Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Olivka i jej podejście do zdrady… poniedziałek, 15 kwietnia 2019

 

 

Jakoś zdaje się na samym początku kwietnia, do naszego domu wpadli: Olivka ze swoim mężem Pieprzem. Postanowili odwiedzić nas na kilka dni, korzystając z tego, że jeszcze się nie przeprowadziliśmy i jeszcze chwilę jesteśmy dość blisko Aten.

U Olivki i Pieprza, wszystko ukłda się dość dobrze i spokojnie. Bardzo lubię ich wizyty, bo po pierwsze są niezwykle barwną parą, a po drugie – nadajemy na podobnych falach.

 

Ostatniego dnia, przed ich wyjazdem, postanowiliśmy iść na obiad do rybnej tawerny. Jani musiał pracować, więc tym razem udaliśmy się we trójkę. Olivka, Pieprz i ja.

 

To w Grecji przekonałam się, że jedzenie może być jedną z największych życiowych przyjemności. To, że można się nim rozkoszować, odkryłam naprawdę dopiero w Elladzie. Był przepiękny, słoneczny dzień, jeden z tych zwiastujących długo oczekiwaną wiosnę. Słońce świeciło z taką siłą i odbijając się od tafli morza, dodawało całemu światu intensywności i blasku. Usiedliśmy przy stoliku blisko morza. Spokojny szum fal i delikatny zapach soli. Po chwili zjawił się kelner i zamówiliśmy wszystko na co mieliśmy ochotę od rana. Smażone krążki kalmar. Krewetki. Sardynki. Ośmiorniczkę. Porcję frytek, sałatkę po grecku, tzatziki i tzipouro, czyli grecki bimber. Olivka składała całe zamówienie, wbijając ciemne oczy w kenera i brzmiało to, jakby recytowała poezję.

Chwilę po tym, na naszym stole zjawiły się wszystkie cuda, wyłowione z głębin greckiego morza. Niebo, albo raczej morze w gębie…

 

-Dorotaaaa… – spytała Olivka, żując jeszcze frytki – Muszę cię o coś zapytać…

-Słucham! – odpowiedziałam i napiłam się tzipouro.

-A gdyby tak… Gdybyś się dowiedziała, że mój brat, że Jani cię zdradza… To co byś zrobiła?

-Co ja bym zrobiła? – dolałam do szklanki jeszcze trochę bimbru i zamoczyłam świeży, chrupiący chleb posypany sezamem, w sosie tzatziki. Boże, jak to możliwe, że w Grecji to zupełnie najprostsze jedzenie jest tak pyszne…

-Wiesz co Olivka… To zależy… Uważam, że nic w życiu nie jest czarno – białe i wiele zależy od kontekstu. Jak? Z kim? Dlaczego? Inaczej jest, jeśli facet ma, dajmy na to… podwójne życie. A inaczej, jak… Powiedzmy upije się, straci kontrolę i zdradzi. Nie, nie potrafię ci odpowiedzieć. Wszystko zależy od sytuacji…

W międzyczasie domówiliśmy jeszcze więcej frytek, bo były przepyszne! Robione domowo, z niezwykle smacznych ziemniaków. Pieprz, niby słuchał, ale bardziej zajmował się swoimi kalmarami, które też przyżądzone były popisowo.

-Też tak uważam! Wszystko zależy od kontekstu i od sytuacji. Bo dajmy na to, że jest tak… No zdarzyło mu się! Raz… Po pijaku. Stracił nad sobą kontrolę i mnie zdradził! I wtedy… I wtedy to ja w przeciągu jednego dnia spakowałabym wszystkie jego rzeczy i wystawiła, za drzwi. Koniec. Do widzenia! Fajnie było, przykro mi, takie jest życie… Ale, jak jest dajmy na to taka sytuacja…

Pieprz w tym momencie zaczął żuć kalmarę jakby nieco bardziej powoli, uważnie…

-Że prowadzi podwójne życie. Ma drugą kobietę, z którą jest jakiś czas i z nią sypia… To wtedy… Ja już to sobie wszystko przemyślałam w razie takiej sytuacji… Wraca do domu… A ty nic nie tłumaczysz i o nic nie pytasz… Wyciągasz z szuflady zaostrzony tasak, ściągasz spodnie i zanim spyta o co chodzi – nie ma już penisa!

Pieprz w tym momencie zrobił się czerwony, zaczął kaszleć i wypluł kalmarę, którą żuł, a nie mógł przełknąć od dłuższego czasu. Z jego gardła wydobył się głośny dźwięk krztuszenia. Głośny chark i o mały włos, a Pieprz prawieby się udusił!

-No i jak jest już po sprawie, to dalej postępujesz tak jak w przypadku pierwszym. Weź powiedz Dorota… Czy myślisz, że dobrze sobie to obmyśliłam???

Zabrakło mi języka. Zawołałam więc kelnera i poprosiłam o jeszcze jedną szklaneczkę z tzupouro. Przyznać trzeba, że Olivka ma dość kategoryczne podejście do zdrady.

 

TU i TUTAJ przeczytasz jeszcze więcej o Olivce.

 

 

 

Równouprawnienie w Grecji… sobota, 12 stycznia 2019

 

Hihi! 😀 Na naszej wycieczce WIDOKI KORFU

 

Jedna z moich greckich koleżanek, Evgenia jest z wykształcenia matematykiem. Uczy w szkole i udziela korepetycji. Jest przed czterdziestką, więc studiowała jakieś dwadzieścia lat temu.

-Co?!?! – przez dłuższą chwilę nie mogłam wyjść z szoku.

-No, naprawdę! Na moim wydziale nie było toalety dla kobiet. Była tylko męska. Więc siusiu szłam naprawdę w ostateczności. Teraz na całe szczęście dziewczyny na moim wydziale mają już swoją toaletę.

„Dziewczyny mają swój kibelek. Brawo! Krok milowy! Super osiągnięcie!” – pomyślałam, ale w porę ugryzłam się w język.

 

Tak jest! Jeszcze dwadzieścia lat temu, czyli nie tak dawno dawno temu, na wydziale matematyki Politechniki w Atenach nie było WC dla kobiet. Dziś wydaje mi się to zupełnie surrealistyczne. Ale taka jest prawda. A to tylko jeden z wielu przykładów, na to że szczególnie dawniej kwestia równouprawnienia w Grecji mocno kulała. Do dziś jeśli kobiecie umiera mąż, zgodnie z tradycją wdowa do końca życia będzie chodzić ubrana na czarno. Co dzieje się jeśli umiera kobieta? Wdowiec nie będzie się golić przez 40 dni. Do końca życia ubierać się tylko w czarne ubrania, a nie golić się przez ponad miesiąc – przyznacie, że to duży rozstrzał w żałobie. „Czyja ty jesteś?” – tak brzmi popularne greckie zapytanie, kiedy się kogoś nie zna. Czyja? A w domyśle chodzi o to, kto jest albo ojcem, albo mężem. Kiedy zimą dużo pracuję przed komputerem, lubię zabrać laptopa pod pachę i iść pracować do kawiarenki z ładnym widokiem. Wiele z moich greckich koleżanek nie może się nadziwić, że do kawiarni idę sama. Na ich zdziwienie, zawsze odpowiadam tak samo. „Hej! Stop! Mam 33 lata i naprawdę nie potrzebny jest mi już opiekun!”

 

TU! przeczytasz post na temat aborcji w Grecji.

 

Na całe szczęście czasy się zmieniają. Współczesne Greczynki, zwłaszcza te, które mieszkają w dużych miastach, pracują, robią karierę, mają swoje pasje, hobby, zainteresowania. Kobiety żyją własnym życiem. Podobnie jak w Polsce, to jak było dawniej, a jak jest, to dwie zupełnie inne historie. Inaczej wygląda również sytuacja na wsiach, a w dużych miastach.

Czy w Grecji obecnie panuje więc równouprawnienie? Mimo wszystko, mimo wszystkich tych przykładów, jestem ostatnią osobą  w Grecji, która mogłaby odpowiedzieć przecząco. Według mnie, Grecja jest krajem, gdzie kobiety traktuje się na równi z mężczyznami. Jestem tego idealnym przykładem. Jestem  kobietą, a na dodatek pochodzę z innego kraju. Bez męża, ojca, czy też brata u boku, prowadzę na Korfu firmę. I z ręką na sercu. Nie było ani jednego momentu, w którym czułabym się traktowana nierówno ze względu na płeć. W pracy i w biznesie wszyscy jesteśmy równi. Liczy się to co każdy ma w głowie i jakie są jego  umiejętności. Teoretycznie sprawę powinno utrudniać mi również to, że jestem bardzo drobna, wyglądam znacznie młodziej niż na mój rzeczywisty wiek, jestem blondynką, a wobec ludzi z założenia zachowuję się bardzo uprzejmie. Również i te czynniki nigdy nie przeszkodziły mi w mojej pracy  i biznesie, który na Korfu raczej zdominowany jest przez facetów.

 

TUTAJ! przeczytasz o tym, dlaczego Greczynkę boli głowa.

 

To jak to się jednak dzieje? W czym to tkwi, że nawet ja, mimo wszystko kojarzę Grecję z patriarchatem? Takie jest moje pierwsze skojarzenie, że z wyższością mężczyzn jest w Grecji jednak coś na rzeczy…

 

Wiele Greczynek same, na własne życzenie, na własną odpowiedzialność, zupełnie świadomie:

-wybiera rolę gospodyni domowej

-nie pracuje

-zajmuje się głównie dziećmi i domem

-nie chce prowadzić samochodu

-mocno interesuje się gotowaniem

-czas wolny chce spędzać ze swoją rodziną

-ognisko domowe stawia wyżej niż kwestię niezależności finansowej.

 

TU! przeczytasz o radach Olivki, jak postępować z facetami.

 

Myślę, że w dzisiejszej Grecji kwestia równouprawnienia jest świadomym wyborem samych kobiet. WOLNOŚĆ WYBORU. Czego chcę? Jak jest mi lepiej? To co odpowiada mnie, niekoniecznie musi odpowiadać innej kobiecie. I odwrotnie. Jednak mam wrażenie, że znacznie więcej Greczynek nawet w dzisiejszych czasach świadomie wybiera dbanie o rodzinę  i dom, od pracy i inwestowania w siebie. Każdy żyje przecież jak chce. I ta możliwość, to jedno z największych osiągnięć dzisiejszego świata.

 

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Na ile swoją pracę wycenia grecka pani domu?… poniedziałek, 11 grudnia 2017

IMG_20171122_153616

Ostatnio dorobiłam się dwóch nowych koleżanek, z którymi kocham chodzić na kawę. Poznałyśmy się na zajęciach z aerobiku. I tak najczęściej już po, wyskakujemy na dwie chwilki do pobliskiej kawiarenki. Wtedy się zaczyna… Typowa babska paplanina, która dotyka wszystkich spraw tego świata.

Vasso jest tuż przed trzydziestką. Jest mężatką i ma dwóch malutkich chłopców. Z wykształcenia jest pielęgniarką, ale na tę chwilę jest w domu. Tęskni  do swojej pracy, ale też lubi bycie panią domu. Uwielbia dbać o swoje rozkoszne maluchy, zajmować się domem, sprzątać, gotować. Maniakalnie robi też na drutach. Tak na marginesie, czapka którą teraz tak często możecie zobaczyć w opcji Your Story na moim Instagramie (link TU!), jest właśnie autorstwa Vasso. Jest jedną z tych kobiet, które kipią energią, mają zawsze sto pomysłów co zrobić na obiad i jak na zdrowy rozum rozwiązać życiowy problem.

*

-No i wiecie… – Vasso zapala papierosa, a po chwili pije łyk kawy – Teoretycznie nie jestem nigdzie zatrudniona. Ale z dwójką szkrabów, nie ma takiej chwili, że siedzę i czytam spokojnie gazetę. Wczoraj przychodzi z pracy Niko, rozsiada się na kanapie i mi tu zrzędzi jak to on jest zmęczony. Ale przepraszam! Chwileczkę… Wiem że jest mu ciężko, ale przecież po ośmiu godzinach pracy, jedyne czym się zajmuje to zmiana kanałów w telewizorze. Ma wszystko pod nos podstawione. Więc mu mówię: „Weź tak nie narzekaj, bez przesady!”. I wiecie co mi odpowiedział?!?! Mówi, że jak coś, to mi nie da mojej pensji! Myślałam, że z miejsca zejdę. Tak powiedział niby żartem, ale to wcale nie było zabawne.  Wpieniłam się i mówię:

-Słuchaj no stary dziadzie! O której dziś był obiad? Jak w szwajcarskim zegarku – punkt trzecia. A smaczne było?

-Tak…

-I na dodatek… Zdro-we! Ale masz dziś ładnie uprasowaną koszulę? Kto to zrobił? Ty sam?

-Nie, no ty…

-To teraz spójrz na swoich dwóch synów. Najedzeni, czyści, grzeczni i zadowoleni! A myślisz, że wychowywanie ich jest proste? Teraz rozejrzyj się po swoim domu. Pokaż mi, gdzie tu widzisz bałagan? No,  gdzie?

-Jak zawsze… Czysto jak w kościele…

-A czym pachnie???  Co jest teraz w piekarniku?

-Pieczesz kourabiedes… [nasz przepis na greckie ciastka – kourabiedes,  jest TU!]

-Zjesz?

-No pewnie!

-I widzisz mój drogi, ta część tej twojej pensyjki, którą mi dajesz, jest zupełnie nie współmierna do mojej pracy. Jakbyśmy mieli być uczciwi, tak na sto procent, to należą mi się trzy całe twoje pensje! Co najmniej na takie pieniądze, wyceniam ci moją pracę! Dzień w dzień! I nigdy nie biorę zwolnienia od lekarza!

-Oj, nie przesadzaj… Przestań już…

-Nie podoba ci się??? To zaproponuje ci teraz fantastyczną wycieczkę. Punkt pierwszy. Idziesz szybko na górę. Wyciągasz walizkę i wkładasz do niej, co ci jest potrzebne. Punkt drugi! Wchodzisz do samochodu. I punkt trzeci  – wracasz do mamusi!

-Vasso, przestań już! Przecież ja sobie tak tylko zażartowałem!

-A no tak… To był tylko taki sympatyczny żarcik! No wiem… Wiem… Tak, tak! Wiesz… Ja też sobie teraz tylko tak żartowałam… No już, rozchmurz się! No chyba nie bierzesz sobie tego teraz tak na serio!

*

-I wiecie co dziewczyny… – kończy Vasso – Od tej pory nigdy nie narzeka jaki to on jest zmeczony. Jak ręką odjął! Zaczął nawet pomagać przy zmywaniu i prasowaniu. Niby nic wielkiego, ale zawsze coś!

 

Dlaczego Grecy są tak uparci i jak sobie z tą upartością radzić?… niedziela, 18 grudnia 2016

Jani, choć nie wygląda, jest najbardziej upartą osobą jaką znam. Ma to swoje plusy i minusy. Czasami jest tak, że popełni błąd. Nie ma na świecie takiej siły, żeby się do tego błędu przyznał. Taka niesamowita upartość i nieumiejętność przyznawania się do winy, to nie cecha tylko Janiego. Jest to typowa cecha ogromnej ilości Greków. Taka jakby ich cecha narodowa.

Dlaczego tak  jest?

Słyszałam to już od wielu osób. Że jakiś Grek ewidentnie popełnia błąd i za nic nie przyznaje się do winy. Szczególnie turyści, często takie zachowanie uznają, za oszukiwanie. Bardzo się jednak mylą. Nie wiedzą o tym, że ta nieumiejętność przyznawania się do błędów wynika  z  głównej cechy Greków, jaką jest:

DUMA

Grecy to naród niezwykle dumny. Wystarczy spojrzeć na greckie ulice. Wszyscy chodzą pewnym krokiem, wyprostowani, z nosami zadartymi do góry. Nawet kasjerka w Lidlu potrafi przerzucać towary przez taśmę, spoglądając na klienta jak królowa. Koniecznie zwróćcie na to uwagę będąc w Grecji. Z czego to wynika? Moim zdaniem – z wychowania chcianych i wyczekiwanych dzieci, na świadomych swoich wartości dorosłych. Więcej na ten temat przeczytacie TUTAJ!

Prawdziwy Grek, nawet jeśli już popełni błąd, zazwyczaj nie przyzna się do tego  nawet przed sobą. No bo jak to? On zawsze wie, ma racje, robi wszystko najlepiej! Jest zbyt dumny by się przyznać.

Walczenie z tą cechą, to jak walka z wiatrakami. Trzeba nauczyć się nią… manipulować!

*

Greckie kobiety  jakby z pokolenia na pokolenia przekazują sobie całe tomy nigdzie nie spisanej, czysto życiowej wiedzy. Pewnego dnia powiedziałam o tym problemie mojej teściowej Fecie. Że czasem, fakt że Jani ewidentnie popełnia błąd i nigdy się nie przyzna, albo na coś się tak bardzo uprze, doprowadza mnie to do szału! Nigdy, ale to przenigdy nie przyzna  się do winy.

-No i tego akurat już nie zmienisz… – powiedziała Feta. –Równie dobrze tej zimy zacznie padać czarny śnieg. Ale możesz tę cechę użyć, tak żeby tobie pomagała…

O co dokładnie poszło… Nigdy w życiu nie byłam w Grecji na buzuki, czyli koncertach  na żywo, gdzie siedzi się, słucha, tańczy i ucztuje. Zawsze bardzo chciałam iść, ale… a) Jani nie znosi tego rodzaju imprez b) buzuki jest bardzo drogie  i za jeden wieczór lekką ręką trzeba wydać czasem i 100 euro.  Powiedział, że „po jego trupie”. I na tym koniec. Prosiłam. Błagałam. Nic.

-Nie… Nie… Nie… – odpowiedziała Feta. –Każda prośba i groźba jeszcze bardziej go zacietrzewi. Będzie działać jak płachta na byka. A spróbuj tak…

*

Kończyliśmy właśnie obiad. Jani już zjadł, a ja w błogim spokoju dopijałam moje wino. I tak sobie pod nosem tylko zamamrotałam:

 -Ach… Co za szkoda… – wstałam i zaczęłam zbierać brudne naczynia.

-A co się stało…??? – spytał Jani.

-A nic… Takie tam… Muszę iść pozmywać naczynia. Mam dziś dużo pracy. Nic… Naprawdę nic się nie stało i zupełnie niczym się nie przejmuj…

-Co –  się –  sta-ło?

-No nic! Tak sobie myślę, że miałeś 100% racji! Naprawdę NIE powinniśmy iść na te buzuki! Przecież to czyste szaleństwo. Ta muzyka jest męcząca. Na dodatek, to wszystko jest tak drogie. Nie… Nie… Nie… Już więcej naprawdę cię o to nie poproszę. Mamy teraz dużo ważniejsze wydatki…

-Hmmm… No rzeczywiście, to jest bardzo drogie. I naprawdę nie powinniśmy. A już na pewno nie teraz…

-Nie! Nie! Nie teraz! Absolutnie nie teraz…

-Ale może by tak…

I autentycznie. W tym momencie najpierw zupełnie zmienił się wyraz jego twarzy. Widać było, że właśnie intensywnie o czymś myśli. I zaczął się potok pomysłów, skąd możemy wziąć 200 euro. Pomysłów było całkiem sporo, ale każdy starałam się szybko obalić, pokazując, że to naprawdę nie ma sensu. W końcu Jani stwierdził definitywnie:

-Wiesz, życie jest tylko jedno! Dużo pracujemy i po prostu raz na jakiś czas możemy się zabawić! Prawda???

-No ale przecież… Ta muzyka jest tak męcząca! Ty tyle na bank nie wytrzymasz! A co jeśli rozboli cię głowa??? Nie… Zostaw to, to nie ma najmniejszego sensu.

Jani siadł do komputera. Wyszukał kilku piosenkarzy, których znosi, którzy okazali się być nie tacy aż źli. W końcu sam doszedł do wniosku, że w kwietniu mamy rocznicę ślubu i może się poświęcić.

Przypominam tylko, że na początku zaklinał się, że nie ma  szans. A skończyło się na tym, że sam zaczął mnie przekonywać. I ustalone. W kwietniu jedziemy na buzuki!

Metodę na „nie” przekazaną mi przez Fetę stosuję namiętnie i z wielką rozkoszą. Kiedy tylko mam ochotę iść do kina, a Jani jest zmęczony, coś tam mruczę pod nosem, a później wplatam w to, że to wielka szkoda, że  nie możemy iść. Zazwyczaj jest gotowy kwadrans później. Jeśli chce żeby mi coś kupił, najpierw tłumaczę jak bardzo jest mi to niepotrzebne. A jak chcę by coś zrobił, to wykładam mu jak bardzo jest zmęczony i że z pewnością nie jest w stanie tego zrobić. Tymczasem Jani triumfalnie udawadnia wtedy, że jest w stanie zrobić wszystko!  Typowy facet. Typowy Grek.  Metoda na „nie” działa niezawodnie w każdej sytuacji. 100%. Dziewczyny, koniecznie wypróbujcie na swoich facetach, jakiejkolwiek są  narodowości.

Jak zmieniło się moje nastawienie do mojej greckiej teściowej? Czyli… Feta i ja… czwartek, 10 listopada 2016

Nasza relacja już z samego założenia nie mogła być łatwa. Temat greckich matek /  teściowych, to temat rzeka. Choć w Grecji wiele się zmienia,  kwestię równouprawnienia można potraktować trochę z przymrużeniem oka. To często świadomy (i moim zdaniem wbrew pozorom całkiem mądry) wybór Greczynek, które w wielu przypadkach same chcą mieć mniej odpowiedzialną pracę, a częściej przebywać w domu. Mieć czas by dbać o męża, dzieci, dom. Dla typowej Greczynki to jest naprawdę ważne, by w domu pyszny posiłek był na czas, by pachniało w nim czystością, a koszula męża była idealnie wyprasowana. W takim świecie nie ma jednak miejsca na pogoń za karierą. Zarabianie pieniędzy i utrzymanie domu na właściwym poziomie – to już problem faceta.

Moja teściowa – Feta, jest idealnym przykładem takiego modelu. Dlatego dom,  rodzina i co za tym idzie – jej syn – to jej świat. Pępowina, najlepiej jeśli nigdy nie zostałaby odcięta. Feta i ja od samego początku bardzo się polubiłyśmy, mimo tego pojawienie się mnie, naturalną siłą rzeczy, musiało wywołać konflikt. Jeśli jesteście zainteresowani, co dokładnie się działo, tutaj znajdują się najważniejsze w tym temacie posty:

Konkurs na kurę domową

Na „leniwego kota”

Rozmowa

Mój patent na grecką teściową

[Wpisując w wyszukiwarkę bloga słowa „Feta” i „teściowa” znajdziecie wiele innych postów.]

Żeby było weselej, mój model  życia diametralnie różni się od modelu Fety. Choć nie do końca, bo dla mnie również ważny jest dom i atmosfera, jaka w nim panuje. Jednak na miejscu nr jeden, jest dla mnie pisanie i moja praca na Korfu (zawsze równorzędnie). Rozwijanie firmy i rozwijanie się w pisaniu. To czy koszulka Janiego jest wyprasowana, jest istotne (bo lubię jak jest wyprasowana), ale nie najważniejsze. Wiem, że gdzieś w tym momencie mój potencjalny Czytelnik zastanawia się właśnie jakie jest u mnie nastawienie w temacie dzieci. Znając moich Czytelników bardzo dobrze, wiem również że mają dużo wyczucia, by nie pytać o to w komentarzach. Nie jest to jednak dla mnie temat tabu, więc wyprzedzając domysły sama odpowiem. Posiadanie dziecka jest dla mnie ważne, ale nie najważniejsze. Wiem, że wszystko w życiu ma swój czas, a mój czas na chęć posiadania dziecka jeszcze po prostu nie nadszedł i tego na siłę nie da się przyśpieszyć. Posiadanie dziecka, zupełnie świadomie, z pewnością będę przeciągać możliwie długo.  Wracając jednak do tematu głównego…

Właściwie normą stało się, że w okresie, kiedy mnie nie ma, do naszego domu przybywała Feta. Robiła w naszym domu wielkie sprzątanie. Przestawiała wszystko w szafkach i szufladach w kuchni, tak by było „nam wygodniej” (ha! ha! każda kobieta wie, że to nic innego jak taka cicha walka o władzę…) . Prała i prasowała wszystkie ubrania Janiego. Gotowała co tylko się dało. Za każdym razem, kiedy wyjeżdżałam na Korfu, już nawet nie pytałam, bo doniesienia o tym co działo się w naszym domu działały na mnie jak płachta na byka.

Ubiegłej zimy byliśmy w Sałatkowym Domu u rodziców Janiego. Pewnego dnia wybrałyśmy się z Fetą na taki babski wypad. Najpierw fryzjer, później zakupy w mieście, a na koniec kawa…

*

-Wiesz… U nas właściwie nigdy nie było w rodzinie takiego modelu, w jakim wy funkcjonujecie. To tak naprawdę bardzo rzadko się w Grecji zdarza… Że pół roku jesteście razem, a pół na odległość…

-Wiem. – odpowiedziałam – Nawet w Polsce, w zasadzie wszędzie, to jest dość nietypowe. Ale tak naprawdę my do bycia na odległość jesteśmy przyzwyczajeni, wie mama…

-Wiem… Ostatnio była w domu dość burzliwa dyskusja…

Nadstawiłam uszy i z otwartą buzią słuchałam co takiego mówiła Feta. Kiedy trzy lata temu, chwilę po naszym ślubie wyjechałam na Korfu otwierać firmę, na wiadomość, co takiego robimy ojciec Fety – Oregano, prawie dostał zawału serca. Według greckiego modelu jak dwa plus dwa równa się cztery, oczywiste było, że będę „przy mężu” i jak najszybciej pocznę  pierwszego w sałatkowej rodzinie wnuka.

-Ale powiedziałam – kontynuowała Feta – że muszą cię zrozumieć. Że ty po prostu taka jesteś. Siedząc w  domu będziesz się dusić i nigdy nie będziesz szczęśliwa. Ty chcesz pracować i się rozwijać. Powiedziałam, że ma się nie wtrącać i dziadek chyba zrozumiał, że mamy już XXI wiek. Każdy musi żyć tak by być szczęśliwym… Po swojemu.

*

Są w życiu rzeczy ważne i ważniejsze. To że Feta zupełnie bez proszenia nadal czyści nam cały dom, w rezultacie jest fajne, bo dzięki temu dom jest czysty. Ale jest to oczywiste  wkraczanie na cudzy teren. Podobnie jak wszystkie towarzyszące temu czynności. Dla mnie obecnie najbardziej liczy się jednak fakt, że moja teściowa, ona naprawdę chce dla mnie dobrze, chce mojego szczęścia i mi sprzyja. Kiedy dochodzi do konfliktu – bierze moją stronę.

Po jakimś czasie tak samo wyszło, że wypracowałyśmy sobie swój nigdzie nie spisany kodeks. Feta może sprzątać sobie w naszym domu wszystko co jej się podoba. Gotuje Janiemu każdą potrawę. I jeśli ma ochotę to prasuje nawet i jego skarpetki (tak… prasuje…), ale nie przestawia żadnych rzeczy. Nie zmienia ich ułożenia.  Nie zmienia dekoracji. Nie dokupuje nowych bibelotów. Tym samym – osiąglęłyśmy porozumienie gdzieś tak w połowie drogi. Trwało to trochę…

Wiem, że temat teściowej jest gorący nie tylko w Grecji. Tu moja rada dla wszystkich dziewczyn, które mają podobny problem. Co należy zrobić…

a)      na początku jasno wyznaczyć swoje granice i prosto z mostu mówić co się nie podoba i czego się nie akceptuje

b)      ostateczne odcięcie pępowiny trzeba zostawić swojemu facetowi – bo to właśnie on powinien ją odciąć, jednocześnie wybierając, czy chce być po stronie matki, czy żony

c)      nie wdawać się w manipulacyjne gierki (typu: „że przecież chciałam dobrze”, „że tak wam będzie wygodniej / lepiej”) – wyznaczenie granicy i bycie w tym konsekwentnym jest kluczowe

d)     pójście na ustępstwa… najgorsze jest  zacietrzewiać się w sobie i  uparcie stawać przy swoim. czasem też trzeba sobie trochę odpuścić, akceptując to że nikt nie jest idealny i dzięki temu spotkać się gdzieś w środku…

  

W konsekwencji. Nasz dom jest idealnie posprzątany. Do teraz w zamrażarce, na wypadek gdyby nie chciało mi się jutro gotować, jest domowa mussaka [nasz przepis na domową  mussakę znajdziecie TUTAJ!]. A przy tym wszystko jest jednak dokładnie tak, jak zostawiłam przed moim wyjazdem. Moja teściowa mnie bardzo lubi i przede wszystkim szanuje moją pozycję w naszym domu.

Ale… Jak to w Sałatce po grecku… Żeby rozwiązać problem, trzeba wcześniej nieźle namieszać…

Aborcja w Grecji… sobota, 8 października 2016

fot. Katarzyna Anna Jedynak

Ten temat chodził mi po głowie przez długi czas. Ale zupełnie nie wiedziałam jak się za niego zabrać, od której strony go ugryźć. Być może czekał na odpowiedni moment. Bez dwóch zdań – ten moment właśnie nadszedł. Wobec sytuacji, która  ma miejsce w Polsce, to teraz jest najlepsza chwila, żeby napisać, jak kwestia aborcji wygląda w Grecji.

*

Temat ciąży, dzieci, macierzyństwa przez długi czas po prostu mnie nie za bardzo interesował. Jestem jednak w takim wieku, że wiele z moich koleżanek, przyjaciółek, znajomych, zachodzi w ciąże i rodzi dzieci. Podczas jednej z typowych babskich rozmów przy kawie z moją polską przyjaciółką również mieszkającą w Grecji, która właśnie spodziewała się dziecka, zeszłyśmy na tematy ciąży i dzieci.

-A czy nie zauważyłaś tu jednej zastanawiającej rzeczy…? – spytała.

-Hmmm… O co chodzi?

-Ile znasz Greczynek, które zaszły w ciążę, poniżej 20 roku życia?

-Żadnej. Zazwyczaj wszystkie moje znajome w Grecji zachodzą w ciążę gdzieś tak w okolicach 30stki.

-A znasz w Grecji  jakieś wielodzietne rodziny?

-Nie… Zazwyczaj każdy ma tu jedno, dwójkę, bardzo rzadko, naprawdę rzadko trójkę dzieci.–No właśnie… Czy myślisz, że Greczynkom nie zdarzają się wpadki…?

-Hmmm… Znając ich temperament… – wiedziałam, że to ostatnie pytanie,  bez dwóch zdań jest  retoryczne.

*

Po tej naszej rozmowie, zaczęłam trochę w tym temacie grzebać. To znaczy, zaczęłam pytać się wielu z moich greckich znajomych, co sądzą na temat aborcji. Jak można sądzić, ich opinie były  zróżnicowane, tak jak zróżnicowane są same kobiety. To co było dla mnie bardzo zaskakujące, to fakt, że wiele kobiet, z którymi rozmawiałam mówiła o tym, że usunęła kiedyś ciążę.  Jakie były powody? „Nie byłam jeszcze gotowa na dziecko.”  „Mieliśmy już dwójkę, a nie chcieliśmy mieć trzeciego.”  „To nie był ten facet.”  „Nie bylibyśmy w stanie żyć wygodnie, mając kolejne dziecko.” „Byłam za młoda na bycie matką.”

 Aborcja w Grecji jest legalna, bez podania specjalnego powodu do trzeciego miesiąca ciąży (czyli do 12 tygodnia). Aborcji można dokonać  do 24 tygodnia ciąży w przypadku, kiedy dziecko ma narodzić się z poważnym niedorozwinięciem. Bez względu na to jak zaawansowana jest ciąża, kobieta może dokonać aborcji w przypadku, gdy jej życie jest w niebezpieczeństwie, może doznać obrażeń lub w związku z narodzeniem dziecka, będzie mieć problemy psychologiczne. Wtedy za zgodą lekarza można dokonać zabiegu aborcji. Do 19 tygodnia ciąży, jeśli kobieta została zgwałcona  (…). Jeśli kobieta ma mniej niż 18 lat, do zabiegu aborcji potrzebna jest zgoda rodziców. We wszystkich innych przypadkach aborcja jest zakazana, za złamanie zakazu grozi kara więzienia.

[źródło: http://www.iator.gr/2013/11/10/ektroseis-kai-nomos/]

Rozmawiając z kobietami, miałam wrażenie że w Grecji aborcja nie jest niczym, co piętnuje  kobietę. Nawet jeśli nie ma zagrożenia życia lub zdrowia, do 3 miesiąca ciąży, decyzja czy ciąża zostanie utrzymana, czy też nie – zostaje całkowicie pozostawiona kobiecie. Co za tym idzie…

Kto choć raz był w Elladzie, choćby na tygodniowych wakacjach z dzieckiem, na pewno dobrze to wyczuł. Grecy mają absolutnego bzika na punkcie dzieci. Rozpieszczają je często do granic możliwości. Małe dziecko jest tu dla wszystkich oczkiem w głowie, co rzecz jasna ma swojeg dobre i złe strony. Dlaczego tak jest? Dlatego, że większość dzieci, które rodzi się w Grecji to dzieci – chciane, planowane, często długo wyczekiwane.

Prawo to jedno. A jakie stanowisko w tej sprawie ma Grecki Kościół Prawosławny…

Wg Greckiego Kościoła Prawosławnego (nazywanego w Grecji Orthodox Church) aborcja jest stawiana na równi z morderstwem, nawet cięższym niż typowe morderstwo, bo nienarodzone dziecko jest jeszcze zupełnie niewinne i całkowicie bezbronne. Tak chroniona jest ciąża od pierwszego dnia, ponieważ zarodek uznawany jest za człowieka. Wg nauk kościoła aborcja jest uznawana za słuszną, tylko w jednym przypadku – można jej dokonać, kiedy życie matki jest w niebezpieczeństwie.

[źródło: http://www.inagiounikolaoutouneou.gr/apps/gr/spag/3_1373550428.html  http://www.diakonima.gr/]

Kościół w Grecji jest więc stanowczo na „nie”, ale i tutaj znaleźć można dość sporą różnicę, porównując postawę  Kościoła Katolickiego w Polsce.  Grecki Kościół Prawosławny przez Greków jest nazywanym „orthodox”. W języku polskim słowo „ortodoksyjny” najczęściej oznacza, że jakaś doktryna jest bardzo regorystycznie przestrzegana. W praktyce, w życiu codziennym, nauki kościoła nie są tu zbyt mocno przestrzegane. Mówiąc prosto z mostu, to co mówi kościół jest traktowane znacznie bardziej luźno,  w porównaniu  z tym jaką rangę w kwestii między innymi aborcji ma zdanie kościoła w Polsce. Z założenia Grecki Kościół Prawosławny daje swoim wiernym wskazówki  jak w życiu postępować. Unika nakazów, zakazów i przymuszania. I właśnie w tym nastawieniu kryje się główna różnica. Człowiek jest przecież stworzony do tego by żyć jako istota wolna i to on sam w każdej sprawie ma dokonać ostatecznego wyboru. Tak samo jest również w kwestii aborcji.

*

Mieszkam w Grecji już  pięć lat. Nigdy nie chciałabym być postawiona przed decyzją: usunąć dziecko, czy też nie. Uważam też, że nie mam najmniejszego prawa takiej decyzji u kogokolwiek oceniać. Każdy jest wolnym człowiekiem i każdy powinien dokonywać w życiu własnych wyborów. Jest to dla mnie bardzo cenne, że mieszkając w Grecji, żyję w kraju, gdzie mnie jako kobiecie w kwestii aborcji jest pozostawiona wolność. Greckie prawo w tym przypadku to wg mnie mądry, złoty środek. Najbardziej cenię sobie tu jednak coś jeszcze. Mianowicie fakt, że jeśli kobieta podejmie decyzję usunięcia ciąży, nie spotka się tu z potępieniem.

Dlaczego Greczynki nie mają kompleksów?… piątek, 29 kwietnia 2016

Od razu na początku mocno zaznaczę. To oczywiście nie jest tak, że sto na sto mieszkanek Grecji jest pewna siebie, rozpiera je duma i nie posiada ani jednego kompleksu. Ludzie, jak ludzie. Kobiety, jak kobiety. Niczego tak naprawdę nie da się zmieścić w sztywne ramy, ale to mogę stwierdzić z pewnością: ogromna ilość Greczynek, które spotykam na co dzień, to kobiety pewne siebie, świadome swoich wartości, swoich kobiecych atutów, dumne i pozbawione kompleksów. Nie zależy to bynajmniej od ich urody, liczby zer na koncie, stanu cywilnego, wykształcenia, wykonywanej pracy. Tak po prostu jest. One tak już mają. Z czego  to jednak wynika? Moim zdaniem są  dwa główne powody.

POWÓD PIERWSZY.  CZYLI CZYM SKORUPKA ZA MŁODU NASIĄKNIE…

Jedną z największych tajemnic poliszynela Grecji jest to, że wykonuje się tu wiele zabiegów aborcji. Dowiedziałam się o tym całkiem niedawno. Zwróciła mi na to uwagę moja polska przyjaciółka, która w Grecji urodziła dziecko i tak jakoś podczas jednej z rozmów,  zeszłyśmy na temat porodów. Rzewczywiście, dopiero przy naszej rozmowie uświadomiłam sobie, że nie znam i raczej nie widzę w Grecji młodych, nastoletnich matek. Nie spotykam  również wielodzietnych rodzin. Kiedy w Grecji rodzi się dziecko, to najczęściej jest ono długo wyczekiwane, planowane, chciane. Byłam w szoku, kiedy zaczęłam rozmawiać o tym z Greczynkami. Okazało się, że naprawdę spora część dokonała kiedyś aborcji.

Kiedy rodzi się więc dziecko, jest to najczęściej ogromne (i planowane) szczęście dla całej rodziny. Od samego urodzenia  cała rodzina pomaga matce, a kiedy małe dziecko zaczyna coś rozumieć,  przez  sztab babć, dziadków, ciotek, wujów  jest bombardowane komplementami. Weźmy  pod lupę dziewczynki. Choćby mała pociecha nawet i była szkaradna to dla matki, ojca, dziadków i wprost niekończącej się ilości  wujostwa, będzie najpiękniejszą księżniczką na świecie. Wszyscy w  małej dziewczynce dostrzgają wszystko co absolutnie jest najlepsze. A ponieważ Grecy są niezwykle ekspresyjni, do dziecka taki przekaz trafia również przez gesty, mimikę twarzy, nieustające głaskanie i przytulanie. Już od małego, dziewczynki mają taki specyficzny błysk w oku, który jest dowodem, że już w nich  kiełkuje  niezachwiana i niezależna od czynników zewnętrznych  pewność siebie.

Sięgam teraz mocno wstecz w pamięci i  próbuje przypomnieć sobie, kiedy ostatnio widziałam w Grecji dziecko, które byłoby zahukane, nieśmiałe, spięte czy też zwyczajnie  zamknięte w sobie. I nie potrafię przypomnieć sobie ani jednego przypadku.

I tak dziewczynka dorasta. Przeistacza się w dziewczynę, a wkrótce w kobietę. I wtedy dopiero się zaczyna. Bo dzieciństwo to  dopiero początek. Kobieta wchodzi w związek z wychowanym w podobny sposób, dowartościowanym, pewnym siebie facetem. Wybierze za partnera najczęściej takiego, który tylko potwierdzi, to co przez lata słyszała o sobie w swoim otoczeniu. Co dokładnie się dzieje?

POWÓD DRUGI. GRECY JAKBY ODMAWIALI MANTRĘ, KOMPLEMENTUJĄ SWOJE KOBIETY…

Jednym z największych stereotypów dotyczących Greków, jest stereotyp wiecznego lowelasa, który zdradza swoją żonę z kim popadnie. Oczywiście, taki typ istnieje i dość mocno rzuca się w oczy. Ale to jeszcze nie oznacza, że taka jest większość. Czy Grecy zdradzają? Rzecz jasna, że tak! Jak każdy inny naród. Ale nigdy bym nie powiedziała, że chodzi o jakąś odstającą od standartu ilość zdrad. Wiem, że przyjeżdżając do Grecji można mieć wrażenie, że co krok, chwila, moment, a dojdzie do jakiejś zdrady. Powodem tego jest między innymi fakt, że na „dzień dobry”, Grecy bombardują kobiety komplementami. Mówienie  kobietom komplementów jest tu normą, która dzieje się  na porządku dziennym. „Fantastycznie dziś wyglądasz!” „Jesteś przepiękną kobietą.” „Masz śliczne włosy!” „Jesteś świetna.” „Super jest ci w tym kolorze!” To są zdania, które słyszy się w Grecji na co dzień.

Uwielbiam obserwować kobiety, które pierwszy raz przyjeżdżają do Grecji. Kiedy zaczynają coś takiego słyszeć, na początku są speszone lub tkwią w konsternacji. Często widać, że miłe słowa słyszały lata świetlne temu i nawet nie wiedzą jak mają zareagować. A później nie wiem co się dzieje, ale często na kilometr widać, że rozkwitają.

Kiedy  pierwszy raz przyleciałam do Grecji, byłam na trzecim roku studiów.  Mogłam sobie zarzucić to, tamto i sio. Tu za dużo. Tam za mało. To za krzywe, a tamto zbyt proste.  Te kilka pierwszych miesięcy pobytu w Grecji, było najlepszą terapią na wyzbycie się wielu  kompleksów. Jeszcze nigdy wcześniej w życiu nie słyszałam pod swoim adresem takiej ilości komplementów, wypowiadanych wprost, tak po prostu bez większej przyczyny i okazji.

To jest taka niby zwyczajna, mała sprawa. Mówienie miłych rzeczy. A potrafi niesłychanie zmienić stosunek do siebie i do świata. I to właśnie niemalże magicznie sprawia, że kobiety wyzbywają się kompleksów. Zaczynają rozkwitać i błyszczeć.  Tak właśnie funkcjonuje to w Grecji.

Olivka uznana za zbyt grubą w sklepie z ekskluzywnymi ubraniami. Czyli… Greczynki, a kompleksy… sobota, 23 kwietnia 2016

Od już jakiegoś czasu Olivka i jej chłopak Pieprz mieszkają w Atenach. Oznacza to, że mamy do siebie rzut beretem. Czasami wpadają do nas. A czasami Jani i ja wybieramy się w odwiedziny do Aten.

Wpadliśmy do Olivki i Pieprza jakieś dwa weekendy temu. Mieliśmy w planach to i tamto, plus również po prostu się wyluzować, korzystając ze spokojniejszego czasu na dwa dzwonki przed turystycznym sezonem. Było super! Weekend idealny. Wybraliśmy się między innymi na kawę i spacer do Kifisja, czyli obecnie jednej z najbardziej ekskluzywnych dzielnic Aten. Jeśli kiedykolwiek będziecie odwiedzać stolicę Grecji, koniecznie tam zajrzyjcie, bo to zupełnie inna odsłona tego niezwykle różnorodnego miasta.

Zostawiłyśmy Janiego z  Pieprzem na kawie, a same poszłyśmy oglądać wystawy sklepowe. Gdyby tak wygrać w totolotka… Ceny były zawrotne, ale ubrania naprwdę piękne. Kiedy  szłyśmy ulicą, Olivce wpadła w oko jedna sukienka. Co prawda była to kreacja typowo wyjściowa, a żadna okazja się nie nadarzała, ale przecież nie wszystko w życiu musi być tak od razu logiczne. Weszłyśmy do sklepu. Olivka poprosiła sprzedawczynię, żeby podała sukienkę do przymiarki.

Kiedy Olivka się przebierała, ja testowałam piętnastocentymetrowe szpilki za grupo ponad dwieście euro. Haha – hihi! Bawiłyśmy się świetnie. Co prawda ceny w tym sklepie były mało dla nas osiągalne, ale…

Nagle,  teatralnym ruchem Olivka rozsunęła zasłnę przymierzalni, jakby rozsuwała kurtynę.  W kolorze czerwonego wina wyglądała spektakularnie. Krój też był idealny. Problem był tylko z rozmiarem. Sukienka ewidentnie była o numer, a nawet dwa za mała.

Sprzedawczyni z pewnością wyczuła, że nie mamy w planach niczego kupować, tylko tak  sobie mierzymy. Albo jej się to nie spodobało, albo była nie w  nastroju. Kobieta zmierzyła Olivkę wzrokiem od wielkiego palca u nogi, aż po sam czubek głowy i z zadartym nosem powiedziała:

-Pani jest na tę sukienkę za gruba. Nie ma już większych rozmiarów.

Myślałam, że ugną się pode mną te piętnastocentymetrowe szpilki. Spojrzałam na Olivkę i tak samo jak sprzedawczyni nie mogłam powstrzymać ciekawości, co takiego odpowie…

*

Przyznam się zupełenie szczerze. Kiedy pierwszy raz, te kilka lat temu poznałam moją obecną szwagierkę, nie tyle za nią nie przepadałam. Ja jej zwyczajnie nie lubiłam. Działała mi na nerwy jej pewność siebie i zupełny brak samokrytyki. Ale przez te kilka lat mieszkania w Grecji, sporo się jednak zmieniłam. Zupełnie inaczej zaczęłam postrzegać ludzi i świat. Oduczyłam się oceniania po pozorach, jak przyznaje – było kiedyś. I jakoś tak stopniowo najpierw Olivka przestała mnie irytować. Później stała się dla mnie neutralna. Aż w końcu, z ręką na sercu mogę to powiedzieć – ogromnie ją lubię (i to z wzajemnością). Rozumiem jednak również siebie sprzed tych kilku lat. Ja po porstu nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z takim typem osobowości. Typem dziewczyny, czy też kobiety, który w Grecji pojawia się bardzo często. Takim rodzajem Greczynek, które niezależnie od tego kim są, co robią i jak wyglądają, całkowicie pozbawione są kompleksów.  I moja szwagierka Olivka, jest idealnym tego typu przykładem. Widać to już na kilometr. Mocno wyprostowane plecy. Lekko zadarty nos. Silne spojrzenie, zawsze patrzące głęboko w oczy. Chód, jakby ulica którą idzie, nazwana była jej imieniem. Taki rodzaj kobiet pierwszy raz spotkałam mieszkając właśnie w Grecji. A przebywanie z takimi kobietami, było dla mnie absolutnie największą lekcją pewności siebie i najlepszym antidotum na wszystkie moje kompleksy.

*

Olivka odgarnęła swoje czarne jak atrament włosy. Rzeczywiście, sprzedawczyni obiektywnie miała sporo racji. Wyglądała w tej sukience za grubo. Wcisnęła się w nią, a następnie zapięła na siłę, tak że skóra, a pod nią gramy tłuszczyku wydostawały się w każdy możliwy sposób. Nie chodziło jednak wcale o nadwagę, a zwyczajnie źle dobrany rozmiar. Olivka patrzyła na sprzedawczynię przez chwilę, wiedząc że to właśnie cisza jest w tej sytuacji najbardziej wymowna. Po jakiś piętnastu sekundach zawieszenia w czasie, które wydawało się trwać wieki, Olivka wybuchnęła nieskrępowanym, perliczym śmiechem. Wypełniała  go  nokautująca sprzedawczynię współczująca pobłażliwość. Olivka śmiała się jakby zobaczyła dziecko, które niechcący się poplamiło, a popełniona przez nie gafa była nawet nieco urocza. Ech! Ty głupiutka! Sprzedawczyni była zupełnie zbita z tropu. Olivka nie musiała dodawać już niczego. Weszła znów do przymierzalni i przebrała się w swoje ubrania. Chwilę potem  stałyśmy znów na zalanej słońcem ulicy. Kiedy tak razem szłyśmy, Olivka dodała:

-Ależ ona musiała mi zazdrościć… No cóż… W sumie to się jej nie dziwie, więc trzeba jej wybaczyć. Ale! Jak już będzie mnie stać na tę kieckę, a ciebie na te szpilki, to pójdziemy do sklepu obok! Nawet jakby zrobili 90% przeceny, to moja noga już tam nie postanie!

Skąd w Greczynkach taka pewność siebie? Jak to się dzieje, że już jako dziewczyny przeistaczają się w kobiety, zupełnie nie mając kompleksów? Mam oczywiście na to swoją teorię… Ale o tym już w najbliższym poście! 

 

Jedna z wielu przyczyn, przez które w Grecji tak mi się podoba… piątek, 22 maja 2015

     Co prawda dziś miało być zupełnie o czymś innym.  Stałam w kuchni. Kończyłam pić poranną kawę i gapiąc się na to co dzieje się za oknem, układałam w głowie treść posta o planach zamążpójścia  Olivki, pierwszym spotkaniu rodziców Pieprza, z Fetą i Pomidorem i o tym, że owe pierwsze spotkanie miało miejsce… w szpitalu! Za nic nie mogłam się jednak skupić.  Dziś rano Nikula darła się jak nigdy wcześniej.

     Każdy na naszej ulicy wie, że Nikula ma problem. Żeby o tym nie wiedzieć, trzeba chyba być głuchym. Ponad rok temu Niki  urodziła już drugie dziecko. Pewnie planowała, że wszystko  będzie pięknie. Jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej i nic w niej nie idzie zgodnie z planem. Że dom… Że mąż… Że dzieci… Stabilizacja… I że rodzina… Nikula nie tyle, że nie straciła kilogramów po drugiej ciąży, co po prostu fatalnie się roztyła. Zupełnie przestała przy tym o siebie dbać. A z jej kuchennego okna smutno powiewa naderwana firanka, z plamą gdzieś z boku. Ani sama, ani z dziećmi, ani z mężem, właściwie nigdzie nie wychodzi. Od czasu do czasu tylko wyjdzie przed dom, żeby nieco zamieść chodnik.

     Czasami nieco ciszej, ale przeważnie dosyć głośno dosłownie  wydziera się na swoje dzieci. Potrafi tak krzyczeć całymi godzinami. Dziś rano w tym krzyku wyczuć można było coś jeszcze.

     -Masz stać w tym kącie tak długo, aż ci pozwolę się ruszyć! Stój tam!!! Słyszysz?! Stój tam gówniarzu jeden! Wracaj tam z powrotem! Przecież kazałam ci tam stać!!! Nie ruszaj się!!! Za chwilę przez ciebie zwariuje!!!

     Katerina, która mieszka obok, chwyciła swoją córeczkę za rękę (bo przecież dziecka pod żadnym pozorem nie można zostawiać samego) i powolnym, ciężkim krokiem podeszła do okna Nikuli:

    -Nikiii!!! Kochana! Co tam  u ciebie się dzieje?

    Ujmując wprost. Nasza Katerina to taka typowa wiejska baba. Jest gruba, a przy tym potężna. Ręce ma takie, że jakby tylko w czymś przeciwstawiłby się jej dwa razy mniejszy od niej mąż, to za jednym zamachem znalazłby się na najbliższej ścianie. Ale u Kateriny obiad jest zawsze przed czasem.  Przed rozpoczęciem się lata, dywany już są wyszorowane, wysuszone i pochowane. Ubrania, zanim jeszcze przyjdzie im do głowy, żeby się ubrudzić, to już idealnie wyprasowane leżą równo w szafie. Na zewnątrz może być burza, albo i trzęsienie ziemi, ale w każdą niedzielę plus okolicznościowe święta, Katerina z rodziną zawsze będzie w kościele. Wiosną, latem i wczesną jesienią, wieczorami, po skończeniu wszystkich prac i obowiązków, Katerina rozsiada się wygodnie na swojej  werandzie.  Kto przechodzi obok, ten zawsze choć na chwilę się przysiada. Boże… jak ona się wtedy śmieje! Zawsze jak  ktoś wtedy dzwoni do mnie na Skype, to pyta się co na zewnątrz  się dzieje. Odpowiadam, że nic! To tylko moja sąsiadka się śmieje!  Uwielbiam taki typ ludzi. Prostolinijni. Pracowici. Szczerzy. Uczciwi.  Katerina oczytana raczej nie jest i pewnie nie za bardzo ją obchodzi co tam nowego w kinie. Ale…

    -Niki!!! Posłuchaj… Ty nie możesz tak krzyczeć na swoje dziecko! Przecież ono jest jeszcze takie małe, że nawet cię nie rozumie! Dlaczego ty tak krzyczysz? Co takiego zbroili?

    Jak kurtynka w teatrzyku dla dzieci odsłoniła  się szara firanka, a w oknie pojawiła się twarz Nikuli:

    -Ja go muszę nauczyć dyscypliny! Nauczę go tak, że w końcu będzie się mnie słuchać! Miał siedzieć w kącie, a smarkacz jeden ciągle z niego wyłazi.

    Sama kilka razy się zastanawiałam, czy nie powinnam zastukać do drzwi Nikuli, kiedy tak na te dzieciaki krzyczy.  Nigdy tego nie zrobiłam, przyznaje… uważając, że nie powinnam się mieszać. Ale i tak, nawet jeśli, to myślę że niczego bym nie zdziałała. W moim głosie i w wyrazie twarzy byłaby złość, a to najpewniej wywołałoby kłótnie. Tyle.

    W zdecydowanym i zupełnie neutralnym głosie Kateriny, w wyrazie jej twarzy zupełnie pozbawionym osądu, było coś takiego, że Nikula nagle złagodniała:

    -Wiesz Katerina… Ja nie wiem… Ja już nie mogę… Ja już… Ja za chwilę podpalę ten pieprzony dom… Ciągle te zasrane pieluchy, wieczne wrzaski i te ciągłe gotowanie… Niech te bachory chociaż przez godzinę posiedzą cicho… Ja tu za chwilę zwariuje…

    -Ejjj… Niki! Może i popieprzony, ale nie podpalaj. Bo jeszcze na mój się przeniesie. Hahahaaa! Aleś ty głupiaaaa! Hahahahaha!!! Chodź głupia! Chodź to  zrobię ci kawę!

     Katerina machnęła  wielkim ramieniem wskazując na swój dom i poszła powoli w jego kierunku.  Jednym ruchem chwyciła swoją córkę  na ręce, a mała prawie zniknęła w jej potężnych ramionach.

       Dwie minuty później. Człap… człap… człap. I stukot małych stópek. Nikula zamknęła drzwi od swojego domu i zapukała do naszej sąsiadki. Chwilę później nawet w mojej kuchni, aż dudniło  od śmiechu Kateriny.

      I właśnie za takie nienazwane coś, tak bardzo mi się w tej Grecji podoba.

 

Olivka. Jej trzydzieste urodziny. I reklama serka Dirollo… sobota, 10 stycznia 2014

      Ponieważ Święta spędzałam w Polsce, tym samym omijają mnie wszystkie najciekawsze imprezy organizowane z ramienia sałatkowego domu. Wszelkie urodziny, imieniny, grupowe wyjścia do tawern i na typowo greckie tańce. Pocieszam się, że wszystkiego przecież mieć nie można. Na całe szczęście jest Jani, który całkiem nieźle radzi sobie w roli mojego informatora…

 

     Najgłośniejszą imprezą były urodziny Olivki. Niestety, Olivka wcale się z nich nie cieszyła. Po dwudziestym roku życia, każda okrągła rocznica, szczególnie w życiu kobiety przestaje być  powodem do radości. Kilka dni temu, czy jej się to podoba, czy też nie, nasza Olivka musiała obejść  trzydzieste urodziny. I tym samym oficjalnie, przestała mówić o sobie „lat dwadzieścia kilka…”. Na pytanie co chciałaby dostać na urodziny, patrząc spod oczu  za każdym razem odpowiadała: „botoks, botoks i raz jeszcze bo-toks!”.

     Los ostatnio Olivce nie sprzyja. Każdy od czasu do czasu ma taki okres, kiedy… nazwijmy to po imieniu – wszystko po prostu się pieprzy. I nawet bardzo się starając, trudno dostrzec jakieś pozytywy. Olivka nie znosi swojej obecnej pracy. Nie dogaduje się z szefem, ani całą pracowniczą ekipą. Za nic nie może też zaaklimatyzować się w nowym mieście. Pieniądze z pracy są marne i na nic nie starczają.  Perspektywa – kiepska. Po dość długim okresie poszukiwań, na szczęście Pieprz dostał prace. Los jest jednak naprawdę przewrotny, bo nowa  praca Pieprza jest na drugim końcu Grecji. Plany o zamieszkaniu razem, ponownie się nie udają, a próby trwają już grubo ponad rok. Na dodatek te trzydzieste urodziny… Pierwsze zmarszczki. Coraz częściej pojawiające się  siwe włosy, zwiastujące koniec etapu młodości. Być może myślicie, że to błahostka? Ja jednak rozumiem, bo etap przechodzenia z okresu młodości, do wieku średniego, a później starości, u większości Greczynek jest podwójnie bolesny. Dlaczego? Grecka młodość kończy się szybciej i widać to bardziej. Przepiękne greckie czarne włosy, siwieją ekspresowo. A niezwykle silne słońce gorącego południa, bardzo poważnie daje się we znaki mniej więcej po trzydziestym roku życia. To właśnie słońce, które tak pięknie brązowi buzie, to potworny cichy terrorysta,  który o swoich stratach przypomina dopiero po latach, odcinając młodości potężne raty.

     Ale do rzeczy… Swoje urodziny Olivka spędzała w sałatkowym domu. Na całe szczęście, bo dzięki temu mogła  psychicznie się  zresetować. Przyjaciółki  mimo sprzeciwów, zabrały ją na imprezę. Wśród nich, była ta najlepsza – Danai (Jak rozpoczynać dzień wg Danai). Danai to absolutnie jedna z najbardziej pozytywnych osób jakie miałam przyjemność w Grecji poznać. To taka bomba dobrej energii.

      Impreza się nie kleiła. Bo kiedy Greczynka jest smutna, to smutna jest całą sobą. Wszędzie  grała muzyka, ludzie tańczyli, podśpiewywali, pili, rozmawiali. A Olivka – ciągle ze spuszczoną głową. Po kilku kwadransach, zorganizowano małe karaoke. „Mikrofon dla wszystkich!” Danai zgłosiła się jako pierwsza…

    Wyszła na scenę. Na całej sali cisza jak makiem zasiał. Po chwili spokojnym głosem powiedziała przez mikrofon:

    -Nie, dziękuję za podkład muzyczny. Nie jest mi potrzebny. – nastała  chwila ciszy.

    -Na początku chciałam powiedzieć, że zgromadziłyśmy się tutaj z dziewczynami, by uczcić urodziny naszej przyjaciółki   Olivki. – w tym momencie Danai, wskazała na Olivkę, na którą chwilę potem spojrzała połowa sali.

    -Olivkę kocham jak własną siostrę i to właśnie jej dedykuję moją piosenkę.

    Cisza taka, że słychać było jak barman obok przełknął  ślinę. Kilkusekundowe napięcie, które jeśli potrwałoby kilka chwil  dłużej, spowodowałoby spektakularne zwarcie.

     Danai coś odchrząknęła. Poprawiła włosy, zarzuciła kabel od mikrofonu,  poczym zaczęła swoją piosenkę…

     Pamiętacie taki stary hit „Parole, parole…”? W Grecji ta piosenka została wykorzystana do reklamy  serka wiejskiego Dirollo. Olivka go uwielbia,  jest jego wielką fanką. Zamieniając  słowo  „parole” na „dirollo”, Danai przez jakieś trzydzieści sekund śpiewała tę właśnie piosenkę. Przez cały numer używała tylko tego wyrazu! Głośniej ciszej. Szybciej wolniej. Zachowując się przy tym jakby scena naprawdę należała wyłącznie do niej, a cała sytuacja to wielki, estradowy występ. Cały czas wzrok kierowała tylko na Olivkę.

     Większość osób na sali, miała taki wyraz twarzy, jakby nie miała pojęcia co takiego zrobić ze swoimi myślami. Mało obchodziło to Danai, która kontynuowała śpiewanie. Dirollo, dirollo… Dirollo! Dirooollooo!!!

    Olivka nie wierzyła, że to dzieje się naprawdę. Kiedy doszło do niej, że nie śni, wybuchła  niepohamowanym śmiechem. Tak jakby ktoś przekuł balonik, a śmiech był wydobywającym się z niego powietrzem. Przez  trzydzieści sekund, cała sala wypełniona była śpiewem Danai, a później Olivkowym śmiechem. Po skończeniu piosenki, wszystko wróciło do normy i ponownie grać zaczęła muzyka. Pewnie większość osób na sali, była przekonana, że tego dnia zbyt dużo wypiła.

       Wniosek z tej krótkiej historii pcha mi się sam na klawiaturę. Chyba jest w tym sporo prawdy. Prawdziwych przyjaciół poznaje się po… trzydziestce!