiam! Po drodze muszę tylko jeszcze sobie kupić dwie paczki fajek na zapas.

 

Był sobotni wieczór. I tawerna, o której myślała Feta, pękała w szwach. Poczekaliśmy w kolejce jakieś dwadzieścia minut, w trakcie których Feta paliła papieros za papierosem. W środku tawerny kelner z tacą pełną naczyń, jak ryba przepływająca między wodorostami, prześlizgiwał się między stolikami. W końcu weszliśmy do środka. Zapachniało. Owocami morza… A przy tym… Pomidorem… Ogórkiem… Fetą… Oliwą z oliwek…

-Aaaach… W końcu… – powiedziała na wydechu Feta i chwyciła do rąk kartę dań.

Chwilę później złożyliśmy zamówienie. Na stoliku w mgnieniu oka pojawiło się wino, a nieco później przystawki.

-Pieprz dostał na głowę – zaczęła Feta – Nie mam pojęcia skąd mu się to wzięło, ale wprowadził w domu dosłownie terror. Buty można zdejmować tylko na klatce schodowej. Jak wchodzi się do mieszkania to trzeba od razu zmieniać ubranie na te, które jest tylko po domu. On wychodzi z domu, dwa / trzy razy w ciągu dnia. Idzie kupować małemu różne nowe rzeczy. Mamy ich już cały stos! I mało tego, że za każdym razem kiedy wraca, zmienia ciuchy, to każe mi je na dodatek wszystkie prać! Mam całe góry jego ubrań do prania, a później prasowania. Wysiadło już jedno żelazko. Po dotknięciu czegokolwiek, co może być uznane za siedlisko niebezpiecznych bakterii, a wliczamy w to: telefony komórkowe, pilot od telewizora, klamki od drzwi, zakupy z zewnątrz i cała lista innych przedmiotów, każe odkażać ręce. Zobaczcie na moje dłonie. Już mi od tego żelu skóra pęka. Na dodatek wszyscy, którzy przychodzą z zewnątrz mają nosić na sobie maski! Mnie nie wolno trzymać dziecka, bo przecież może mi wypaść. Podobno, od czasu kiedy Jani i Olivka byli mali,  zmieniło się wiele  i ja nie wiem jak prawidłowo trzymać dziecko. Ostatnio dostał szału jak zobaczył, że w lodówce jajka stały blisko warzyw!  To jest jakiś horror!

Feta wyrzuciła z siebie wszystko jednym wydechem, po czym zabrała się za jedzenie.

-A Olivka – spytałam – Co ona na to?

-Jest między młotem, a kowadłem. Sama nie wytrzymuje tych niekończących się reguł, na dodatek ma trudności w karmieniu piersią i zmiany nastrojów. Ja  z  jednej strony chcę jej pomagać i ją wspierać, ale z drugiej – mam swoje granice! Czegoś takiego naprawdę nie mogłam się spodziewać… A myślałam, że będzie tak cudownie… Mój pierwszy wnunio! Że będziemy wszyscy razem. Że będę Olivce pomagać… Że będziemy go kąpać, przebierać, a on będzie tak słodko łkać… I że będę mu nakładać na stópki te słodkie skarpetusie, co je wyszywałam jak była w ciąży… Na ten właśnie moment, czekałam całymi latami… Miało być zupełnie, zupełnie inaczej…

Siedzieliśmy i gadaliśmy do północy. Tawerna była rzeczywiście rewelacyjna, a jedzenie szczególnie pyszne. Kiedy zrobiło się naprawdę późno, odprowadziliśmy Fetę do domu Olivki i Pieprza. Jeszcze przed wejściem do budynku wypaliła ostatniego papierosa.

My poszliśmy spać do hotelu. Mimo tego, że z Korfu do Aten przyjechaliśmy na zaproszenie, zgodnie z regułami Pieprza nie mogliśmy spać w domu, ponieważ mogliśmy mieć na sobie niebezpieczne dla dziecka bakterie. „A zwłaszcza na samym początku lepiej być przezornym, niż coś zaniedbać…”. Ostatecznie małego Pestka widziałam przez całe sześćdziesiąt sekund, z odległości w miarę bezpiecznego metra.

 

I Feta, i ja tak samo, i tak wiele z nas, kochamy montować sobie w głowach najróżniejsze filmy. I później żyć w ich świecie. Jak to będzie super… Jak będzie cudownie… Jak to będzie fajnie… „GDY”! I właśnie wtedy życie uwielbia płatać najbardziej zmyśle figle…

 

TU! przeczytasz o tym kto, jest kim w sałatkowej rodzinie.

TU! przeczytasz o mojej teściowej Fecie.

TU! przeczytasz o chrzcie w Grecji.

 

 

 

 

SALONIKI W JEDEN DZIEŃ! Nasze nowe video… sobota, 18 stycznia 2020

 

Bardzo często zadajecie mi pytanie, które miejsce odwiedzić, jeśli do Grecji wybieracie się zimą? Rewelacyjną grecką destynacją na zimę są na przyklad Saloniki. To jedno z najpiękniejszych miast całej Grecji. Co prawda w Salonikach nie znajdziecie zabytków na miarę ateńskiego Akropolu, ale Saloniki mają swój niepowtarzalny urok. Zapraszam was na nasz najnowszy filmik SALONIKI W JEDNEN DZIEŃ!

 

 

 

Korfu. Polska. Sałatkowy dom. Czyli jak wyglądał mój grudzień… piątek, 10 stycznia 2020

 

Jeszcze z bazy, czyli z Korfu 🙂

 

Co chwilę od kogoś słyszę, jak machając przy tym palcem przestrzega mnie, że Korfu zimą to porażka.

Tymczasem pierwsza połowa grudnia i jednocześnie pierwszy spokojniejszy zimowy okres na Korfu, był dla mnie sielanką. Spokój. Nikt nie dzwoni. Nikt jeszcze ode mnie niczego nie chce. W końcu czas by zając się tym, co jest najważniejsze. SOBĄ!

Było mi tak dobrze, że walizkę na bożonarodzeniowy wyjazd do Polski, wyciągnęłam ze sporym opóźnieniem. To, co najważniejsze – spakowane! A później dokładnie 21 godzin w podróży. Tak potrafią wyglądać połączenia z Korfu do Polski, kiedy nie ma już takich luksusów jak loty czarterowe.

 

Widok na Starą Fortecę w grudniu

W grudniu na Korfu jest tak spokojnie…

Samo centrum starego miasta, kiedy nie ma już turytów.

Ulica Liston w jesienno – zimowym wydaniu.

 

Najpierw przeprawa promem na ląd. Później autem do Salonik. Trochę czekania. Samolot do Aten. Drugi samolot z Aten do Polski. Bus do rodzinnego Lublina. No i po dwudziestu godzinach czekał autem tata. Jeszcze godzinka przeprawy do domu – i jestem u siebie! Nawet tak horrendalnie długie podróże, to dla mnie nic męczącego. Traktuje je jako czas na najróżniejsze przemyślenia i plany. Coś czytam, coś słucham, coś oglądam. To najczęściej w trakcie takich podróży powstają w mojej głowie pomysły na dalszy rozwój naszej firmy, plany na to co chcę napisać, stworzyć.

 

TUTAJ! przeczytasz o moich sposobach na długie podróże.

 

I już prawie…

Warszawa!

 

To co zapamiętane z dzieciństwa, to w czym się wychowaliśmy chyba już zawsze smakować będzie nam najbardziej. Matko, jak mi się tęskniło za polskim żurem, domową jajecznicą (wiem… wiem… w Grecji też są jaja, ale jajecznica w Polsce smakuje najlepiej!), białym serem, miodem pitnym, pierogami. Mogłabym wyliczać tak jeszcze długo.

 

TU! przeczytasz o 10 rzeczach najfajniejszych w Polsce.

 

Lublin!

Takie smakowitości – tylko w domu!

 

Jednak zawsze to, co dla mnie najbardziej wartościowe w powrotach do Polski, to spotkania z ludźmi. Mimo tego, że dzieli nas tyle kilometrów i często różne style życia, rozumiemy się bez słów i mimo upływu lat, nadal nadajemy na tych samych falach.

Z Lublina, przeskok do Poznania i tam do Wrześni, gdzie mieszka część mojej rodziny. Przy okazji, jeszcze w atmosferze przed Świętami, razem a Agnieszką z pracowni Mozaica we Wrześni, zorganizowałyśmy spotkanie o Korfu i o Grecji. Nagranie z tego spotkania możecie zobaczyć TU! na Facebooku. A tu niżej sympatyczny wywiad z tej okazji z lokalnej gazety.

 

Super pamiątka po naszej rozmowie w pracowni Mozaica

Brakowało mi też… wyjścia do studyjnego kina. Tu kino Muza w Poznaniu.

Jani też całkiem fajnie się w Polsce bawił 😀

 

Już tak będzie u nas chyba zawsze. Bardzo rodzinne Boże Narodzenie w Polsce, a dokładnie ostatniego dnia ubiegłego już roku, kolejny lot z Polski do Grecji. Nowy Rok spędziliśmy już w domu Sałatki.

 

TU! przeczytasz o tym jak Grecy spędzają Nowy Rok.

 

Noworoczne rozmowy w sałatkowym domu były zdominowane przez dwa szalenie pozytywne tematy. Był nim: nasza ostateczna przeprowadzka na Korfu i fakt, że Jani zostawił swoją starą pracę i… z końcem stycznia sałatkowa rodzina powiększy się o kolejnego członka. Olivka szczęśliwie doczekuje ostatniego miesiąca ciąży i przyjścia na świat synka. Wiele rzeczy w sałatkowym domu pozmieniało się od czasu, kiedy w moim życiu głównym tematem stała się  Korfu i wszystko związane z wyspą. Warto chyba zrobić małą aktualizację, jeśli macie ochotę poczytać, co dzieje się w greckiej części mojej rodziny obecnie.

Co prawda teoretycznie nie wierzę w takie rzeczy, ale nie mogłam ukryć radości. Szczęśliwa moneta, która znajduje się w noworocznym cieście vasilopta, tym razem była w moim kawałku, co zgodnie z tradycją mówi, że w tym roku ma mi dopisywać bardzo dużo szczęścia…

Tymczasem, podróży ciąg dalszy. Piszę ten post siedząc na statku, który za kilka chwil dobija już na Korfu. Kocham podróże, ale z radością odłożę moją podróżną walizkę na trochę…

 

 

 

Dlaczego Grek się złości?… środa, 18 grudnia 2019

 

 

Umówiliśmy się, że około piętnastej podjadę na lotnisko, chwilę przed tym przedzwonię do Nikosa, on wyjdzie i da mi tego pendrive’a. Były w nim zdjęcia wybrzeża Paleokastritsy, zrobione przez profesjonalnego fotografa, również te ujęcia o które najbardziej mi chodziło, czyli te wykonane z lotu ptaka.

Mam taki folder, który już od sześciu lat pokazuję naszym turystom, na chwilę przed tym jak wjeżdżamy do  Paleokastritsy (przeczytaj więcej TU!), żeby mogli zobaczyć jak wygląda samo wybrzeże. Co roku mam zrobić nowoczesny folder, z zupełnie już profesjonalnymi zdjęciami. I co roku tego nie robię. Wiem, że racjonalnie powinnam. Ale nie mam na to serca, bo ten stary, już wysłużony jest wypełniony nie tyle pięknymi zdjęciami, co ciepłymi emocjami. Na samym początku mojej pracy, kiedy zaczęliśmy wypływać do Rajskiej Plaży (zobacz TU!), dał mi go jeden ze sterników, dumny że sam zrobił większość zdjęć i koncepcja całego folderu też była jego. Nie jestem pewna, czy też w tym roku zrobię nowy folder…

Podjeżdżamy na lotnisko. Jest za dziesięć trzecia. Dzwonię do Nikosa. Telefon wyłączony, na Messangerze, też go nie ma. Czekamy jeszcze pięć, dziesięć minut. W końcu zgodnie stwierdzamy z Janim, że chyba nic z tego, więc pojedziemy coś na szybko zjeść i wracamy do domu. A na lotnisko podjechać mogę jutro.

 

Souvlaki i najróżniejsze pity, to rodzaj najbardziej popularnego w Grecji fast foodu. (Więcej przeczytacie TU!) Podczas gdy Jani pałaszuje swoją pitę, a ja jem moje kawałki mięsa, dzwoni telefon. O! Widzę, że to Nikos! Patrzę na zegarek. 15.35.

-Halo! Cześć Niko!

-Dorota… No, naprawdę… Nie można z tobą się dogadać… Byłaś na tym lotnisku?

-Jasne, że byłam! Byłam o trzeciej, zadzwoniłam wcześniej jak prosiłeś, ale twój telefon nie odpowiadał.

-Próbowałem się do ciebie dodzwonić, ale nie miałem zasięgu! Żarty chyba sobie jakieś robisz!… A gdzie ty w ogóle teraz jesteś?!?!

-Ja? Jem souvlaki

-Jak tak można? Dlaczego nie poczekałaś dłużej? Jak ja… – i tak toczy się mało logiczny monolog, z podniesionym stanowczo głosem, prawie już krzykiem. Nikos był wyraźnie wkurzony.

-Dobra, przestań. Podjadę jutro. Tylko będę wcześniej. Będę około 13, ok?

-Ok! Tylko pamiętaj, zadzwoń wcześniej…

 

Jani kończy już swoją pitę. I jak zwykle ma twarz i ręce w tzatzikach. Ja niczego nie potrafię jeść bez użycia noża i widelca i tak rozmyślam sobie, że on tak może. Jani jak zwykle skończył szybko, a ja jak zwykle mam jeszcze sporo do zjedzenia…

-Jani… – pytam – Ale to trochę jednak nielogiczne… Przecież byłam na czas, zadzwoniłam tak jak  się umawialiśmy wcześniej. A to on był niedostępny. Oddzwonił dopiero pół godziny później. To Nikos nawalił, nie ja. Więc dlaczego to on się na mnie wkurza? Jak to działa?

-No przecież to jasne, że to on nawalił! Ale zaplanował sobie, żeby być pierwszym!

-Co? Pierwszym? Ale w czym?

-Zaczął na ciebie krzyczeć, żebyś ty jeszcze nie zdążyła!

-Hahaha! Co ty opowiadasz? Jak to działa?

-A tak, że był przekonany, że jak już się zdzwonicie, to ty pierwsza będziesz na niego krzyczeć, bo masz powód. Więc żeby tego uniknąć, chciał być pierwszy. I zaczął wrzeszczeć, tak że ty już w zasadzie nie bardzo mogłaś, bo zbił cię z tropu.

-Ach… Więc to tak…

-Tak, stary numer. Często jest tak, że jak ktoś zawinił, to zaczyna wrzeszczeć jako pierwszy. I wtedy ten co ma racje, nie wie co się dzieje, jest zbity z tropu i zapomina o tym, że w planach miał wrzeszczeć jako pierwszy…

-Hahaha! Naprawdę, ty mówisz serio? Czyli jak w czymś zawinię, coś nawalę, to kiedy dojdzie do konfrontacji, od razu mam wrzeszczeć?

-Tak, mówię ci to działa! Im szybciej zaczniesz wrzeszczeć, tym dla ciebie lepiej…

 

 

JESIEŃ NA KORFU – filmik… piątek, 13 grudnia 2019

 

Jak na Korfu wygląda jesień? Jaka jest wtedy pogoda? Jak jesienią wygląda miasto Korfu? Co takiego robię, kiedy zakończy się już turystyczny sezon na Korfu? O tym wszystkim w tym filmiku…

 

 

Przewodnik po mieście Korfu jest TU!

TUTAJ! znajdziesz filmik o rejsach w Paleokastritsa.

A TU! jest nasz filmik z zamku Angelocastro.

 

 

 

Pierwsza jesień na Korfu. I pojawił się pierwszy problem… niedziela, 8 grudnia 2019

 

Mój wróg numer jeden…

 

Powoli mija moja pierwsza jesień na Korfu, która niepostrzeżenie przechodzi już w zimę. Na Korfu mieszka mi się genialnie i wciąż, nadal, niezmiennie, czuję się tutaj jak ryba w wodzie. Wiedziałam jednak, że nie wprowadzam się do raju. Prędzej czy później, pojawią się rzeczy, które będą mi przeszkadzać. Jeśliby przeanalizować grecką i wyspiarską rzeczywistość, mogłabym spisać ich całą listę. Byłaby tak długa, że powinnam ją zapisać na papierze toaletowym, który chwilę później powinien znaleźć się tam gdzie jego miejsce, czyli w ściekach. Bo właśnie tam jest miejsce dla wszelakiego typu narzekań.

A propos TU! przeczytacie o tym, dlaczego papieru toaletowego nie wrzuca się w Grecji do klozetu.

Moim zdaniem narzekać można tylko na rzeczy, które chwile później chce się zmienić. A jeśli czegoś zmienić nie można, trzeba to zaakceptować. Pewnie zastanawiacie się, co takiego mnie na Korfu denerwuje? Za żadne skarby nie zgadniecie. Wcale nie chodzi o stan dróg, jak prowadzą tu swoje auta kierowcy, że jest za dużo bezdomnych zwierząt, czy że szwankuje organizacja. Ja osobiście, wszystko to jestem w stanie zaakceptować. Serio. Aż tak bardzo mi to nie przeszkadza.

A denerwuje mnie piekielnie… Wściekam się już na sam widok… PLASTIKOWEJ BUTELKI! Jest tak z dwóch powodów…

Nie jest tajemnicą, że mieszkańcy Korfu często nie radzą sobie z wywozem śmieci. W Polsce problem segregacji śmieci jest super rozwiązany. I za każdym razem, kiedy jestem w Polsce naprawdę doceniam fakt, że mam taką szczególnie fajną możliwość wywalić plastikową butelkę do odpowiedniego kosza, gdzie moja plastikowa butelka znajdzie się w jednym pojemniku z jej licznymi koleżankami. Na Korfu – aż takich luksusów nie mamy. Plastikowe butelki wywala się do niebieskich pojemników, gdzie są najróżniejsze  inne odpady nadające się do recyklingu. Bóg jeden raczy wiedzieć, czy moja plastikowa butelka, którą tam wrzucam, rzeczywiście będzie miała później zapewnioną odpowiednią opiekę. Realistyczne podejście do świata, podpowiada mi, że niestety ale nie. Nic z tych rzeczy.  Trochę się naszukałam, ale ostatecznie nie znalazłam na wyspie żadnego pojemnika, do którego można wrzucać jedynie plastikowe butelki. Co prawda teoretycznie jest jeden. Przy dużym markecie popularnej w Grecji sieci AB. Ten jednak zawsze, ale to zawsze jest niestety pełny. Logiczne. Jeden taki pojemnik na 35-cio tysięczne miasto Korfu. Kropla w oceanie potrzeb.

Ostatecznie, wiem, że to nie jest koniec świata. I plastikowe odpady wrzucamy do niebieskich pojemników na śmieci, które nadają się do recyklingu. Jednak problem z plastikowymi butelkami, jest znacznie większy niż jedynie ich recykling. Woda, którą pijemy z plastikowych butelek, przechodzi tym właśnie plastikiem.

Jakiś czas temu, moja siostra podesłała mi link do filmiku Kasi Bosackiej o plastiku, z jej kanału na You Tube. Uważam, że każda osoba, której nie jest obojętne jej zdrowie, powinna teraz kliknąć w ten filmik i posłuchać co Kasia Bosacka ma do powiedzenia w temacie:

 

 

No i właśnie… Tu pojawia się dla mnie największy problem… Czy mieszkając na Korfu, jestem skazana na picie tego cholernego plastiku? Woda z kranu na Korfu nie nadaje się do picia. Nie tyle, że w wielu miejscach jest słona, co ma w sobie trujące dla człowieka składniki. Wiele osób nie gotuje nawet w wodzie kranowej ziemniaków, czy też ryżu. Nie pije się jej, nie można robić ani kawy, ani herbaty. Nie wskazane jest nawet gotowanie na  niej zup. Nie nadaje się do picia również po przegotowaniu. Służy jedynie właściwie do mycia.  Picie wody kranowej, co jest standardem w Grecji kontynentalnej, więc odpada. Nasze mieszkanie wynajmujemy, więc nie chcemy zakładać drogich i nie wiem na ile skutecznych filtrów. Co pozostaje??? Jani wpadł na pomysł, żeby poszukać jakiegoś źródła i od czasu do czasu, pobierać stamtąd wodę. Pomysł dobry, ale gdzie mielibyśmy trzymać tę wodę? Drewnianych beczek nie mamy, więc znów zostają butelki plastikowe. I tu koło się zamyka. Na chwilę obecną jestem skazana na picie razem z wodą plastiku…

Żaden inny pomysł nie wpada mi do głowy. Ale mam mądrych Czytelników. Czy macie może jakiś pomysł??? Jakieś rozwiązanie??? Skąd na Korfu możemy brać wodę do picia, jeśli nie z plastikowych butelek?

 

TU! możecie przeczytać wszystko o “mati”, czyli o tym dlaczego Greków boli głowa…

 

Co działo się u mnie w listopadzie?… czwartek, 5 grudnia 2019

 

Tak miałam się w listopadzie! 😀

 

Listopad, który właśnie minął, był dla mnie miesiącem odrodzenia. I po bardzo intensywnym sezonie i po ciężkim, kilkuletnim okresie życia. Potrzebowałam dobrych kilku tygodni, żeby po letnim tajfunie pracy dojść do siebie. Tylko, że… No właśnie… Nie wiem czy wy też tak macie, ale ja nie potrafię w domu odpoczywać. W domu zawsze znajdzie się coś do roboty. A to coś sprzątnąć, a to ugotować, a to dokupić, albo nareperować. A szczególnie w domu, do którego właśnie się wprowadziliśmy…

 

TU! przeczytasz o moim kryzysie na mojej greckiej emigracji.

 

To już taki mój naturalny rytm, że chwila po skończeniu sezonu, dokończeniu również całego stosu spraw formalnych, pakuje walizę i wylatuje do miejsca, o którym marzyłam przez cały letni sezon.

Ponieważ jesteśmy na wyspie, rzut beretem od morza, kocham wypoczywać w dużych miastach, w których wiele się dzieje. Dowiadywać się i patrzeć na coś zupełnie nowego. Florencja marzyła mi się już od dłuższego czasu. Z trzech powodów… Przez renesans. Spaghetti i kawę!

Przez dłuższy czas bardzo tęskniło mi się do Sztuki przez wielkie „s”. Nie z przypadku, ale przemyślanego i konsekwentnego życiowego wyboru, z wykształcenia jestem historykiem sztuki. Chciałam znów patrzeć na piękne budowle, rzeźby i niesamowite obrazy. Co prawda oficjalnie jestem fanką kuchni greckiej, ale szeptem zdradzę wam, że wolę kuchnię włoską… Natomiast kawa… Ten powód chyba nie wymaga komentarza…

 

Katedra we Florencji i słynna kopuła

Fasada katedry we Florencji

Widok na miasto

Jedna z florenckich uliczek

 

Ta tygodniowa podróż do Florencji i Mediolanu, była moim osobistym odrodzeniem. Ponownie zakochałam się w tym kraju i chcę do niego znów wrócić. Była to jedna z najpiękniejszych podróży jakie w życiu odbyłam. Największą dla mnie wartością Florencji jest rzecz jasna, niesamowita sztuka, ale również i to, że piękno kryje się tam w każdym, zwykłym zakamarku. W tym jak wyglądają najzwyklejsze ulice. W tym jak ubierają się i jak zachowują się ludzie. I w tym jak tam smakuje najbardziej nawet pospolite jedzenie. Sztuka, to nie tylko obrazy, które wiszą na ścianach muzeów. Sztuka to również codzienne, zwykłe życie.

Widzieliśmy dzieła Leonarda, Michała Anioła i Rafaela. Do teraz nurtuje mnie jak zbudowano kopułę florenckiej katedry. Kilka chwil spędziliśmy również w Mediolanie, który zachwycił mnie tak otwartym podejściem do odmienności i do mody.

 

Pomnik Dantego

W tym tkwi sztuka! Dbałość o każdy detal!

Te dzieła sztuki w rzeczywistości wyglądają niesamowicie…

Katedra w Mediolanie

Sklepienie mediolańskiej katedry

Witryna sklepu Dolce and Gabbana

To było tak pyszne!

 

Codziennie przy tym jedliśmy pizzę, na przemian ze spaghetti. I do teraz rozmyślam o tym, co do kawy dodają Włosi, że jest tak pyszna.

Tego mi było trzeba. Ta podróż była moim prawdziwym odrodzeniem.

 

TU! przeczytasz o 10 faktach o mnie.

 

Jeszcze tak niedawno, kilka miesięcy temu, marzyłam o takich zwykłych rzeczach, które będę robić tu na Korfu, kiedy uda nam się zamieszkać tu na stałe. Że owoce i warzywa zawsze będziemy kupować na miejskim targu, tuż przy Nowej Fortecy. Że każde sobotnie przed i popołudnie będę spędzać załatwiając najróżniejsze sprawy w mieście Korfu. Że co jakiś czas będę biegać w parku Mon Repos. I że będę mieszkać rzut beretem od miasta, w jakimś niezwykłym miejscu.

Wszystko to już stało się rzeczywistością. I każdego dnia, kiedy naprawdę dzieją się wszystkie te rzeczy, nadal nie mogę się nadziwić, że to już jest prawda. Odżywam. Całą sobą…

 

Paleokastritsa w listopadzie… Latem tym molo nie da się przejść.

A w mieście Korfu, zawsze się dzieje! Nawet jesienią.

 

TU! zobaczysz filmik o mieście Korfu.

 

Jesień i zima to czas, w którym powracam do rzeczy, na które nie ma czasu latem. Do mojej codzienności wróciło zdrowe odżywianie. Soki i smoothie pojawiają się u nas każdego dnia, przez co kilogramami pochłaniamy warzywa i owoce w najróżniejszych postaciach. Wraz z zakończeniem sezonu zapisałam się na jogę i jazdę konno. Marzyłam żeby powrócić do jazy konno od dłuższego czasu. Czytam i z miską popcornu oglądam stare klasyki kina. Pierwszy raz też widzę Korfu w wersji jesiennej i pierwszy raz widzę moich znajomych i przyjaciół z Korfu, w kurtkach i szalikach. Może wydawać się to śmieszne, ale dla mnie to naprawdę niesamowite.

 

TU! przeczytasz o pietruszkowym smoothie.

 

I dalej już… tylko do przodu!