Olivka, Pestek i niebezpieczne bakterie… sobota, 15 lutego 2020

 

Zdjęcie: Katarzyna Wszołek

 

Siedzieliśmy spięci i nienaturalnie wyprostowani. Nie mogłam uwierzyć, że my naprawdę, zupełnie serio, mamy na sobie maski. Przecież to czysty nonsens… Pieprz raz jeszcze spytał się, czy na pewno odkaziliśmy ręce, po czym poszedł do pokoju, gdzie Olivka karmiła nowo-narodzonego Pestka. Kiedy tylko słychać było delikatne zamknięcie drzwi, Feta mocno odetchnęła.

-Ściągajcie te głupie maski, przecież to niedorzeczne – od razu po ściągnięciu, zeszło z ciała również i napięcie.

-W tym domu nie da się wytrzymać – powiedziała – Tego nie da się wytrzymać. A ja tak bardzo się cieszyłam, że zostanę babcią… Że będzie tak cudownie…

 

*

 

Olivka zaszła w ciążę. Mówiła zupełnie otwarcie. Wcale jej się ani nie śpieszyło, ani nie czuła instynktu macierzyństwa. Po prostu przyszedł taki moment, że razem z Pieprzem zdecydowali się na dziecko. Ciąża przeszła książkowo i odliczając jak w kalendarzu, dokładnie po dziewięciu miesiącach, przyszedł na świat mały Pestek. Śliczny, zdrowy noworodek o wadze prawie trzech kilogramów. Poród nie był ciężki, więc dość szybko Olivka i Pestek wrócili do swojego domu.

Pierwszy przedstawiciel nowego pokolenia sałatkowej rodziny – Pestek. Jak zapewne się domyślacie, wszyscy byli przeszczęśliwi. Już kilka miesięcy wcześniej przyszła babcia, czyli Feta z namaszczeniem zaczęła  kolekcjonować dla małego wyprawkę. Ręczniczki. Malutkie śpioszki. Ręcznie wyszywane akcesoria. Przyszły pradziadek, czyli Oregano, przeznaczył całą swoją miesięczną emeryturę, żeby wręczyć na potrzeby pierwszego prawnuka. Nikt jednak nie cieszył się tak bardzo jak mąż Olivki, czyli Pieprz.  Pieprz dosłownie zwariował ze szczęścia…

 

*

 

-Czy na pewno odkaziliście dokładnie ręce? – spytał Pieprz, kiedy już wyszedł z pokoju Olivki.

-No, tak… – odpowiedzieliśmy zgodnie z Janim, jednocześnie prostując znów plecy i nakładając z powrotem na usta i nos maski.

Pieprz w tym momencie, jakby nie wiedząc co ma robić z rękami, chwycił wielką butlę z żelem antybakteryjnym, kilka pompek i wysmarował nim ręce, aż po same łokcie.

-Pieprz… – zaczęła Feta – Po co znów je odkażasz, przecież niczego jeszcze nawet nie dotknąłeś?

-Ale wie mama… Lepiej… Lepiej zwłaszcza na samym początku być przezornym, niż coś zaniedbać…

-Tak… Tak… – przytaknęła Feta i spojrzała na mnie porozumiewawczym wzrokiem.

-No… A co tam u was słychać? Wszystko na Korfu dobrze? – spytał nas Pieprz.

-Tak, wszystko jest naprawdę bardzo dobrze. A czy mówiłam ci, że..

-A! Zapomniałbym! – Pieprz znowu spojrzał na Fetę – A te nowe śpioszki, to mama przeprasowała dwa razy, tak jak prosiłem?

-Tak, dwa razy, tak jak prosiłeś!

-Ale nie prała mama z innymi ubraniami, tylko osobno, zgadza się?

-Już mi o tym przypominałeś dwa razy. Tak, uprałam je osobno.

-Lepiej zwłaszcza na samym początku być przezornym, niż… – zaczął Pieprz.

-…coś zaniedbać… – dokończyła za niego Feta, po czym dodała:

-Wiesz co synku… Ja to chyba muszę się przewietrzyć! Dorota z Janim, to też chętnie napiliby się kawy! Co?

-Szczerze mówiąc, ja bardzo chętnie… – powiedziałam i zupełnie nieświadomie, zsunęłam z ust moją maskę.

-Nie!!! Nie wolno ściągać! Jechaliście metrem. Możecie mieć niebezpieczne bakterie! – zawołał Pieprz.

-Chodźcie, idziemy! – powiedziała zdecydowanie Feta i tym samym wstała z kanapy.

Chwilę później staliśmy już u drzwi. Jeszcze na pożegnanie, Pieprz zawołał:

-Mamo, tylko niech mama pamięta, żeby jak mama wróci, to żeby zmienić ubranie. A buty to najlepiej przebrać na klatce schodowej.

Bachhhhhhhhh! Feta z całej siły zatrzasnęła o framugę drzwiami. Jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Moja teściowa zawsze była świątynią spokoju.

 

*

 

-I tak jest codziennie. Dzień w dzień… – zaczęła Feta, wyjmując jednocześnie ze swojej eleganckiej torebki paczkę papierosów – Cholera, już mi się fajki kończą. Wiecie, tutaj za rogiem jest taka dobra tawerna. Idziemy coś zjeść. A w dupie mam! Jani, idziemy! Ja stawiam! Po drodze muszę tylko jeszcze sobie kupić dwie paczki fajek na zapas.

 

Był sobotni wieczór. I tawerna, o której myślała Feta, pękała w szwach. Poczekaliśmy w kolejce jakieś dwadzieścia minut, w trakcie których Feta paliła papieros za papierosem. W środku tawerny kelner z tacą pełną naczyń, jak ryba przepływająca między wodorostami, prześlizgiwał się między stolikami. W końcu weszliśmy do środka. Zapachniało. Owocami morza… A przy tym… Pomidorem… Ogórkiem… Fetą… Oliwą z oliwek…

-Aaaach… W końcu… – powiedziała na wydechu Feta i chwyciła do rąk kartę dań.

Chwilę później złożyliśmy zamówienie. Na stoliku w mgnieniu oka pojawiło się wino, a nieco później przystawki.

-Pieprz dostał na głowę – zaczęła Feta – Nie mam pojęcia skąd mu się to wzięło, ale wprowadził w domu dosłownie terror. Buty można zdejmować tylko na klatce schodowej. Jak wchodzi się do mieszkania to trzeba od razu zmieniać ubranie na te, które jest tylko po domu. On wychodzi z domu, dwa / trzy razy w ciągu dnia. Idzie kupować małemu różne nowe rzeczy. Mamy ich już cały stos! I mało tego, że za każdym razem kiedy wraca, zmienia ciuchy, to każe mi je na dodatek wszystkie prać! Mam całe góry jego ubrań do prania, a później prasowania. Wysiadło już jedno żelazko. Po dotknięciu czegokolwiek, co może być uznane za siedlisko niebezpiecznych bakterii, a wliczamy w to: telefony komórkowe, pilot od telewizora, klamki od drzwi, zakupy z zewnątrz i cała lista innych przedmiotów, każe odkażać ręce. Zobaczcie na moje dłonie. Już mi od tego żelu skóra pęka. Na dodatek wszyscy, którzy przychodzą z zewnątrz mają nosić na sobie maski! Mnie nie wolno trzymać dziecka, bo przecież może mi wypaść. Podobno, od czasu kiedy Jani i Olivka byli mali,  zmieniło się wiele  i ja nie wiem jak prawidłowo trzymać dziecko. Ostatnio dostał szału jak zobaczył, że w lodówce jajka stały blisko warzyw!  To jest jakiś horror!

Feta wyrzuciła z siebie wszystko jednym wydechem, po czym zabrała się za jedzenie.

-A Olivka – spytałam – Co ona na to?

-Jest między młotem, a kowadłem. Sama nie wytrzymuje tych niekończących się reguł, na dodatek ma trudności w karmieniu piersią i zmiany nastrojów. Ja  z  jednej strony chcę jej pomagać i ją wspierać, ale z drugiej – mam swoje granice! Czegoś takiego naprawdę nie mogłam się spodziewać… A myślałam, że będzie tak cudownie… Mój pierwszy wnunio! Że będziemy wszyscy razem. Że będę Olivce pomagać… Że będziemy go kąpać, przebierać, a on będzie tak słodko łkać… I że będę mu nakładać na stópki te słodkie skarpetusie, co je wyszywałam jak była w ciąży… Na ten właśnie moment, czekałam całymi latami… Miało być zupełnie, zupełnie inaczej…

Siedzieliśmy i gadaliśmy do północy. Tawerna była rzeczywiście rewelacyjna, a jedzenie szczególnie pyszne. Kiedy zrobiło się naprawdę późno, odprowadziliśmy Fetę do domu Olivki i Pieprza. Jeszcze przed wejściem do budynku wypaliła ostatniego papierosa.

My poszliśmy spać do hotelu. Mimo tego, że z Korfu do Aten przyjechaliśmy na zaproszenie, zgodnie z regułami Pieprza nie mogliśmy spać w domu, ponieważ mogliśmy mieć na sobie niebezpieczne dla dziecka bakterie. „A zwłaszcza na samym początku lepiej być przezornym, niż coś zaniedbać…”. Ostatecznie małego Pestka widziałam przez całe sześćdziesiąt sekund, z odległości w miarę bezpiecznego metra.

 

I Feta, i ja tak samo, i tak wiele z nas, kochamy montować sobie w głowach najróżniejsze filmy. I później żyć w ich świecie. Jak to będzie super… Jak będzie cudownie… Jak to będzie fajnie… „GDY”! I właśnie wtedy życie uwielbia płatać najbardziej zmyśle figle…

 

TU! przeczytasz o tym kto, jest kim w sałatkowej rodzinie.

TU! przeczytasz o mojej teściowej Fecie.

TU! przeczytasz o chrzcie w Grecji.

 

 

 

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – 10 greckich sposobów na szczęście… poniedziałek, 22 stycznia 2018

Widok z wyspy Amorgos

Po przedostatnim wpisie na temat kieratu pracy i niedoczasu (kliknij TU!), na blogu jak i na sałatkowym Facebooku, wywiązała się burzliwa dyskusja na temat czasu, pieniędzy, stylu życia i zwyczajnie… szczęścia. Dla jednych grecki styl życia, jest idealną alternatywą wiecznego zagonienia i jednocześnie czymś, czego można Grekom pozazdrościć. Dla innych, jest czymś zupełnie niemożliwym do zrealizowania w dzisiejszych wiecznie zagonionych za bytem, czasach.

Nic w życiu nie jest ani czarne, ani białe. I prawda zazwyczaj jest gdzieś pośrodku. Nie ważne, za którą stroną się opowiadacie. Z pewnością Grecy, wypracowali sobie kilka fantastycznych patentów na życiowe wyluzowanie, cieszenie się wszystkim, na rozsmakowywanie się w codzienności. Wszystkim tym, co zwyczajowo nazywamy szczęściem. W dzisiejszym poście – 10 greckich sposobów na szczęście!

1: W RODZINIE SIŁA

Grecy ogromną ilość czasu autentycznie spędzają ze swoimi rodzinami i gronem przyjaciół. Co mam na myśli pisząc „autentycznie”? Nie są to kontakty tylko w święta i rodzinne okoliczności. Ale żywy kontakt i aktywne uczestniczenie w swoim życiu. Każdy, kto kiedyś miał do czynienia z typową grecką rodziną wie, że potrafią w tym również przesadzać, ale to temat na inny post. Tutaj naprawdę każdy ma ze sobą świetny kontakt, a rodziny są silne niczym gangi. Każdy każdemu pomaga. A kiedy ktoś ma problem – jak kawę na ławę wykłada się wszystko podczas zwykłego, codziennego obiadu. Psychoterapeuci muszą mieć w Grecji spory problem ze znalezieniem potencjalnych klientów… Nikt przecież nie pomoże tak skutecznie jak najbliższa rodzina i przyjaciele.

2: DELEKTOWANIE SIĘ JEDZENIEM

Jedzenie jest w Grecji najprawdziwszą manią. Grecy kochają jeść i trudno im się dziwić, bo kuchnię mają rewelacyjną! Na jedzeniu spędzają ogromną ilość czasu. Wieczorne wyjście do tawerny, jest traktowane na równi z wyjściem do teatru. Każdy ubiera się odświętnie i na takie wyjście lepiej zarezerowować kilka bitych godzin. Z pokaźną ilością współbiesiadników wszyscy dosłownie rozsmakowują się w jedzeniu, dyskutując o nim całymi godzinami. Ja też, właściwie po pierwszej wizycie w tradycyjnej greckiej tawernie, odkryłam że to jedznie potrafi być źródłem szczęścia.

TUTAJ! przeczytasz o tym jak wygląda biesiada w tradycyjnej greckiej tawernie.

3: SEKS

Nie jest to nawet tajemnicą poliszynela, że Grecy kochają się kochać i potrafią bez  ogródek o tym rozmawiać. Jeśli ktoś jest smutny, grymasi, marudzi, ogólnie rzecz ujmując – trudno jest z tą osobą wytrzymać, pół żartem, ale bardziej serio, mówi się w Grecji, że tej osobie brakuje seksu. I wiecie… Chyba coś w tym jest! Seks to przecież samo szczęście!

4: ROBIENIE WIELKIEGO NIC

Mam skłonność do pracoholizmu. Uwielbiam przy tym moją pracę i bywają momenty, że potrafię się w niej zatracić. Idealną dla mnie równowagą są kontakty z moimi greckimi przyjaciółmi i znajomymi. Często robimy jedno wielkie nic. Leżymy bykiem na kanapie, śmiejemy się i gadamy o totalnych głupotach. Albo godzinami siedzimy przy kawie. Takie robienie niczego jest dla mnie jak ładowanie baterii i od czasu do czasu jest naprawdę potrzebne do życiowej równowagi.

5: KONTAKT Z NATURĄ

Nigdy nie należałam do wielkich fanów natury. Nie widziałam niczego szczegółnego w spacerach po lesie, wspinaczcne po górach  czy też wędrowaniu na łonie natury. To się zmieniło po przeprowadzce do Grecji. Po pierwsze, Grecja ma całą masę przepięknych miejsc, gdzie człowiek jest blisko natury, a po drugie Grecy kochają kontakt z przyrodą. I to właśnie w Grecji pierwszy raz odkryłam przyjemność z kontaktu z naturą.

TU! przeczytasz na temat punktu widokowego na Korfu, nazywanego Cape Drastis.

6: PRAKTYKOWANIE RUTYNY

Grecy raczej nie kojarzą się Wam z ludźmi zorganizowanymi. Ten stereotyp nie jest tak do końca prawdziwy. W Grecji obiad zawsze jest punkt 14.00, kiedy też (zawsze punktualnie!) zamykane są sklepy. W czasie sjesty sąsiad jest w stanie zadzwonić na policję, kiedy słyszy że ktoś wbija w ścianie gwoździe. W niedzielę nie robi się nic i pozamykane są nawet stacje benzynowe. Grecy żyją zgodnie ze swoją rutyną. Wiadomo tu: co, kiedy i o której godzinie. Moim zdaniem – jest  to kolejny element greckiego szczęścia.

TU! przeczytasz wszystko o greckiej sjeście.

7: AKCEPTOWANIE SWOICH SŁABOŚCI

Każdy ma coś za uszami. Nikt nie jest idealny. Ja dla przykładu mam momenty, kiedy strasznie się guzdram i przez to (czego sama nie lubię) czasem się spóźniam. W naszej Sałatkowej rodzinie wszysty o tym wiedzą i jest to częsty powód do żartów, które mnie samą bawią aż do ataku śmiechu. Najróżniejsze ludzkie słabości, przywary, wady często są tu powodem do śmiechu. Nie robi się z nich problemu.  Ok, trzeba nad sobą pracować, ale w końcu też jesteśmy tylko ludźmi. Fajne w Grekach jest to, że swoje wady potrafią po pierwsze oswoić, a po drugie – nawet i je polubić.

8: CELEBROWANIE

Spróbuj no tylko zapomnieć o imieninach swojej teściowej, szwagierki, znajomego…! Grecy tak na 1000% obchodzą imieniny, urodziny, rocznice, święta, uroczystości, itp. Pamiętają o nich, odpowiednio się przygotowują i jak nikt inny – świętują na całego. I to jest super! Im więcej powodów do świętowania tym… więcej szczęścia!

TU! przeczytasz wszystko o greckich imionach.

9: ŚMIECH

Jeśli tylko znajdzie się najmniejszy powód do żartów, to typowy Grek wykorzysta go na całego. Ktoś coś powiedział, zrobił, pomylił się. Dowcipy, żarty, niezliczona ilość komedii, programów, parodii, reklam w tv, czy też najzwyklejszych rozmów. Grecy uwielbiają się śmiać i znajdą wszędzie powód, żeby śmiać się jak najwięcej.

10: MORZE

Na sam koniec pozwolę sobie na prywatę. Jedną z rzeczy, która przynosi mi codziennie poczucie szczęścia, jest gapienie się i kontakt z morzem. Nie mam pojęcia dlaczego tak jest… Ale podobnie ma wielu Greków. Odczuwam błogostan, kiedy patrzę na delikatnie falującą powierzchnię morza. To, jak pobłyskują na niej promienie słońca. Uwielbiam jednostajny szum fal, słony morski zapach i wszystkie morskie smakołyki. Dla mnie kontakt z morzem, jest jednym z elementów codziennego szczęścia.

A jakie są TWOJE? Twoje sposoby, by czuć jak najczęściej szczęście???