Zacznij dzień od „kalimera”!… poniedziałek, 4 stycznia 2021

 

Ja w autobusie, czyli tam gdzie jest moje miejsce! 😀

 

Było to dobrych kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze na początku mojej pracy na Korfu. Był wczesny ranek, stałam na drodze i czekałam na autobus, który zbierał naszych turystów mieszkających na północy wyspy. Zgodnie z planem, miałam wejść do  autobusu i podjechać z połową naszej grupy do Kanoni (przeczytaj więcej TU!), gdzie miała do nas dołączyć druga połowa turystów, mieszkająca na południu Korfu. Wtedy mogliśmy rozpocząć już wycieczkę  (TU! zapoznasz się z ofertą naszych wycieczek po Korfu).

Kierowcą autobusu, który miał mnie odebrać był Marko. Bardzo drobnej postury, zawsze lekko zgarbiony, z wielkimi zębami każdy w inną stronę. Najpewniej przez swój nietypowy wygląd, Marko był częstym tematem żartów innych kierowców. Dla mnie natomiast był przede wszystkim nieomylnym mistrzem w układaniu planów zbiórek z rozsianych po całej północnej części Korfu hoteli. Niezliczoną ilość razy,  późnymi wieczorami Marko odbierał każdy mój telefon, żeby ułożyć godziny zbiórek dla naszych turystów. Robił to z dokładnością, co do minuty! Tak po prostu, zawsze bardzo lubiłam tego człowieka. Z wzajemnością.

– Kalimera! [Czyli „dzień dobry” po grecku] Marko! Jak tam? Co tam? – powiedziałam i przepytałam, kiedy tylko otworzyły się drzwi autobusu, a przy kierownicy zobaczyłam wielki uśmiech z wielkimi, powykrzywianymi zębami.

– No cześć, cześć! Wsiadaj mała! Ruszamy, bo za chwilę jest zielone!

Usiadłam na fotelu pilota i jak zawsze pod przednią szybę położyłam moją torebkę. Na kolanach trzymałam listę uczestników. Nie zdążył mi odpowiedzieć, kiedy zabrzęczał jego telefon. Marko odebrał. Odpowiadał jedynie: „tak, tak, ok, za  trzy do pięciu minut”. Po drugiej stronie słuchawki słuchać było jeden wielki bezkształtny wrzask, arogancki bełkot.  Dzwonił kierowca, którzy właśnie wiózł naszą grupę z południa i najwidoczniej chciał ustalić co i jak.

Marko wyłączył telefon. Wyjął słuchawkę z ucha, z ulgą – najwyraźniej miał nieco nadwyrężone bębenki słuchowe. Popatrzył chwilę przed siebie, jakby po to by się nieco otrząsnąć po tej niemiłej rozmowie. Po chwili odwrócił się i powiedział do mnie, spokojnym i wyraźnym głosem:

– Wiesz, w mojej wsi jest taka zasada, że kiedy zobaczysz, albo usłyszysz kogoś pierwszy raz rano, to mówisz do niego kali – mera! To taka stara, grecka zasada. Zresztą chyba obowiązuje na całym świecie. Ładna zasada. Warto jej przestrzegać, nie sądzisz?

Nie wiedziałam jak to skomentować. Powściągliwa klasa tego co powiedział ten prosty  człowiek, zbiła mnie z tropu. Potrzebowałam kilku chwil, żeby całość raz jeszcze przetrawić. Później zaczęliśmy rozmawiać o głupotach i zaczął się naprawdę świetny dzień.

 

Minęło kilka dni, a to drobne wydarzenie mocno zakorzeniło mi się w głowie. W Grecji żadne spotkanie nie może się obyć bez „small talk”, ale zaczęłam zwracać uwagę na to, jak tutaj ludzie mówią sobie „dzień dobry”, jak się witają i jak się do siebie zwracają. Od tego momentu za każdym razem, kiedy kogoś spotykałam zwracałam jeszcze większą uwagę, jak wypowiadam te słowa. Mimo, że przecież komentarz Marko wcale nie był skierowany do mnie, od tego incydentu za każdym razem starałam się żeby naprawdę, z głębi serca życzyć drugiej osobie: dobrego dnia. Zaczęłam myśleć o tych dwóch prostych słowach i traktować je jako zaklęcie, żeby osobie, do której je wypowiadam naprawdę tego dnia się szczęściło. Słowa mają potężną moc. A jeszcze większą to, w jaki sposób je wypowiadamy.

Po kilku tygodniach chyba weszło mi to w krew, stało się zwyczajem. Że cokolwiek by się nie działo i do kogokolwiek to mówię, zawsze mówiąc kalimera, głęboko patrzę w oczy, szeroko się uśmiecham, mówię życzliwie, głośno i wyraźnie.

Nie wiem co w tym jest, ale energia która wtedy się rodzi, najwidoczniej powoduje, że znacznie przyjemniejsza robi się każda rozmowa. Że to co dobrego daje, wraca do mnie z podwójnie.

Do dziś w pracy konflikty zdarzają się mi bardzo rzadko. I mam poczucie, że ludzie mi sprzyjają. Mam wrażenie, że słówko kalimera i to jak je wypowiadam otworzyło mi już wiele różnych drzwi i ułatwiło budowanie wielu dobrych relacji. Nie działa to oczywiście na wszystkich, bo od każdej reguły są wyjątki. Ale większość osób zmienia do nas nastawienie, jeśli się do nich uśmiechnie i głęboko, ze zdrową ciekawością drugiego człowieka, spojrzy w oczy.

 

***

 

Był parny, upalny dzień, już końcówki sezonu. Wszyscy z załogi również psychicznie byli bardzo zmęczeni. Weszłam na statek. Za kilka chwil mieliśmy płynąć na Paksos (TU! przeczytasz więcej).

– Spirooo! Kaaalimeraaa!!! Jak się masz? – spytałam jednego z dwóch barmanów na statku – Mam do ciebie wielką prośbę. Czy możesz zrobić mi kawę?

– Wiesz co ci powiem… Na statek weszło dziś tyle osób. Ale dziś jesteś pierwszą, która powiedziała kalimera. To miłe. Dzień dobry! Dziękuję! Mam się dobrze! A ty? Tak, już robię ci kawę! Na jaką tylko masz ochotę!

 

 

 

Mój przewodnik po KORFU. Tu możesz go kupić!

 

 

W tym sezonie stuknęło mi już siedem lat pracy jako pilot wycieczek po wyspie Korfu. Siedem pięknych lat, podczas których każdy dzień przynosił nowe doświadczenia, pozwalał na uczenie się czegoś nowego. Obecnie Korfu jest moim domem, miejscem które świadomie wybrałam, by zarzucić moją życiową kotwicę.

„Korfu. Przewodnik po raju” jest książką, w której dzielę się moją wiedzą na temat tej wyspy. Znajduje się w niej zbiór najważniejszych informacji, które przydadzą się wszystkim osobom, chcącym odwiedzić Korfu. Ten przewodnik będzie znakomitym kompasem dla podróżników, którzy chcą świadomie zwiedzać wyspę. Pomoże turystom, którzy  chcą w pełni poznać urok rajskiej Korfu. Spodoba się osobom, które poszukują inspiracji do odkrywania nowych, niezwykłych miejsc.

 

Co znajdziesz w tym przewodniku?

„Korfu. Przewodnik po raju” jest obecnie wydany w formie e-booka. Liczy 241 stron i jest zilustrowany 154 barwnymi fotografiami. Całość podzielona jest na tematyczne rozdziały, dzięki czemu łatwo się jest po nim poruszać.

Znajdziesz w nim informacje na temat geografii, pogody, historii wyspy. W przewodniku znajdują się opisy wszystkich najważniejszych zabytków oraz najpiękniejszych miejsc na Korfu. Są też informacje o ważnych dla wyspy osobach, filmach, które nakręcone zostały na wyspie oraz książkach, które inspirowane były Korfu. Znajdują się również informacje o tutejszej kuchni oraz zestaw najważniejszych ciekawostek i praktycznych wskazówek.

Dokładny spis treści całego przewodnika znajduje się poniżej.

 

 

Jak go kupić? Jaka jest cena?

Cena tego przewodnika w formie e-booka to 45 złotych.

Aby go zakupić dokonaj przelewu bankowego na moje konto. Tutaj są dane:

 

DOROTA KAMIŃSKA

Citi Handlowy

97 1030 0019 0109 8550 0005 6218

W tytule wpisz: PRZEWODNIK PO KORFU

 

Następnie na adres mailowy: kontakt@salatkapogrecku.pl wyślij maila, gdzie napiszesz:

a) na jakie imię i nazwisko dokonałeś przelewu?

b) na jakiego maila wysłać Ci przewodnik?

 

Kiedy tylko Twoja wpłata zostanie zaksięgowana, na podany adres mailowy dostaniesz przewodnik w formie e-booka w formacie PDF, wraz z instrukcją obsługi jak go otworzyć.

 

Miłej lektury! Mam nadzieję, że całość Ci się naprawdę spodoba!

 

Sprawdź ofertę naszych firmowych wycieczek po wyspie Korfu, klikając TU!

 

Przykładowe strony e-booka

 

 

Żebracy na Korfu… niedziela, 15 listopada 2020

 

 

W przeciwieństwie do Janiego, trzymam się zasady, by nie dawać pieniędzy osobom, które żebrzą na ulicach. Uważam, że nie jest to żadne rozwiązanie i jeśli już chcę komuś pomóc – wpłacam na konkretny cel, albo organizację.

Jani ma odwrotnie. Tacy już jesteśmy – zupełnie różni w wielu sprawach. W kieszeniach ubrań Janiego, zawsze znajdzie się kilka drobniaków, które da każdemu, kto o to poprosi. Nie odmawia nikomu! Zawsze jest więc idealnym łupem dla żebrzących również na Korfu, Cyganów. Ostatnio jednak diametralnie się to zmieniło…

 

Kilka dni temu Jani wrócił z zakupów w popularnym w Grecji markecie sieci AB. Wszedł do domu i wniósł torby z zakupami do kuchni. Zajrzałam w pośpiechu, żeby sprawdzić czy jest w nich wszystko czego właśnie potrzebowałam. Patrzę i trochę niedowierzam, bo wśród różnych artykułów, był również rogalik 7 Days, na dodatek… z ekstra czekoladą!

-Uuuu… Na bogato! – trochę się podśmiałam, bo już od bardzo dawna, dbając o zdrowie jedzenie, nie jemy takich rzeczy. Co prawda nauczyłam się tolerować zamiłowanie Janiego do czekolady, ale nie mogłam się powstrzymać od wbicia szpili. Dla jego zdrowia, więc nie zaszkodzi!

-Kupiłeś sobie 7 Daysa? A co cię tak naszło?

-Nie, on nie był dla mnie…

-To niby że dla mnie??? Przecież wiesz, że ja nie jem takich rzeczy! I nie zamierzam!

-Nie, nie dla ciebie…  To miało być dla tego małego Cygana, co żebrze pod sklepem… Ten młody, pamiętasz, ma jakieś 12, 13 lat. Już więcej szczeniakowi nic nie dam i niczego mu nie kupię!

-A co się stało? – pytam.

-Wchodzę do sklepu, a mały jak zawsze prosi mnie, żebym dał mu pieniądze. Ale tym razem pomyślałem, że nie dam mu pieniędzy, tylko coś mu do jedzenia kupię, bo nie wiadomo co stanie się z gotówką. Wiesz jak to z nimi bywa… A jak mu kupie jedzenie, to nie będzie głodny. I tak wpadł mi do głowy 7 Days! I myślę sobie… A co mi szkodzi! Niech będzie dodatkowo z czekoladą! Miło mu się zrobi. Zrobiłem zakupy, zapłaciłem i wychodzę. Podchodzi mały. Wyciągam 7 Daysa i mu go daję. A on na to: „To dla mnie?”. No to odpowiadam, że tak, że kupiłem to właśnie dla niego. Mały się pyta: „Ale on chyba ma w środku czekoladę?”. Mówię, że tak, a ten na to, że w takim razie to on nie może tego przyjąć. Że jest mu bardzo, bardzo przykro, ale musi odmówić. To się pytam: „Dlaczego?”. I wiesz co ten mały Cygan mi odpowiedział?

-Co???

-Że czekolada jest bardzo niezdrowa! I że on jej nie je, bo dba o zdrowe zęby, a od słodyczy to mu się psują! I że jak nie mam drobniaków, to naprawdę nie szkodzi, ale on tego 7 Daysa to na pewno nie zje, bo ta czekolada mu zaszkodzi! Czy ty to rozumiesz???

No cóż… Ja to akurat rozumiem. I to bardzo dobrze! Ale ze śmiechu nie byłam w stanie wyksztusić z siebie ani słowa.

 

Kilka dni później, rzecz jasna, jeszcze przed lockdownem, poszliśmy na kawę. Kiedy tak siedzieliśmy podszedł do nas żebrzący dziadek, którego dobrze znam z widzenia. Wyciągnął rękę w moim kierunku. Z mojej strony jak zawsze – ściana. W międzyczasie Jani już coś tam grzebie w kieszeni. Wyciągnął monetę 50€ centów i daje ją do ręki żebrakowi.

Dziadek spojrzał na monetę. Zobaczył, że jest to pół euro. Jego wzrok wbił się w cyfry „50” i tkwił tak przez następne kilka sekund. Chwilę później spojrzał na Janiego. W jego wzroku dało się wyczuć pytanie: „Co to jest? Nie wstyd ci? Tylko tyle!”. Następnie raz jeszcze spojrzał na monetę. Dziadek od niechcenia wrzucił 50€ centów do kieszeni spodni. Nic nie mówiąc, z pogardą odwrócił twarz i szorując rozklekotanymi butami, poszedł w swoją stronę.

Spojrzałam na Janiego, na jego zmieszaną minę i wybuchłam niepochamowanym śmiechem.

-Koniec! To był już ostatni raz! Już nigdy, nigdy więcej nie dam niczego żadnemu żebrakowi tu na Korfu! Skończyło się! Kropka!

 

TU! przeczytasz post o nowych spodniach Janiego.

TUTAJ! przeczytasz o 10ciu najlepszych plażach Korfu.

 

 

 

Wyluzuj! Po co tak się spinasz?… niedziela, 1 listopada 2020

 

 

-Szok! Normalnie szok! Serio? Bo ja dalej nie wierzę! Zadzwonili do ciebie, że ta poczta jest czynna nie do 16.00, a do 17.00?! Jestem w szoku, jak to oni na tej poczcie nagle są „zorganizowani”! A tę karteczkę, gdzie moje nazwisko przekręcone jest na „Kaminskowicz”, to sobie zachowam! Prześlę mamie, albo lepiej… oprawię sobie w ramkę! – powiedziałam, po czym parsknęłam wypełnionym ironią śmiechem.

-Ale ty się nie cieszysz, że w końcu ta paczka do ciebie przyszła? – spytał cicho Jani.

-Cieszę się? Ja jestem… Po prostu przeszczęśliwa! – odpowiedziałam cynicznie i dodałam -Czekam na nią już trzy tygodnie! Trzy tygodnie! Co za „ekspresowy” serwis! Sprawdzałam… W Atenach trzymali ją całe trzy dni! No i powiedź ty mi, co ta paczka tam robiła całe trzy dni i to na dodatek robocze! Zawiadomienia, że paczka jest już na Korfu, to ten szanowny listonosz, którego w życiu raz na oczy nie widziałam, nawet nie raczył  wrzucić nam do skrzynki! I sobie spryciarze zapisali, że adresata nie zastano w domu! A przecież wiesz dobrze, że jak odbiorcy nie ma w domu, to listonosz zostawia jedną głupią, małą kartkę w skrzynce, że był, a odbiorcy nie było, więc niech se odbiorca odbierze przesyłkę na poczcie! Nawet tego nie było! I staliśmy na poczcie, w tej zasranej kolejce całe 20 minut, tylko po to żeby się dowiedzieć, że paczka jest w zupełnie innym urzędzie pocztowym! I nikt nie raczył nam to wcześniej powiedzieć!  I teraz ta baba z tej poczty dzwoni i niby taka ogarnięta i niby taka super dokładna i taka zorganizowana i mówi, że ta druga poczta jest zamykana o godzinę później? No, było jej powiedzieć, że dziękuję bardzo za informacje! Że dzięki niej, został uratowany honor całej greckiej poczty! Co za nonsens! To jest szczyt! – odpowiedziałam, a raczej odkrzyczałam tak, że aż tchu mi zabrakło.

-Wiesz co… – zaczął Jani –Weź wyluzuj. Po co ty się tak spinasz?

 

Tooonk!!! Jakbym dostała patelnią w głowę.  Te dwa krótkie zdania podziałały na mnie jak kubeł zimnej wody.  Boże… Co ja wygaduje? Co ja takiego plotę? I że Jani musi tego słuchać… A skąd to się we mnie wzięło? I poczułam, że zrobiło mi się wstyd.

Wstyd przed sobą.

Wstyd przed Janim.

Wstyd przed Grekami.

Dokładnie jak pewien typ turystów, którzy wpadają na chwilę do Grecji. Nic im się tutaj nie podoba i najchętniej to wszystko by według siebie pozmieniali. Trajkoczą jak stare katarynki, narzekają na… Nierówno położone kafelki w hotelowej łazience. Niewykastrowane koty na greckich ulicach. Autobus, który się spóźnił. Że plaża miałam być pięć metrów od hotelu, a jest dziesięć. Że coś kosztowało siedem, a miało kosztować sześć. Że tynk odpada. Że druty wystają z dachów. Że nie mogą znaleźć kosza na śmieci… I że woda w morzu jest za słona. Że słońce za mocno świeci. I te delfiny… To one tak bez żadnej ochrony sobie w tej wodzie pływają? (Nie… nic tu sobie nie wymyśliłam. Każde z tych zdań, kiedyś od turystów słyszałam…) I tak gadają, gadają, gadają, gadają… Zazwyczaj na początku sezonu staram się być tolerancyjna. Tak mniej więcej w środku, zaczynam czuć, że nie mogę tego słuchać. A pod koniec lata… To jakbym tylko miała gdzieś pod ręką jakąś patelnię… To z przyjemnością bym jej użyła…

Znacie to. Najbardziej denerwują nas u innych NASZE WŁASNE WADY! Znacie, znacie. Każdy tak ma. I ja też nie jestem bez winy. Pracuję nad tym, bo o tym wiem, ale też czasami tak mam. Przyznaje, że jednym z moich grzechów, bywa narzekanie jak rozklekotana katarynka.

 

Rzeczywiście. Poprzedni tydzień był ciężki. Tyle się złego nagromadziło. Ale to ja sama wkręciłam się w oglądanie wiadomości, relacji ze strajków, wirtualne siedzenie w świecie, który jest daleko ode mnie.

Stop. Wzięłam głęboki wdech. A później powolny wydech. I spojrzałam wysoko w górę. Na niebie nie było ani jednej chmury. Słońce świeciło wysoko, oświetlając wszystko ze zdwojoną siłą. Takie światło jest domeną Grecji. W taki słoneczny dzień wszystko widać dużo wyraźniej. Kształty, kolory, cienie. Staliśmy na samym środku ulicy, która prowadziła do placu San Rocco. Ulice zalane były ludźmi. A tutaj na Korfu, jakoś tak, nikt nigdy nie pędzi. Jakby czas miał tu  inne znaczenie. Kawiarnie wypełnione po same brzegi. Ludzie przystają, rozmawiają, wciągając się w godzinne dyskusje, tak niby tylko w przelocie. I takie Korfu kocham najmocniej. Do takiego Korfu tęskniłam, kiedy zimą mieszkałam pod Atenami. O takie Korfu walczyliśmy, kiedy tego lata wszystko stanęło pod wielkim znakiem zapytania. I takie właśnie Korfu wyśnione i wywalczone, mam.

-Wiesz co… Masz rację. No, tak ostatnio trochę ciężko mi było. Więc pewnie stąd to spięcie. – powiedziałam i poczułam,  że aż mięśnie twarzy mi puściły i że moja buzia przybrała zupełnie innego wyrazu.

-Choć, pójdziemy na kawę. Porobimy jedno wielkie „nic”, a jak już skończymy, to wracając odbierzemy tę paczkę. Przecież to tylko 10 minut autem stąd. Więc co za problem?

Tak zrobiliśmy. W  paczce był przepiękny wełniany, zimowy sweter w kolorze ciepłego beżu. Chwyciłam go i przyłożyłam do twarzy. Ucieszyło mnie, że na paczce są znaczki z Polski i pomyślałam, że gdzieś je sobie schowam. Przecież nie wszystko musi być tak konkretnie po coś.  Pierwszy raz odkąd mieszkam w Grecji, nie mogę zaplanować Świąt w domu. Nie wiem, czy uda mi się spotkać zimą z rodziną. Nie mogę zaplanować właściwie niczego. Ciekawe, co czekać będzie nas tej zimy?

 

TU! zobaczysz nasz filmik o jesieni na Korfu.

 

 

Mniej… poniedziałek, 11 maja 2020

 

 

Hej! Dorota, jak tam się trzymacie? Czy wszystko u was na Korfu ok? Czy możesz mi napisać ile jest przypadków zarażeń, bo mam różne informacje?? Czy słyszałaś już o tej drugiej fali w Chinach? Martwię się o was… Jak tam sobie radzicie…?

Cześć Dorotka! Jak sytuacja na Korfu? Ja ci współczuje… Jak wy sobie w ogóle radzicie??? Wszystko u was w porządku?

Cześć kochana! Jak u ciebie? Wiesz, że Korfu w tym sezonie to w ogóle pewnie nie istnieje? Co zrobicie?

Dorota, czy wiadomo już co z wakacjami w Grecji? Czy masz jakieś informacje, kiedy i czy w ogóle otworzą granice? A co z samolotami? Kiedy będą latać? Ja się bardzo stresuje, bo mam wczasy wykupione na połowę czerwca i nie wiem co będzie z naszymi wakacjami!!

A co zrobicie, jak tego lata  na Korfu w ogóle nie będzie sezonu? Z czego będziecie się utrzymywać?

No, ale jak polecimy na to Korfu, do tej Grecji, no to jak? Ja sobie tego w ogóle nie wyobrażam! To będziemy na plaży musieli w maskach chodzić?

Cześć Dorotka! Jak sytuacja na Korfu? Jak idzie praca? Czy przyjmujecie już pierwszych turystów?

Hej kochana! Dawno do Ciebie nie pisałam! Jak życie? Jak się trzymacie? Mam nadzieję, że sobie ze wszystkim radzicie!

 

I tak dzień po dniu. Dziesięć razy dziennie dostaję pytanie o to jak się mam. Mój telefon nie przestaje brzęczeć. Messenger co chwilę wypluwa  nowe wiadomości od dawnych klientów, znajomych, z którymi rozmawiałam już wieki temu i którzy teraz po latach się odzywają. Pytania, pytania i raz jeszcze pytania, na przemian z memami, które też zalewają. Tylko, że tak już po trzecim memie jednego dnia, nawet one przestają śmieszyć. A kim ja jestem? Wróżką? Ministrem zdrowia, czy Bogiem? Żeby wiedzieć, co będzie? Kiedy otworzą granicę? I co z sezonem w Grecji? Ta ciekawość, co słychać u mnie, w większości bardziej przypomina pozbawioną wyczucia  wścibskość. Często polukrowaną niby dobrą intencją, taką pseudo-troską.

Martwić się, to jest najgorsza rzecz, którą można dać osobie, której naprawdę życzymy dobrze. O tym wiem doskonale. Więc jeśli już odpisuje, to odpisuje tak, jak naprawdę czuje…

 

Hej! Twoje martwienie się o mnie, mi nie pomaga. Nie jest mi potrzebne.  Nie wiem co będzie i nie wiem jak będzie, bo nie mam zdolności żeby przewidzieć  przyszłość. Wiem tylko, że  ze wszystkim co mnie spotka – sobie poradzę. Zamiast martwienia się, pomaga mi wiara we mnie. Buziaki! Pozdrawiam!

Klik! I wysłane.

 

Większość pozostałych wiadomości usuwam, często w ogóle ich nie czytam, jeśli widzę jak brzmi początek. Z wielką przyjemnością do wirtualnego kosza wywalam wszystkie „jak tam u was?”, „jak sobie radzicie?”, „jak z pracą?”, „co zrobisz jeśli / gdy / a / bo…”. I tak dalej. I tym podobne. A pomiędzy nimi, wszelakiego typu memy.

Również z szaf wyrzucam kolejne niepotrzebne rzeczy. Ubrania. Stare gazety. Niepotrzebne szpargały. Nawet rzeczy, które mogą się jeszcze przydać, bo wcale nie przygotowuję mojego świata na kryzys. W końcu mamy to, co przyciągają nasze myśli… Tworzę jeszcze więcej dobrej, sprzyjającej mi przestrzeni. Ograniczam kontakty do tylko w zasadzie kilku. Mimo kwarantanny, wcale nie czuję, że potrzeba mi więcej ludzi. Chcę tylko kilku, którzy powodują, że czuje się lepiej. I nikogo więcej.

A co będzie jeśli…

A co będzie gdy…

A jak będzie… A kiedy już… A jeśli… A co gdy…

Obija się całymi dniami o uszy. Krąży w pokręconych zwojach mózgowych.

Można zwariować od pytań, na które nie ma odpowiedzi…

Zakładam sportowe buty. Wychodzę i mocno zatrzaskam drzwi od domu. I idę przed siebie. Mocnym, szybkim krokiem. Zostawiam całe to „jeśli”, „gdyby”, „ale”… Kilometr, za kilometrem są coraz dalej. Wdycham głęboko powietrze. Patrzę daleko przed siebie. Idę tak szybko, żeby trochę się zmęczyć, a jednocześnie w zmęczeniu znaleźć przyjemność. I tak po jakiejś godzinie, dochodzę do morza. Czuję w nozdrzach jego słony zapach. Teraz, kiedy jest coraz cieplej, ten zapach robi się jeszcze bardziej intensywny. Czuć sól, ryby, zapach morskich roślin. Myślę, że nie potrafiłabym już mieszkać daleko od morza.  Wdycham, wydycham. Czuję pustkę, a raczej przestrzeń w mojej głowie i  patrzę tak jak się da możliwie daleko. Woda porusza się jednostajnie, wiatr karbuje gładką taflę, promienie słońca bawią się odbijają się na falach. Morze, to dla mnie jeden wielki spokój. Zawsze przynosi mi ulgę i wytchnienie.

 

W ostatnich dniach w moim życiu jest mniej i mniej. Ludzi. Podróży. Rzeczy materialnych. Bodźców z zewnątrz. Rozmaitych aktywności.

Otwiera się miejsce dla wartości, których wcześniej nie znałam. Dla prostych doznań, które teraz są zdwojone.

Wszystko staje się prostsze. Kontakt z drugim człowiekiem jest łatwiejszy, kiedy bardziej wiadomo, kto jest kim, bo spadła maska. Doznania stają się dużo bardziej intensywne, jeśli jest ich o połowę mniej.

Mniej… Mniej… I mniej…

Nie walczę z tym, z czym wygrać nie mogę. Akceptuję i przyjmuję to, co teraz jest. Doceniam znacznie bardziej, to co mam.

Widok bezkresnego morza, po długim spacerze.

Zieleń oliwnego gaju.

Pyszne domowe jedzenie.

Mruczenie kota.

Spokojną rozmowa z mamą.

Smak upieczonego ciasta.

Kawę na wynos w papierowym kubku.

Czarno biały film, z napisami zamiast dźwięku.

Słońce na twarzy.

Słony zapach morza.

Spokojny wieczór z czerwonym winem.

I z tym wszystkim, wbrew wszystkiemu, jest mi dobrze.

 

 

 

 

Są w życiu pewne stałości. Rejsy w Paleokastritsy, sternicy i święto sardynki… środa, 22 kwietnia, 2020

 

No i w drogę! Szczęśliwie płyniemy w rejs…

 

Na całej Korfu mówi się, że Paleokastritsa to jest zupełnie inny świat. Tak między nami – nie tylko z powodu rajskich widoków, chociaż przez to również. Ale przede wszystkim, dlatego że w tej niewielkiej wiosce, panuje bardzo specyficzny klimat pracy. Paleokastritsa, to jedna z najpiękniejszych wiosek na Korfu, znajduje się w północno – zachodniej części wyspy. Jest tam tak pięknie, że kiedy jedzie się tam pierwszy raz, dosłownie nogi się pod człowiekiem uginają. Atrakcją numer jeden w tej wiosce, są słynne rejsy po wybrzeżu i okolicznych grotach.  Żeby wziąć udział w tych rejsach, czy też by wypłynąć do Rajskiej Plaży, do Paleokastritsy zjeżdżają się ludzie z każdej części świata.

Dla większości osób, które pracują w turystyce, na hasło „Paleokastritsa” ciśnienie od razu się podnosi. W Paleokastritsy zawsze wszyscy się kłócą. Kiedy jest szczyt sezonu to nie bata, że przyjedzie się z grupą i wszystko pójdzie gładko. W starciu ze sternikami, zawsze trzeba się postawić, przekrzyczeć, nie da się uniknąć kłótni. Jeden sternik strajkuje. Drugi chce płynąć jako pierwszy. Trzeci popłynie tu, ale już nie tam. Czwarty ma teraz przerwę  i w tej chwili musi koniecznie wypić kawę. Biorąc pod uwagę ilość turystów, gdzie każdy jest przedstawicielem innej mentalności, kultury i mówi w innym języku – zawsze panuje tam turystyczna Sodoma i Gomora.

TU! zobaczysz filmik o rejsach w Paleokastritrsa.

TUTAJ! przeczytasz więcej o Rajskiej Plaży na Korfu.

 

*

 

Było to albo pod koniec ubiegłego sezonu, albo jakoś dwa lata temu. Powoli kończyło się już gorące, greckie lato. I nagle lunął deszcz. Raz silniej, raz lżej padało na Korfu przez kilka dni prawie bez przerwy na słońce. Tak czasem dzieje się na wyspie i jest to oznaka, że zbliża się jesień. Podczas jednego z tych dni jechaliśmy z grupą na wycieczkę. Pamiętam, że kiedy już wjeżdżaliśmy do Paleokastritsa pomyślałam, że co prawda z rejsu to raczej będą nici, ale przynajmniej dziś będzie spokojnie. W spokoju wypiję kawę i choć raz w życiu miło z chłopakami sobie pogadamy.

Kiedy sezon trwa w pełni, dla każdego nawet dzień, dwa przerwy w pracy stanowią zwyczajnie stres. W trakcie dość krótkiego sezonu, każdy dzień który minął, już przecież nie wróci. Mnie osobiście stresuje to zawsze, kiedy dzieje się coś, co uniemożliwia mi plany związane z pracą. Kiedy więc już wjeżdżaliśmy do Paleokastritsy byłam przekonana, że sternicy będą w stresie.

Chwila czasu wolnego, więc siadam obok grupy sterników i zamawiam kawę. Rzeczywiście, dziś co prawda ulewy nie ma, ale są bardzo wysokie fale. Morze jest wściekłe. Nikt nigdzie nie popłynie. Niewielkie molo bezwładnie buja się na wysokich falach. Dwóch sterników, którzy siedzą obok mnie ubrani w jesienne swetry, grają w tawli. Jeden wali kostkami o tablicę, mocniej od drugiego. Trochę tak jakby ta gra polegała na tym, kto uderzy kostkami mocniej. Obydwaj klną przy tym jak szewcy! Cała uwaga i wszystkie zmysły, skoncentrowane na grze. Siedzę i się uśmiecham. Do mojego stolika dosiada się trzeci sternik. Rozchodzone buty wysuwają mu się ze stóp, rozczochrane włosy, kurtka wyjęta jak psu z gardła. Siada i od razu się śmieje. Zastanawiam się, co mu tak wesoło. Niby piję ciepłą herbatę, ale ja czuje zapach Metaxy.

-Jorgo!

-No co… Wolne dziś! Herbatki nie można się napić? Chcesz, to ci też naleje! Ta najlepsza, zobacz, z pięcioma gwiazdkami.

-Daj mi spokój! Ja nie mogę…

-Oj, tam nie mogę, nie mogę… – siedzi, pije, śmieje się i patrzy w morze, a ja czuje, że chyba nikomu dziś nie w głowie już praca. Próbuje nieco zmienić temat, więc pytam, bo to akurat pierwsze co mi na myśl wpada:

-A wiesz, że dziś w Ipssos jest święto sardynek? Jak skończymy wcześniej, to jadę zobaczyć, spróbować… Ciekawe jak będzie?

-Taaak! To może ja też pojadę! Spiro! – woła do przechodzącego obok kolejnego sternika. Swoją drogą to ciekawe, że mają dzień wolny, a widzę, że wszyscy na stanowiskach pracy. Podchodzi Spiro. Idzie z paczką chipsów i beztrosko sobie je podjada. – Spiro, słyszałeś że dziś w Ipssos jest święto sardynek? Może podjedziemy?

-Ach, tak… No, a w jakiej cenie będą te sardynki? – pyta Spiro.

-Ja nie wiem, ale jak święto, no to chyba będą za darmo! – mówi Jorgo.

Jeden ze sterników, co gra z drugim w tawli, woła:

-Jakie za darmo! Nic za darmo nie masz! Na pewno trzeba płacić!

-Ale jak święto, to święto! Za darmo powinni dawać te sardynki, no bo to święto!– krzyczy Spiro jedząc chipsy.

-Wiesz coś o tym? – dopytuje Jorgo i patrzy mi głęboko w oczy. Zanim jeszcze zdążyłam otworzyć usta, jedne ze sterników, ten co gra w tawli, woła:

-A jak jest festiwal piwa Sipro, ten w Arillas, to piwo dostajesz za darmo? Jakby było za darmo, to przecież by zbankrutowali!

 

TU! przeczytasz o festiwalu piwa w Arillas.

 

-Ale piwo, to piwo. A sardynka, to sardynka! Ja nie jadę nigdzie, jak nie ma za darmo.

Nie minęło dziesięć minut, a zebrało się ich grubo ponad dziesięciu. Skąd ich tam tylu, sama nie wiem. Tych dwóch co grało w tawli, to nawet o tawli już zapomnieli i jeden krzyczy przez drugiego: że te sardynki to powinny być za darmo, bo jak nie to jest głupota, drugi że trzeba płacić, a jeszcze inny, że one to na pewno będą nawet droższe i to ze dwa razy.

-Co, ale to jest już nonsens! Poczekaj, czekaj… To ja mam jechać z Liapades do Ipssos, wydawać na benzynę, płacić piwo, które będę sobie chciał kupić i jeszcze mam płacić za sardynki??? To jaki jest cel tego święta? My mamy świętować, czy rybakom trzeba dać więcej zarobić?

-No… Co ja mam ci powiedzieć? Tak to w tym Ipssos działa. Z tego co słyszałem za sardynki na święto sardynek w Ipssos, trzeba będzie płacić!

-To ja zrobię tak! Ja na  jutro uchwalam święto sternika, tutaj w Paleokastritsy i  niech przyjadą wszyscy i rejs po grotach będzie kosztować nie dziesięć euro, a dwadzieścia! No bo jak święto sternika, to święto! Więc będzie to polegać na tym, że tego dnia będziemy zarabiać podwójnie!

-Co ty opowiadasz! Spiro! Zidiociałeś! Słońce ci mózg chyba przypaliło!

-Co? Ja… Nie mów tak do mnie! Tak do mnie nie mów! Chcesz, żebym  ci przywalił?

I się zaczyna… Jeden krzyczy przez drugiego. Wyzwiska i przekleństwa. Zebrali się już wszyscy i jest wielka dyskusja: czy sardynka podczas święta sardynki w Ipssos ma być za darmo, po normalnej cenie, czy ma kosztować podwójnie…

Na szczęście widzę, że wraca moja grupa. Podnoszę się z krzesła, ale nawet nikt nie widzi, że wstaje. Więc mówię właściwie sama do siebie:

-Do widzenia, do jutra! To ja panom dziękuję!

Idę do autobusu, a raczej już się ewakuuję.

Po co ja  o tym w ogóle mówiłam? O tym święcie. Ipssos i sardynkach… Nawet jak mają wolne, kłócą się jak zawsze! A może to i dobrze, że są w tym życiu jakieś stałości?

 

Kiedy jest szczyt sezonu, kolejka na na rejs po grotach potrafi być taka…

…albo nawet taka!

 

 

Koronawirus w Grecji. Sytuacja na teraz. Prognozy na nadchodzący sezon na Korfu… środa, 15 kwietnia 2020

 

 

 

W ostatnim czasie żadne inne pytanie nie powracało tak często, jak pytanie o koronawirusa w Grecji i wakacje na Korfu. Stąd dzisiejszy post. Ważna uwaga. Wszystkie zawarte tu informacje, aktualne są na teraz, bo cała sytuacja zmienia się dynamicznie. Jednak kwarantanna w Grecji trwa już miesiąc. I po tym czasie można stwierdzić na czym stoimy. Myślę również, że przyszedł czas na pierwsze prognozy jak może kształtować się nadchodzący sezon na Korfu i w Grecji.

 

Dziś, czyli 15 kwietnia 2020 roku liczba osób, które zostały zarażone w Grecji koronawirusem wynosi około 2 200 osób, 102 osoby z tego powodu zmarły. Na Korfu wirusa stwierdzono u 4 osób. Porównując te liczby z innymi krajami Europy, sytuacja w Grecji jest bardzo dobra. Z tego wynika, że Grekom udaje się uniknąć włoskiego scenariusza.

W Grecji bardzo szybko została wprowadzona ostra kwarantanna. Z dnia na dzień Grecy pozamykali kawiarnie, restauracje, tawerny. Później zostały zamknięte sklepy odzieżowe, czy też kosmetyczne, czyli takie bez których można się na co dzień obejść. Wkrótce po tym został wprowadzony restrykcyjny zakaz wychodzenia bez powodu. Od dłuższego czasu wszystkie nasze wyjścia musimy zgłaszać za pomocą wysyłania smsa. Powodów jest tylko kilka, na przykład: wizyta u lekarza, apteka, niezbędne zakupy, sport. Przy sobie zawsze trzeba mieć potwierdzenie na przykład w postaci smsa zwrotnego oraz dowód osobisty. I to wcale nie jest zabawa. Wszędzie jest bardzo dużo policji, która wszystko kontroluje. Można dostać mandat, za to, że zakupy robi się nie w tym sklepie, który jest najbliżej naszego domu. Mi już nie udało się uniknąć mandatu za to, że nie miałam przy sobie dowodu osobistego. Najdroższy spacer mojego życia. Kosztował całe 150€ i nie ma przeproś. Wniosek o umorzenie – odrzucony.

Myślę, że to również dzięki temu sytuacja w Grecji jest naprawdę bardzo dobra. Grecy pokazują teraz swoją zupełnie inną twarz. Znacie ich pewnie jako wiecznie uśmiechniętych lekkoduchów, którzy prawo bardziej interpretują niż przestrzegają. W tym wypadku jest inaczej. Większość ludzi zwyczajnie się boi i zasady kwarantanny bierze naprawdę serio. I bardzo dobrze! Im bardziej będziemy się teraz pilnować, tym szybciej będzie lepiej.

 

My powoli przyzwyczailiśmy się do myśli, że nie możemy na sto procent przewidzieć co stanie się w sezonie letnim. Nic teraz nie jest pewne, z resztą jak na całym świecie. Jakieś dwa miesiące temu zakładałam, że już teraz będą odbywać się nasze pierwsze wycieczki. I zupełnym nonsensem wydawała mi się sytuacja, którą mamy teraz. Jednak w całym tym bałaganie, mamy już jakieś liczby, po miesiącu widzimy jak kształtuje się sytuacja i co się dzieje. Na chwilę obecną mówi się, że najpewniej ostra kwarantanna w Grecji trwać będzie do końca kwietnia. Szczególnie ma być pilnowana w okresie Wielkanocy, która  w Grecji zaczyna się w sobotę. Grecy obawiają się, że jeśli kwarantanna ściągnięta byłaby wcześniej, wtedy rodzinne spotkania i podróże, znacznie pogorszą sytuację. Dlatego dopiero po 27 kwietnia stopniowo kwarantanna będzie znikać, aż pewnie zupełnie po czasie zostanie ściągnięta.

Choć nie ma jeszcze oficjalnej informacji, na chwilę obecną wakacje w Grecji w maju będą raczej niemożliwe. Pod wielkim znakiem zapytania jest miesiąc czerwiec. Czas jeszcze pokaże, bo do czerwca mamy jeszcze półtora miesiąca, jednak czerwiec z pewnością nie będzie pracowitym miesiącem w Grecji. Coraz częściej powtarzaną informacją jest to, że turyści będą przylatywać do Grecji od lipca, aż do samego końca sezonu. To informacja, która pojawia się najczęściej i wydaje mi się, że na chwilę obecną jest ona najbardziej racjonalna.

W internecie, co jakiś czas pojawiają się informacje, że przyjazd do Grecji w tym roku będzie zupełnie niemożliwy. Z informacji które mamy, patrząc na statystyki i czytając greckie strony internetowe – te informacje są wyssane z palca. Zdajemy sobie sprawę, że to może nie być najlepszy sezon,  ale w żadnym wiarygodnym źródle nie ma informacji, że wyjazd w tym roku do Grecji będzie zupełnie niemożliwy. Grecja najprawdopodobniej będzie się otwierać dla turystów, ale w późniejszym terminie.

Maj pozostaje już raczej mało osiągalny. Czerwiec jest pod znakiem zapytania. Lipiec i dalsze miesiące to już terminy, kiedy będzie można przyjeżdżać. Być może nie wszyscy i być może dostosowując się do określonych zasad, ale jednak.

To jest moim zdaniem najbardziej racjonalna prognoza, o którą tak często teraz pytacie.

 

 

 

Mój marzec. Ależ pieprznęło! Jak zbroję się na co dzień i co planuję w kwietniu… sobota, 4 kwietnia 2020

 

 

Boże, kto by pomyślał… Jakby ktoś podgrzewał mleko i na chwilę wyszedł z kuchni. Mleko zaczyna delikatnie, lekko wyczuwalnie się przypalać, a ten ktoś jeszcze nie biegnie, bo myśli, że nic jeszcze się nie dzieje. Spokojnie, wszystko jest pod kontrolą. Za chwilę podejdę i sprawdzę, co z zawartością garnka. I nagle wykipi. Rozleje się po rozgrzanej kuchence, oblepi ją i zacznie śmierdzieć przeokropnie. Dopiero wtedy ten ktoś biegnie. Rozlało się. Przypaliło się na gorącym palniku. Śmierdzi w kuchni i w całym mieszkaniu. Słodko śmierdzący zapach czuć już wszędzie. I trochę potrwa czyszczenie, a później bardzo dokładne wietrzenie całego domu, całej kuchni.

Przeglądam zdjęcia w moim telefonie. Jedno z nich zrobione w pierwszych dniach marca. Dzień, kiedy tak po prostu, wyszliśmy z domu, podjechaliśmy do miasta i poszliśmy na kawę na Liston. Ciepły, słoneczny dzień greckiego przedwiośnia. Promienie słońca, tak samo jak ludzie tego dnia, rozlewały się wszędzie. Siedzieliśmy i piliśmy kawę. Ciesząc się chwilą. To była moja ostatnia przed czasem kwarantanny taka spokojnie wypita kawa w mieście. Na następną będę musiała jeszcze trochę poczekać.

 

Ostatnie wyjście na kawę przed kwarantanną

 

Wciąż jednak uważam, że zdarzają się sto razy gorsze rzeczy na świecie niż ta epidemia i cała kwarantanna. Tuż za naszymi granicami toczą się wojny. Gdzieś indziej przechodzą tsunami, ziemia trzęsie się tak, że walą się całe domy i ludzie tracąc wszystko muszą zaczynać życie zupełnie od zera. My wciąż mamy dużo. I właśnie teraz trzeba przestawić swój tok myślenia z narzekania i czarnowidztwa, na docenianie tego, co teraz mamy.

 

Na początku marca miasto Korfu pełne było ludzi…

I dosłownie kilka dni później… Pusto.

Kawiarnia “Bristol”, nigdy nie widziałam jej zamkniętej za dnia.

Ale nawet przed ogłoszeniem kwarantanny, nie było paniki. W sklepach spokój.

 

TU! zobaczysz nasz filmik o mieście Korfu.

 

Kiedy patrzę na wszystkie moje zdjęcia z marca, nie widzę w moim życiu żadnej katastrofy, żadnej tragedii. Widzę, że z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień moje życie bardzo się zmieniło. Na samym początku pozamykano kawiarnie, restauracje i kina. Ostatni spacer ulicą Liston i od tego czasu wychodziliśmy już tylko do parku, później na plaże gdzie nie ma ludzi, aż w końcu do teraz poruszamy się tylko blisko naszego domu. Ja już chyba się tak trochę nauczyłam, po którymś życiowym kryzysie, że kryzys to wyzwanie, żeby wyjść ze swojej codzienności, zacząć robić coś zupełnie innego, sprawdzić swoją wytrzymałość i przekonać się o swojej sile i o swoich słabościach. Jeszcze nigdy w moim życiu nie było aż tyle cichego kontaktu sam na sam z przyrodą. Po raz pierwszy, pomimo całego huku, który dzieje się na zewnątrz, w moim prywatnym świecie jest bardzo dużo spokoju, ciszy, życiowego wyhamowania. Po raz pierwszy czuje, że nic nie muszę. Mogę wyspać się do woli, do niczego nie muszę się śpieszyć, mam czas i wiem, że wiele rzeczy może jeszcze poczekać.
Kiedy stało się oczywiste, że sytuacja na świecie jest bardzo poważna, przeprowadziłam ze sobą rozmowę i wyobraziłam sobie co może mi się stać teraz najgorszego. Pogodziłam się, że tak może być. Jestem na to przygotowana, jednocześnie mając wiarę że tak nie będzie i robiąc wszystko żeby tak się nie stało. I każda trochę lepsza sytuacja od tego, co dla mnie najgorsze, jest już dobrą niespodzianką. Dzięki temu z mojej rzeczywistości usunęłam lęk i dzięki temu mogę już bez jego ciężaru wziąć moją rzeczywistość w moje ręce. I ulepić z niej to, co mi odpowiada.

Codziennie, choćby nie wiem jaka była pogoda, idziemy z Janim na dłuższy spacer. Codziennie przebywamy blisko przyrody. Codziennie wystawiamy twarze do słońca. Codziennie dbam o to, by zjeść coś super zdrowego. Coś, co będzie dla mnie bombą witamin i zdrowych składników. Na potęgę wyciskamy soki, robimy warzywno-owocowe smoothie, albo zdrowe mikstury. Codziennie również słucham podcastów, filmików na YouTube, czy też czytam w temacie rozwoju, radzenia sobie z problemami i zdrowego myślenia. Te trzy elementy stały się obecnie trzema żelaznymi nawykami mojej kwarantannowej rzeczywistości.

 

Jeden z pierwszych spacerów w parku Mon Repos

Tu widok w Paleokastritsa

Główna plaża w Paleokastritsa

Spacer w marinie Gouvia

Plaża św. Barbary na samym południu Korfu

Gdyby nie kwarantanna, nie wiedziałabym w jak pięknej okolicy mieszkam…

 

TU! przeczytasz więcej o Paleokastritsa.

TUTAJ! przeczytasz o najlepszych plażach Korfu.

 

Przed nami najpewniej cały kwiecień siedzenia w domu na podobnych zasadach, o ile nie stanie się cud. Cały miesiąc życia, którego dopiero wstęp mieliśmy w marcu. Później będzie, co ma być. Bóg jeden wie, ale to On przecież ma nas w opiece. Chcę jak najlepiej wykorzystać ten czas dla siebie. Nie chcę obudzić się w maju z poczuciem zmarnowanych, szarych dni, mimo wiosny na zewnątrz. Nie chcę by moim codziennym ubraniem stała się wymięta w śnie pidżama, albo wyciągnięte dresy. Nie chcę by jedyną wartością mojego dnia była obejrzana kolejna komedia, albo serial. A codziennością stała się paczka czipsów. W moim życiu przez ostatnie kilka lat, było pół roku intensywnej pracy w sezonie i drugie pół roku odpoczynku i przygotowanie do następnego lata. Rok za rokiem biegł mi jak szalony. I w końcu teraz czuje, że ktoś dał mi czas, którego wcześniej nie miałam. Nie mam już żadnego wytłumaczenia, dlaczego teraz nie mogę, bo jest coś ważniejszego. Dla mnie cały kwiecień będzie czasem pisania od „a” do „zet” mojego przewodnika po Korfu… To jest mój główny cel na kwiecień.

 

 

 

 

Jazda samochodem na Korfu… niedziela, 1 marca 2020

 

Zdjęcie autorstwa Angeliki Żelaznej

 

Jeśli ktoś chciałby sprawdzić, czy rzeczywiście jest dobrym kierowcą – powinien wpaść na Korfu. I wypróbować swoich sił na tutejszych drogach.

Jazda samochodem na Korfu, to jest dramat. Wszystko w domu, w którym teraz mieszkamy jest dla mnie idealne, oprócz drogi dojazdowej. Żeby dojechać do naszego domu, trzeba przejechać przez wąskie uliczki niewielkiej, starej wioski. Kiedy wyjeżdżam z domu, nigdy nie wiem, co mnie spotka. Zazwyczaj zawsze czeka mnie jakaś drogowa przygoda.

Strategiczna ulica jest przy szkole podstawowej. Teoretycznie jest to typowa droga o ruchu dwukierunkowym. Jednak zawsze po  jednej stronie zaparkowany jest ciąg aut. Więc w praktyce mieści się jedno i pół auta… I najciekawiej jest, kiedy rodzice przyjeżdżają po swoje dzieciaki. Przy bramie szkolnej co chwilę zatrzymuje się samochód, by odebrać pociechę, która skończyła lekcje. Pociechy mają to do siebie,  że nigdy nie są na czas, wiec rodzice tak stoją i stoją. Około 13.45 robi się gigantyczny korek, od samego początku do końca tej ulicy. Ludzie trąbią. Wychodzą z samochodów. Kilka razy widziałam, że już prawie dochodziło do pobicia. Podnosi się ciśnienie, więc przynajmniej nie trzeba pić kawy. Następnie jak już cała uliczka się odkorkuje, trzeba mijać się na tzw. żyletkę. Mimo tego, że na Korfu prowadzę samochód już siódmy rok, ciągle od razu robię się cała blada, kiedy widzę jak ktoś przejeżdża obok mnie dosłownie ocierając się o lusterko. Na tej trasie dodatkowymi atrakcjami są wybiegające po lekcjach na ulicę dzieciaki. Część z nich jeździ na rowerach i czasem przychodzi im do głowy, żeby wypróbować jeździć tylko na tylnym kole. Do tego co chwilę podkłada się pod koła raz to bezpański pies, a innym razem kot. I tak jest codziennie od poniedziałku, do piątku około 13.45. Choć poza tą konkretną godziną, atrakcji też jest sporo…

 

*

 

Kiedy pierwszy raz jechałam samochodem na Korfu, nie byłam w stanie uwierzyć, że tu naprawdę jeździ się samochodami. Ale takie są wyspiarskie realia. Wiele dróg biegnie przez wąskie zabudowania starych wiosek. Czasami mocno pod górę, czasem w dół. Lokalsi potrafią przy tym jeździć jak szaleni. A na samych drogach czekają kolejne utrudnienia w postaci dziur.

Jest więc często bardzo wąsko. W wielu miejscach wydaje się to aż niemożliwe, że tędy przejeżdżają samochody. Ulice są pokręcone. Ludzie często jeżdżą jakby droga należała tylko do nich.  Można być w niezłym szoku, kiedy pierwszy raz jedzie się samochodem na Korfu.

Tak wyglądają realia.

Nie można się jednak zniechęcać. Jeżdżenie po Korfu autem, to jeden z najczęstszych sposobów na zwiedzanie wyspy. Jeśli decydujecie się jeździć na Korfu samochodem, powinniście mieć zwyczajnie świadomość, że warunki są trudne i koniecznie zachowajcie maksymalną ostrożność. W tym poście kilka rad, które mam nadzieję ułatwią wam jazdę na Korfu samochodem.

Oto one…

 

WIĘKSZY MA ZAWSZE PIERWSZEŃSTWO

Może nie brzmieć poważnie, ale ja to pisze zupełnie serio. Wiem to z perspektywy pilota wycieczek, który siedzi w dużym autobusie na pierwszym siedzeniu i widzi co dzieje się na trasie. Często jest tak, że jadąc autobusem nie jesteśmy w stanie wycofać pojazdu. I jedynym wyjściem z sytuacji, jest wycofanie o wiele mniejszego samochodu osobowego. Tak jest szybciej i łatwiej. Zazwyczaj kierowca autobusu widzi dobrze jak wycofać, czy też gdzie może zjechać  małe auto i to pokazuje. Najlepiej zaufać i robić tak jak sugeruje kierowca. Obojętnie co mówią znaki, większy ma tu pierwszeństwo!

 

ZNAKI DROGOWE TO TYLKO SUGESTIA

Teraz znów pewnie się śmiejecie, a ja znów piszę na poważnie. Najlepiej widać to prowadząc samochód w samym mieście Korfu. Znaki są taką jakby sugestią. A jeżdżąc po mieście przede wszystkim trzeba reagować na to, co się dzieje. Sprawdzać i przewidywać reakcję innych kierowców, przewidywać co może się wydarzyć  i dostosowywać swoje działania na gorąco do sytuacji. W wielu miejscach miasta Korfu, co prawda jest sygnalizacja świetlna, ale jest wyłączona. Dlaczego? Znacznie sprawniej jeździ się po mieście, kiedy światła jednak nie działają…

 

KLAKSON

Klaksony na Korfu najczęściej używane są po to, żeby kogoś pozdrowić. A pozdrawia się na każdym kroku, więc kiedy na Korfu słyszycie klakson, wcale nie oznacza to niebezpieczeństwa. Po prostu tutaj ciągle ktoś kogoś spotyka. Krótkie bipnięcie, oznacza sympatyczne „cześć!”. Klaksony przydają się również bardzo, kiedy wjeżdża się w wąskie uliczki i kiedy wchodząc w zakręt nie widać, czy ktoś z drugiej strony nadjedzie. Wtedy warto użyć klaksonu, żeby zakomunikować że jedziemy. Nie ma innego sposobu na danie znaku, że nadjeżdżamy.

 

KIEDY JUŻ WPAKUJECIE SIĘ W KŁOPOTY

Kilka razy mi się to już zdarzyło. Wjechałam w tak wąska ulicę, że nie mogłam wycofać. Było tak mało miejsca, że nie mogłam nakręcić, albo  wyjechać. Co prawda głupio będzie to  wyglądać u faceta, ale ja nie mam z tym oporów. Zazwyczaj wtedy wychodzę z samochodu. Znajduje pierwszego lepszego przystojniaka, oddaje mu kluczyki i proszę o wyciągnięcie mnie z tarapatów. Działa! Myślę, że to również między innymi dzięki temu  moje auto jest jeszcze w całości!

 

TU! przeczytasz o Pony, czyli najlepszym greckim samochodzie

TU! przeczytasz o tym jak wg Greków naprawić auto

TUTAJ! przeczytasz o greckiej interpretacji przepisów ruchu drogowego

TU! zobaczysz stare greckie auta

 

Niżej zdjęcia różnych sytuacji na drogach Korfu, które zostały udostępnione przez ich autorów na moim Facebooku.

Dajcie koniecznie znać w komentarzu, czy jeździliście na Korfu? Jakie są wasze doświadczenia? Może uzupełnicie ten post swoimi poradami?

 

Zdjęcie autorstwa Konrada Matulańca

 

 

Zdjęcia autorstwa Katarzyny Popiel i opis – koniecznie przeczytajcie!!!

 

W drodze do kanału D’Amour  (możliwe, że to było w miejscowości Αχαράβη albo Ρόδα) w jednej z głównych uliczek przelotowych (które swoją szerokością by na ten status nie wskazywały) nagle stanęły wszystkie auta. Co się okazało? Samochód ciężarowy nie mógł się zmieścić z jadącym z na przeciwka samochodem osobowym. Wywiązała się dyskusja między kierowcami tychże pojazdów jak i wszystkimi innymi kierowcami oraz pieszymi na temat pierwszeństwa przejazdu. I nagle hyc, kierowca osobówki w mgnieniu oka znalazł się na dachu swojego samochodu. Dodam, że wyszedł przez okno, bo nie było tyle miejsca aby otworzyć drzwi. Teraz dopiero oboje kierowcy byli w komfortowej sytuacji aby na dobre kontynuować dyskusję.  I co? W momencie gdy normalnie w Polsce weszły by w grę już jakieś rękoczyny oni jak najlepsi przyjaciele obściskali się i w ewidentnie szczerej sympatii wrócili do jazdy. Kochamy Greków!

 

 

Zdjęcia autorstwa Bartłomieja Brzezińskiego

 

 

Zdjęcia autorstwa Kamili Baryła 

 

 

Zdjęcie autorstwa Katarzyny Barlik

 

 

 

Loty na paralotni Korfu… piątek, 14 lutego 2020

 

Już jest gotowy! To nasz nowy filmik, który już w najbliższych tygodniach będzie reklamował loty Janiego na paralotni. Zobaczcie sami, jak wyglądają!

Więcej informacji, niebawem na naszej stronie. Tymczasem, jeśli już teraz chcecie dowiedzieć się więcej lub zarezerwować taki lot, piszcie na nasz adres: kontakt@salatkapogrecku.pl