Witaj w nowym rozdziale tego bloga… niedziela, 13 października 2019

 

 

Czasami budzę się rano i czuję, jakbym się obudziła z koszmaru sennego. A później biorę głęboki oddech i czuję ulgę, że to już jest za mną. Że ten rozdział jest już zamknięty, a ja zaczynam pisać zupełnie nową książkę…

 

Nigdy tu o tym nie pisałam, bo z założenia tu na blogu nigdy nie chciałam marudzić, ale momentami było ciężko. Każdego roku, tak jak teraz, w połowie października, pakowałam walizki i wracałam z Korfu, do… mojego piekiełka. Już wsiadając na statek łzy płynęły mi jak groch i za nic nie mogłam tego powstrzymać. Ostatnia kawa w papierowym kubku z portowej kawiarenki Sette Venti, który trzymałam jak najmocniej żeby jak najdłużej czuć palcami ciepło kawy  i ciepło Korfu. Ten ostatni papierowy kubek zawsze wiozłam ze sobą i za nic nie potrafiłam go wyrzucić. Nawet pogięty, zmęczony podróżą  do maleńkiej wioski, gdzie diabeł dosłownie mówił dobranoc, zostawał ze mną aż do następnej wiosny.

 

To już zamknięty rozdział i nigdy nie chcę do niego wracać. Zostały mi dwie wartościowe przyjaźnie i mnóstwo złych wspomnień.

W niewielkiej wiosce, której liczba mieszkańców nie przekraczała jednego tysiąca, nazywanej „Białe Domki” został nakręcony film w guście Giorgosa Lanthimosa. „Attenberg”, o którym teraz mowa, atmosferą bardzo przypomina słynnego i równie kontrowersyjnego „Kła”. Reżyserka „Attenberga” w jednym z wywiadów pisała, że  długo szukała miejsca, które dobrze oddaje atmosferę izolacji od świata. Ostatecznie idealną scenerią okazała się wioska, w której mieszkaliśmy przez tych kilka lat. A sam film był kręcony rzut beretem od naszego domu. Tak, przyznaje. Lepszej scenerii do tego filmu znaleźć nie mogła. Z jednej strony morze, z drugiej wysokie wzgórza, odcinające miejsce od reszty świata. Za każdym razem, kiedy wracaliśmy tam z Korfu, czułam jakby ktoś wysysał ze mnie życiową energię. W tej miejscowości nie było niczego co mogłabym choć trochę polubić. Białe domki bez dachów, bo tak wybudować było taniej. Połowa z nich opuszczona, zarośnięta, okraszona śmieciami. Dwa sklepy i dwie kawiarnie. Relacje z ludźmi, które bardziej niż dodawać otuchy, dołowały. Jeszcze nigdy wcześniej w życiu nie czułam takiej izolacji. Od świata. Od ludzi. Od wszystkiego co kocham.

Każdy poranek był walką, żeby mimo wszystko wstać i iść do przodu. Ale każdy dzień był dla mnie jednocześnie szansą, żeby wykonać kolejny krok, by się stamtąd wyrwać. Nie dać się marazmowi, lenistwu, narzekaniu. Zrobić z dniem i swoim życiem coś dobrego.

 

Wygrałam. Sama ze sobą.

Możecie pomyśleć, że się przechwalam. Ale tak właśnie się czuje – jak królowa mojego świata. Najpierw zaczęłam marzyć, a później marzenia zamieniłam w cel. Cel zamienił się w konkretny plan rozpisany na białej kartce. Później całe tysiące godzin ciężkiej pracy. Zarwane noce, mnóstwo codziennych wyrzeczeń. I teraz mam dokładnie, czego tak mocno chciałam. Nic nie smakuje tak wspaniale jak  osiągnięty ciężką pracą cel.

 

Budzę się teraz każdego dnia z przyjemnym poczuciem spełnienia. Mieszkam w domu, który wymarzyłam. Zajmuję się dokładnie tym, czym chce. A moje życie jest takie jak chciałam by było.

 

Powoli kończymy kolejny sezon na Korfu. Ten szósty był dla nas najważniejszy, bo najbardziej przełomowy. Pod koniec kwietnia tego roku Jani złożył wypowiedzenie ze swojej starej pracy. Zamówiliśmy transport mebli i najpotrzebniejszych rzeczy, z założeniem, że zaczynamy nowe życie na Korfu.

Na początku było trochę stresu, ale później wszystko poszło jak tornado. Znów i tego roku na naszych wycieczkach po wyspie było was tak dużo! Nowością w tym sezonie były wycieczki rejsowe, o które często pytaliście każdego poprzedniego lata. Wprowadzenie ich okazało się być strzałem w dziesiątkę. To również w tym roku Jani postawił pierwsze małe, ale stabilne kroki w swoich lotach na paralotni. Powoli kończymy bardzo intensywny, piękny sezon.

Od teraz mieszkamy na Korfu już na stałe. A ja każdym zmysłem czuje, że to zupełnie nowy rozdział mojego życia. Za nami całe sześć lat bardzo ciężkiej pracy. Ale satysfakcja jest nie do opisania.

Witaj w zupełnie nowym rozdziale tego bloga. Sama jestem bardzo ciekawa, o czym teraz tu będzie…

 

Nasza wycieczka w mieście Korfu

 

 

Żeby być szczęśliwym, człowiek musi pracować… piątek, 8 grudnia 2017

Sałatka po grecku

Sałatka po grecku

Ogórek jest po pierwsze najlepszym przyjacielem, a po drugie kuzynem Janiego. Było mi przykro, kiedy podczas ostatniej wizyty w domu Sałatki widać było, że w jego życiu dzieje się źle.

Nadal jeszcze czasem mnie to zaskakuje. Że w greckich rodzinach o problemach mówi się zupełnie zwyczajnie. O rzeczach, które leżą gdzieś na samym dnie duszy, których przecież niby człowiek powinien się wstydzić, ludzie potrafią tu opowiadać z równą łatwością, jakby tłumaczyli przepis na ciasto. W Grecji, wśród Greków naprawdę mało jest tematów tabu. Psychologowie ze zdobyciem pacjentów mogą mieć ciężko.

Podczas jednego z obiadów, na którym zebrała się spora liczba członków rodziny, Ogórek sam powiedział, że czuje się fatalnie. Ma trzydzieści parę lat. Od ponad dwóch jest  bez pracy i bez perspektyw na znalezienie czegoś. Rozstał się z dziewczyną. W portfelu zrobiło się  pusto. Zrezygnował z wynajmowanego mieszkania i wrócił do mamy. Dzień po dniu, tej energii żeby wstać rano, było coraz i coraz mniej. W końcu ta mała iskierka „chcę”, prawie przestała się tlić. Wystarczyło spojrzeć na Ogórka, żeby od razu wiedzieć, że jest naprawdę źle. Wydrążone brakiem snu, cienie pod oczami. Szara cera. Włosy, które dawno nie widziały fryzjerskich nożyczek. Ubranie, które wyglądało jakby na trzy minuty przed wyjściem, wyjął z kosza na pranie, to co pierwsze wpadło w ręce.

Bałam  się, co będzie dziać się dalej.

*

Ślub Olivki i Pieprza [kto jeszcze nie czytał o ich ślubie – post o tym jest TU!], był również idealną okazją do spotkania się ze wszystkimi członkami rodziny. Czego można się było spodziewać, my z Janim siedzieliśmy przy Ogórku. Każdy w rodzinie wie, że Jani i Ogórek, to od dziecka takie papużki nierozłączki. Kiedy spotkaliśmy się jeszcze przed urzędem stanu cywilnego, prawie go nie poznałam. Wszystkie namacalne różnice, skupiały się jak w soczewce, w świecących się oczach.

Beżowe, lejące się spodnie. Świeża, błękitna koszula rozpięta przy szyi. Wypastowane na błysk buty, w których można było się przejrzeć. Modnie przycięte włosy i połyskujący na nich żel.

*

-No powiem cioci, że Ogórka to nie poznałam – zaczepiłam jego mamę – Cytrynę, bo po prostu nie mogłam się powstrzymać. [TU! i TUTAJ! znajdziecie przykładowe posty o mamie Ogórka, natomiast TUTAJ! koniecznie zobaczcie jak na każde Boże Narodzenie Cytryna fajnie dekoruje dom].

-Haha! – głośno się zaśmiała – Wiem, wiem. Ta praca dodała mu skrzydeł, a już było marnie. Właściwie przestał wychodzić ze swojego pokoju. Daj spokój… Całe dnie i noce przed komputerem. Nie wiedziałam, co ja mam robić…

Były już takie momenty, kiedy Ogórek prawie się załamał. Aż w końcu, ktoś powiedział mu, że w Lidlu obok, szukają kogoś do pracy. Lepsze to, niż nic i tak wysłał swoje CV. Co prawda pensja była malutka, warunki pracy bardzo słabe, ale tak jakoś się złożyło, że jak już napisał swoje CV, no to jak już było gotowe, to wysłał  do kilku innych. A jak zaczął wysyłać, tak po drodze, sprawdził jeszcze kilka miejsc z ogłoszeniami o prace. Zupełnym, ale to zupełnym przypadkiem, Ogórek znalazł jedno ogłoszenie, które naprawdę bardzo mu się spodobało. Coś w rodzaju pracy marzeń. Na lotnisku, kilka kilometrów od domu, szukali kogoś, kto będzie się zajmować systemem rezerwacji biletów lotniczych. Do tego wpadało jeszcze kilka (przyznaję, zupełnie niezrozumiałych dla mnie) zadań typowych dla informatyków. Ogórek trochę automatycznie wysłał swoje CV i pewnie już o nim zapomniał.

Dzień, w którym dowiedział się, że nie nadaje się nawet na najniższe stanowisko w sieci marketów Lidl, musiał po prostu go dobić. Zamknął się w swoim pokoju i już w ogóle przestało mu się chcieć gadać. Ale dokładnie tego samego dnia, jakoś pod wieczór, zadzwonił jego telefon.

-Mamo!!! – łupnęły o ścianę drzwi od zadymionego, ciemnego pokoju, który od tygodnia nie zaznał światła dziennego –Musisz iść ze mną jutro na zakupy! Przecież ja nie mam w co się ubrać. Te stare ubrania, nadają się na śmieci.

I to był właśnie ten moment przełomowy. Ogórek dostał pracę na lotnisku i za kilka dni zaczynał szkolenie. Zmienił garderobę. Poszedł do fryzjera. Kupił sobie nawet notatnik i plastikowy kubek na kawę, żeby mieć go w samochodzie. I tak po ponad dwóch latach bezrobocia i pogrążania się w sobie, poszedł do pracy.

Praca, okazała się być rzeczywiście dla niego świetna. Pensja nie jest jeszcze zbyt wysoka, ale wszyscy z Ogórka są bardzo zadowoleni. Okazał się być bardzo pracowity, rzetelny i błyskotliwy. W nowej pracy poznał też kilku nowych kumpli i fajnego było coś jeszcze…

*

-No i w każdą środę mamy trzy samoloty  z Polski i to jednocześnie. Osiem, albo nawet i dziewięć na dziesięć! – mówi do mnie, prawie sylabizując.

-Co? – odpowiadam pytaniem, bo zupełnie nie mam pojęcia o co mu chodzi.

-Mogę stwierdzić, że nawet dziewięć na dziesięć. Niech ci będzie! Dziewięć, na dziesięć dziewczyn z Polski są naprawdę piękne! Co wy takiego jecie?  Najpiękniejsze kobiety w całej Europie! Wszyscy w pracy, najbardziej lubimy właśnie środy…

 

 

Co po sezonie turystycznym robią mieszkańcy Korfu? Co po sezonie robię ja?… niedziela, 22 października 2017

IMG_20171022_122528

Na naszych wycieczkach pojawia się coraz więcej czytelników mojego bloga. Ludzie najpierw czytają Sałatkę, a później postanawiają lecieć na Korfu. Albo szukają wiadomości o Korfu, trafiają na bloga i już na długo na nim zostają. Nie zależnie od kolejności, coraz częściej jest tak, że nasze wycieczki są dla mnie świetną okazją do poznawania moich czytelników. Tak w realu. Twarzą w twarz, na żywo. Dzięki temu wiem dokładnie, co was najbardziej interesuje. Jaki chcecie zgłębić temat. Co was najbardziej ciekawi.

Jedno z pytań, które podczas tras powraca jak boomerang, brzmi:

Skoro większość mieszkańców Korfu, zajmuje się turystyką, to czym zajmują się po skończeniu sezonu? No i co takiego jesienią i zimą robisz ty, Dorota?

Sezon turystyczny na Korfu trwa mniej więcej od połowy maja do połowy października. Korfu ma 600 km2 i rośnie na niej około 4 milionów drzew oliwnych. Sezon na zbiór oliwek zaczyna się w październiku i potrafi trwać nawet i całą zimę. Idealnie! Bo po skończeniu pracy w turystyce, wiele osób może zająć się zbieraniem oliwek. Ludzie mają różne inne dorywcze, dodatkowe prace w zależności od ich zawodu, umiejętności czy potrzeb. Często z Korfu wyjeżdżają. Albo  przygotowują się do następnego sezonu.

ALE! Uwaga…

Praca w turystyce jest szalenie specyficzna. W pięć miesięcy musimy często zapracować na cały rok! Co oznacza to w praktyce? Że podczas tych pięciu miesięcy pracuje się co najmniej ze zdwojoną siłą. Często jest tak, że ludzie w turystyce pracują przez kilka miesięcy, bez dnia przerwy, często nawet po 15 godzin dziennie. Powtórzę to jeszcze raz… Przez kilka miesięcy, bez żadnego dnia przerwy, nawet po 15 godzin dziennie! Kto przepracował w turystyce choć jeden sezon, ten wie z czym to się je. Organizm przechodzi wtedy prawdziwy Sajgon. Bo dodatkowo szczególnie w strategicznych miesiącach, takich jak czerwiec, lipiec, sierpień, praca jest często morderczo intensywna.

U mnie standardem jest, że telefon zaczyna dzwonić od ósmej rano, a milknie dopiero po północy.  Śniadanie jem najczęściej albo w samochodzie, albo gdzieś w trasie i niestety, ale zawsze pod koniec sezonu tracę cenne dla mnie kilogramy. Prawdziwym luksusem jest to, że mogę w nocy spać więcej niż 4 godziny. A kiedy  mam dzień wolny, to zazwyczaj nie robię wiele więcej niż nadrabianie szalenie cennego latem snu.

Organizm każdego ma swoje granice. I nawet super człowiek, nie jest w stanie wytrzymać w takim rytmie dłużej. Dlatego po pierwsze każdy, kto pracuje w turystyce, w sezonie jesienno – zimowym:

  • zwalnia
  • odpoczywa
  • regeneruje organizm

No dobra… Ale czy ludziom, którzy tak intensywnie pracują latem, nie nudzi się jesienią i zimą???

Nie wiem jak dokładnie jest u innych, ale mnie bynajmniej NIE! Bardzo lubię zmiany i to, że mój rytm letni jest tak zupełnie inny od zimowego, bo moje życie zimą zmienia się o 180o. Jednocześnie bardzo lubię to jak wygląda moje lato i to jak wygląda moja zima. Zawsze jest super, tylko że zupełnie inaczej.

Co takiego robię właśnie teraz, czyli w sezonie jesienno – zimowym?

  1. Dbam o siebie i moje zdrowie.  Nadrabiam stracone kilogramy, czyli bardzo dużo i bardzo zdrowo jem. Robię badania krwi, żeby dowiedzieć się czego ewentualnie w moim organizmie brakuje. Zazwyczaj jest to żelazo. Dlatego tak komponuje moje posiłki, żeby było go najwięcej. Co roku… Odrobaczam organizm! Dlaczego??? Ponieważ jest ogromne prawdopodobieństwo, że jedząc codziennie w najróżniejszych  miejscach publicznych, nawet dbając o higienę, to złapałam jakiegoś pasożyta. Robienie badań, czy i  jaki dokładnie pasożyt  może to być, trwałoby wieki. Dlatego idę do lekarza i proszę o przepisanie tabletek na odrobaczanie, tłumacząc dlaczego. Więcej o tym dlaczego jest to tak ważne, przeczytacie na blogu ANI! Poza tym dbam o dobry i długi sen. Zapisuje się na zajęcia sportowe. I tak zwyczajnie po babsku, mam czas by zadbać o swój wygląd.
  2. Jestem spełnioną kurą domową! Zawsze po skończeniu sezonu, przez tydzień sprzątam, odgracam, porządkuje mieszkanie. Organizuje wszystko tak jak lubię. Dokupuje nowe dekoracje i tworzę dom, w którym kocham przebywać.  Uwielbiam gotować, więc testujemy z Janim bardzo dużo nowych przepisów. Wymyślam nowe dania i piekę domowe ciasta. Prasuję, czyszczę, sprzątam, układam. Ujmując krótko, zimą staję się typową, bardzo spełniającą się kurą domową.
  3. Pracuję nad następnym sezonem. To, że nasza firma z roku na rok się rozwija, nie jest przypadkiem i samo się nie dzieje. Jest to zawsze wynikiem bardzo intensywnej pracy nad nowym sezonem jesienią i zimą. Co roku coś trzeba zmienić, ulepszyć, poprawić. Firma, która nie idzie do przodu, tak naprawdę się cofa!
  4. Bloguję, kręcę  filmiki na YouTube, piszę do gazet. I to bardzo konkretnie. Głównie na tym upływają mi całe dnie. Jest to praca po kilka godzin dziennie. Niby zawód wolny, ale w moim przypadku dyscyplina jest wojskowa. Kilka typowych wymówek i łatwo sobie odpuścić, albo wyjść z rytmu. A to przecież nie wchodzi w grę!
  5. Piszę moją książkę. O to też często pytacie! Co z książką? Czy już jest??? Tak, książka już jest. Brakuje jeszcze ostatniego rozdziału, ostatecznej redakcji i zdjęć. Wracam do niej właśnie teraz. A co po napisaniu? Trzymajcie mocno kciuki!
  6. Dbam o moje przyjaźnie. W sezonie prawie zupełnie nie ma na to czasu. Tak jakby znikam z życia towarzyskiego. Wraz z październikiem, zaczynam nadrabiać zaległości. Dzwonie do przyjaciół. Odpowiadam na tonę zaległych maili. Ciągle się z kimś spotykam.
  7. Nałogowo oglądam filmy. Co najmniej raz na dwa tygodnie idę  do kina. Wciągam się w jakiś fajny serial i oglądam co najmniej jeden porządny film tygodniowo. Co rozumiem pod nazwą „porządny”? Chodzi o klasyki kina, filmy które z jakiegoś powodu są ważne, albo dobre filmy które pojawiły się ostatnio, a które przegapiłam w kinie.
  8. Czytam. Książki. Gazety. Moje ukochane blogi. Zawsze przed snem, z kubkiem  kojących ziół. Właśnie teraz wybieram jedną z książek Hemingway’a, bo ostatnio brakuje mi dobrej klasyki.
  9. Podróżuje. Zazwyczaj na chwilę przed i chwilę po sezonie wybieramy z Janim jakieś ciekawe miejsce do odwiedzenia. Kiedy tylko jeszcze trochę odsapnę, będziemy bookować bilety i zdaje się, że padnie na Portugalię. Natomiast jeśli nic się nie zmieni, to wiosną odwiedzimy pierwszy raz Rodos. Nie potrafię usiedzieć dłużej w jednym miejscu – ten świat jest na to stanowczo za ciekawy. Więc nawet w naszej okolicy, ciągle odwiedzamy jakieś nowe miejsca.
  10. Nie robię nic. Chodzę na długie spacery. Godzinami piję kawę. Przeglądam plotkarskie gazety. Albo gadam z kimś o niczym. Koncentruje się na tym, żeby zwolnić. Mieć czas by docenić najzwyklejsze, codzienne, proste życie.

 

 

Co według Greków jest w życiu najważniejsze?… niedziela, 20 sierpnia

Korfu, Rajska Plaża (Chomi)

Korfu, Rajska Plaża (Chomi)

Przyszła połowa sierpnia. Jest to najcięższy okres dla każdego, kto pracuje w turystyce. Nasila się zmęczenie z poprzednich miesięcy, a pracy jest jeszcze wiele. Jest przy tym gorąco, więc również fizycznie jest po prostu ciężko. Na dodatek u mnie natłoczyło się kilka problemów związanych z pracą. Poczułam się przy tym zwyczajnie bardzo zmęczona.

*

-… I tak właśnie to wszystko wygląda. Uwierzysz! – skończyłam opowiadać Królikowi. Właśnie odpływaliśmy z naszą grupą z Rajskiej Plaży. Patrzę na niego i oczekuję na jego twarzy choć śladu oburzenia, a później jakiejś sensownej rady.

-I na dodatek to, tamto i jeszcze to – ciągnę dalej, ale zamiast zatroskania widzę, że zaczyna się uśmiechać. Patrzy w morze, a później na mnie:

-A powiedz ty mi… Co jest dla ciebie w życiu najważniejsze?

-No jak to co… O co ty się mnie w ogóle teraz pytasz?

-O to, co jest dla ciebie w życiu najważniejsze???

Milczę chwilę, bo zbita z tropu nie mam zielonego pojęcia co mam odpowiedzieć.

-To ja ci podpowiem. Najważniejsze dla ciebie jest twój Jani, twoja rodzina, twoi rodzice, twoja siostra i twoi siostrzeńcy. Twój dom i to, co ze sobą robisz w czasie wolnym. Praca, to jest tylko(!) praca. Kasa to jest tylko kasa! Praca, czasem lepsza, czasem gorsza. Kasa, czasem jest, a czasem jej nie ma. A życie ma do siebie to, że zawsze są w nim jakieś problemy. Ale twoja praca nigdy nie powinna być dla ciebie numerem jeden. Przestań przejmować się głupotami, dzielić włos na czworo i przestaw sobie w głowie to, co jest najważniejsze. A przede wszystkim to wyluzuj! Z Janim jest dobrze, w twoim domu też. Co prawda czasu dla siebie teraz nie masz, ale jak skończy się sezon, to sobie odpoczniesz. Czyli podsumowując… Wszystko jest ok!

Też spojrzałam w morze. Kilka wdechów i wydechów. Jakie to jest proste i mądre. Czy też zauważyliście, że Grecy o wiele częściej się uśmiechają? Po kilku chwilach poczułam, jak robi mi się lżej do dobrych kilka kilogramów. Kilka dni później te wszystkie nagromadzone problemy same się rozwiązały. A wystarczyło tylko nieco zmienić punkt widzenia…

Zostawić wszystko i zacząć nowe życie w Grecji. A raczej o tym, dlaczego… tego nie robić?… sobota, 3 grudnia 2016

„Mam ochotę  zostawić moje życie. Rzucić wszystko. Wyjechać i od zera zacząć mieszkać właśnie w Grecji. Czy możesz mi powiedzieć – jak ja mam to zrobić?”. To pytanie powraca do mnie jak boomerang. Kiedy rozmawiam z turystami w czasie sezonu, a później chwilę po tym jak skończy się lato, w postaci maili. Zazwyczaj towarzyszy mu bardzo podobna opowieść:  „Mieszkam  tu,  a tu. I od tylu, a tylu lat pracuje w korporacji. Nienawidzę tej pracy. Czuje, że dosłownie się dusze. Pracuje całymi dniami. Kończę i idę spać. W weekendy na nic nie mam siły.  W Polsce cały czas pada. Jest szaro, buro. A zimą jest tak zimno, że już niczego mi się nie chce.  Poza tym, Polacy ciągle na coś narzekają i nikt w tym kraju się nie uśmiecha. Mam naprawdę dość mieszkania w Polsce.  Chcę rzucić to wszystko i zamieszkać w takim kraju jak Grecja. Tu panuje taki luz, wszyscy są uśmechnięci i zawsze świeci słońce…”.

Kiedy rozmawiam z taką osobą, nie wiem co mam jej odpowiedzieć. Zazwyczaj liczę do trzech i gryzę się w język, żeby nie wykrzyknąć: „ale za nim to zrobisz, to najpierw puknij się w czoło!”. Choć z drugiej strony doskonale rozumiem, bo schemat jest ten sam – to po prostu tak działa. Polacy, którzy latem przyjeżdżają do Grecji jako turyści, bardzo często mają  przekonanie, że Grecja to raj. Ale uwaga…

 Obraz Grecji z perspektywy wakacji, to nie jest obiektywny obraz tego kraju.

STOP!

Kiedy jesteśmy na wakacjach – wszystko widzimy inaczej. Nikt od nas niczego nie chce. Poza zjawianiem się na posiłkach, nie ma się właściwie żadnych obowiązków. A jedyny problem, to czy danego dnia udać się na basen, czy nad morze. W takim stanie ducha, człowiek myśli i czuje się inaczej. I oczywiste jest, że każdy taki wakacyjny luz chciałby czuć w sobie najchętniej – przez cały czas. Niestety. To nie jest możliwe. Fajnie, gdyby było inaczej, ale taki stan ducha nie trwa w  człowieku wiecznie, kiedy mieszka się w Grecji i pracuje tu na stałe. Tutaj również dopada człowieka stres, jest wiele rzeczy, która denerwuje. A problemy, jak to problemy – pojawiają się zawsze.

Większość turystów jest również oczarowana faktem, że Grecy są niesamowicie uprzejmi, mili, serdeczni i że tak często się uśmiechają. Oczywiście, że tak jest… Do momentu, kiedy się wkurzą. Na turystę wkurzać się nie wolno (a przynajmniej oficjalnie). Turysta jest gościem i jest traktowany na specjalnych zasadach. Kiedy mieszka się w Grecji na stałe, wchodzi się również w najróżniejsze problemy. Szybko okazuje się, że sympatyczny Grek, potrawi wkurzyć się tak, że wybucha jak wulkan. Przeklina, macha rękami, dostaje słowotoku, żeby udowodnić że przecież zawsze ma racje. Ludzie jak ludzie. Nikt  nie jest idealny. Ale stwierdzenie, że Grecy są nieustannie mili i wiecznie uśmiechnięci, również jest mocno wyidealizowane.

Oczywiście… W Grecji jest bardzo dużo słońca. Klimat sprzyja wszystkiemu. I jest po prostu cieplej. Fantastycznie jest przede wszystkim latem. Jednak taka pogoda nie trwa przez 12 miesięcy, a jedynie trzy, cztery. Pamiętam jak byłam zszokowana, kiedy przyjechałam do Grecji pierwszy raz zimą. Ten obraz bardzo daleki był od moich wyobrażeń. Co prawda w lutym termometr wskazywał 5 stopni na plusie, ale… W typowym greckim domu kaloryfer grzeje tylko 6 godzin dziennie. Wszędzie jest wilgotno, jak w wychłodzonej saunie. Coś takiego jak puchowa kołdra –  w tym kraju nie istnieje. W rezultacie w mieszkanich często naprawdę jest szalenie zimno, a w nocy nie ma nawet czym się przykryć. Zimą podobnie jak w Polsce, ciemno  robi się chwilę po szesnastej. Pada. Wieje tak, jakby za chwilę miało zerawć dach.  Nie ma śniegu, więc jeste szaro. A jak zacznie grzmieć, to może padać całe cztery dni. Zima w Grecji potrafi być przeraźliwa. Ale w głowach 95% turystów tkwi przekonanie, że również i zimą jest tu tak ciepło, że na spacery można chodzić w sweterku.

Czy Grecy narzekają??? Uuuu… Temat rzeka. Grecy uwielbiają plotkować, grzebać się w obgadywaniu, a przy tym potrafią niesamowicie narzekać dosłownie na wszystko!

Mimo tego Grecja jest ekstra! A Grecy są świetni. Polska za to jest fantastyczna, a my Polacy jesteśmy wystrzałowi. Chodzi mi tylko o to, żebyście nigdy nie mylili wakacyjnego obrazu Grecji, z grecką codziennością. Tutaj też potrafi być ciężko i dopadają człowieka kłopoty.

Problemów nie zostawia się wraz z zamknięciem domu na klucz. A szczęścia nie znajduje się wraz z obietnicą tego co „nowe”. Nastawienia do problemów i życiowe szczęście nosimy w sobie. Żeby zmienić coś w swoim życiu nie wystarczy zmienić adresu i zewnętrznej otoczki, środowiska w którym mieszkamy. Żeby coś zmienić, trzeba zacząć od tego co ma się w głowie. Najczęściej krok po kroku, mozolną pracą nad samym sobą…

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Dlaczego uwielbiam pracować na Korfu?… poniedziałek, 5 października 2015

W miejscu, gdzie wychodzi się z głównego portu, tuż przy drodze, znajduje się znana w całym mieście kawiarnia Sette Venti. Robią tam naprawdę świetną kawę. Kierowca miał odebrać mnie właśnie tam, zatrzymując się dosłownie na ułamek sekundy na bardzo ruchliwej drodze. Co prawda na Korfu jeżdżą  jak w szwajcarskim zegarku, ale ja zawsze i tak lubię być te 10 minut wcześniej. Godzina dziesiąta dwadzieścia. Mam więc równe dziesięć minut. Za krótko by zamówić jeszcze kawę, ale za długo by stać już przy samej drodze, bo żar leje się z nieba.

A co mi tam! Najwyżej poproszą, żebym odeszła.

Chowam się więc pod cieniem dachu. Torbę z wszelkimi rzeczami, które „mogą się przydać”, stawiam na krześle. Plecak na stole. Stoję i wypatruję autobusu z kierowcą, którego słoneczne okulary zakrywają pół twarzy, a równy jak od linijki rząd wielkich, zdrowych, białych zębów odsłania się samoczynnie jak tylko mnie widzi.

W kawiarence robi się tłoczno, bo to taka najtłoczniejsza dla niej  godzina. Zajęte są prawie wszystkie stoliki. Kelner biega między nimi, trzymając w jednej ręce tacę pełną różności, jakby nie dotyczyło jej prawo grawitacji. Na tacy ma kilka kaw i szklanek z wodą. Podbiega i do mnie. Myślę, że pewnie za chwilę poprosi by zwolnić stolik, a ja będę musiała wyjść z przyjemnie chłodnej strefy cienia.

Na moim stoliczku ląduje jednak  szklanka z wodą, choć w zamaszystym  ruchu prawie jedna trzecia się wylewa:

-Przepraszam, ale ja nic nie będę zamawiać. Za chwilę uciekam!

-Wiem! Ale czeka cię cały dzień pracy. Napij się dziewczyno przynajmniej szklanki wody! – krzyczy, sekundę później ginąc gdzieś między stolikami.

Dziesiąta trzydzieści. Podjeżdża biały autobus. Za szybą  widzę zakrywające pół twarzy, słoneczne okulary. Chwilę później w serdecznym uśmiechu, odsłania się równy rząd białych, zdrowych, wielkich zębów Vassilisa. Tak zaczynam dzień.  Tacy są tu ludzie. I dlatego uwielbiam pracować na Korfu.

 

Z CYKLU: Jadę do Grecji na wakacje – Dlaczego pod koniec sierpnia kelner zabija turystę wzrokiem?… środa, 26 sierpnia 2015

    

      Na zamówienie czekałam dłużej niż 20 minut! Lód w mojej zimnej kawie już dawno stopniał. No i  dlaczego ten kelner ma taką minę! Jakby podawał mi  kawę z łaską. Jak mu się nie podoba, to przecież nie musi tu pracować!

 

     Również i mnie takie właśnie myśli chodziły po głowie, kiedy w okolicach drugiej połowy lata spędzałam wakacje w Grecji. Kiedy w kawiarniach, tawernach, restauracjach, hotelach obsługa była po prostu niemiła.  Zupełnie zmieniłam mój punkt widzenia, kiedy pracę w turystyce poznałam od kuchni.

    Jest druga połowa sierpnia. Jest to najtrudniejszy okres, dla każdego kto pracuje w turystyce. Lwia część pracy jest już za nami. Ale za chwilę zacznie się jeden z najbardziej intensywnych okresów pracy, czyli wrzesień. Za chwilę w wycieczkowych autobusach nie będzie już dzieci. Ich miejsca zajmą emeryci, którzy do Grecji wybierają się w nieco chłodniejszym okresie. A emeryt to czasem bardzo specyficzny rodzaj turysty.

     Kiedy pierwszy sezon zaczęłam pracować w turystyce, nie mogłam uwierzyć, że praca w sezonie tak właśnie funkcjonuje. Nie wierzyłam do momentu, kiedy zobaczyłam na własne oczy. Większość osób, które latem w Grecji pracuje w kawiarniach, tawernach czy też hotelach, pracuje od połowy maja do października często po 12 – 15 godzin dziennie… bez dnia przerwy! Codziennie wykonując te same i te same czynności.

    -Kiedy umówimy się na kawę? – pytam moją koleżankę, która pracuje w kawiarence, gdzie  zaglądamy podczas trasy.

    -Najwcześniej…  jakoś w połowie października.

    Jeśli już dzień wolny się dostanie, to zazwyczaj człowiek nie jest w stanie wstać z łóżka. Śpi całą noc i cały dzień, nie mogąc z sobą zrobić w zasadzie nic sensownego. Na szczęście organizm się do takiego rytmu przystosowuje, ale kiedy kończy się sezon potrzeba często kilku tygodni, żeby znów dojść do siebie.

     Znając sposób pracowania niektórych szefów, gdybym mogła to najchętniej bym ich oskalpowała. Niewiele osób jest zatrudniona legalnie i ma papiery. Z założenia praca w turystyce ma być bardzo intensywna, ale dzięki temu można utrzymać się z niej przez cały rok. Jednak wielu szefów, zbytnio to nie interesuje. Stawki, za często podwójną ilość godzin pracy bez dni przerwy, to często  30, w porywach 40 euro za dzień. I dodatkowy komentarz „szefa”, że i tak powinno się być wdzięcznym, bo przecież oferuje pracę w dobie kryzysu i tego typu podobne bzdury.

    Ludzie przysięgają sobie, że to już ostatni sezon, że w następnym roku znajdą coś lepszego. Ale to bardzo prawdopodobne, że i następny pracodawca będzie pracować na zasadzie: wycisnąć wszystkie poty, zajechać, a jeśli się nie podoba, to jest przecież kilku innych chętnych.

     Trwa właśnie najtrudniejszy okres, dla każdego kto pracuje w turystyce. W dzisiejszym poście, taki trochę apel. Drogi turysto… Jeśli kelner nie podał Ci kawy z uśmiechem na twarzy, kucharz nie przygotował posiłku w dwadzieścia minut, a kierowca autobusu coś tam odburknął – przymknij na to oko. Ten kelner, kucharz, czy też kierowca zrobiłby teraz naprawdę wszystko, by być na Twoim miejscu i siedzieć po tej drugiej stronie baru. Pewnie nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak zrozumienie po Twojej stronie,  zwykły uśmiech, pochwalenie dobrej kawy, potrawy czy faktu, że ktoś jest na czas, potrafi poprawić  cały dzień. Zwykłe słowo „dziękuję” wypowiedziane z głębi serca, jest często ważniejsze niż napiwek. Choć i ten… również zawsze mile widziany:DDD

Cykl wakacyjny – czas najwyższy zacząć! Jak dbać o siebie podczas sezonowej pracy w Grecji?… poniedziałek, 1 czerwca 2015

     Jak co roku, na przełomie maja i czerwca, na całe lato znikają z Sałatki posty z cyklu „Zacznij lekko poniedziałek”, by ustąpić miejsca postom wakacyjnym, które również pojawiać się będą zawsze co dwa tygodnie i zawsze w poniedziałki.

    Dzisiaj pierwszy z nich! Ale trochę z innej strony… Tym razem z myślą o wszystkich tych, którzy do Grecji na wakacje nie jadą po to by odpocząć, ale po to by pracować.

    Kto w Elladzie przepracował choć jeden sezon, wie z czym to się je… Praca w sezonie letnim tylko z pozoru wydaje się lekka, łatwa i przyjemna. Rzeczywistość czasem jest zatrważająca. Bywa, że ludzie pracują nawet i do 12, 15 godzin, dzień w dzień, przez kilka miesięcy, bez nawet dnia przerwy. Na koniec września modlą się, żeby tylko skończyć, wrócić do domu i się zresetować. W tym miejscu zacytuję słowa mojego taty, który zawsze mi powtarzał:  „Zajechać się w robocie, to nie jest żadna sztuka. Pracować trzeba, wcale nie ciężko, a… mądrze!”

    Ja mam to ogromne szczęście, że sama jestem sobie szefem i nie mam nikogo nad głową. Mój czas i godziny pracy reguluję więc sama. Mimo tego, mniej więcej od czerwca do końca września, również pracuje prawie codziennie, bywa że i po 15 godzin.

    W ubiegłym sezonie taki rytm pracy był dla mnie szokiem. Do samego końca  miałam jednak  szczery uśmiech na twarzy, bo lubię to co robię, uwielbiam Korfu, a na dodatek wiem, że pracuje dla siebie. Ale w zachowaniu dobrej kondycji pomogło mi coś jeszcze. Kilka złotych zasad, które udało mi się wypracować gdzieś w okolicach środka sezonu.

    Tego lata, mój system postanowiłam jeszcze ulepszyć, żeby czuć się możliwie jak najlepiej.  Dlatego już od kilku dni nad moim biurkiem wisi kartka z 20 zasadami, które przestrzegam każdego jednego dnia.

    Moim celem jest nie tylko praca i rozwój naszej firmy. Na pierwszym miejscu stawiam zdrowie. Fizyczne jak i psychiczne. Bo kiedy w tym temacie jest ok, wszystko inne idzie dobrze! Oto i moje zasady.

CO ROBIĘ DLA SWOJEGO CIAŁA…

  1. Pierwsze i dla mnie absolutnie najważniejsze. Codziennie jem trzy pełne, zdrowe posiłki.
  2. Większość osób, które pracują w turystyce je w restauracjach i  tawernach. Świetny obiad podany na tacy jest przemiłym elementem codzienności. Ale ogromnie ważne jest by pamiętać również o zdrowych, sycących  śniadaniach i kolacjach.
  3. Mniej więcej do południa mam już zjedzony jakiś owoc. Obojętnie jaki, byle do południa! Jeśli nie owoc, to koniecznie jakaś zdrowa przekąska. Może być to garść orzechów, albo fajna kanapka.
  4. Cola, Fanta, Sprite… Nie! Nie! I raz jeszcze nie! Ze słodkich napojów gazowanych wyleczyłam się całkowicie. Zdaje się, że mija już rok odkąd ostatni raz napiłam się coli. Absolutnie mi jej nie brakuje.
  5. Miejsce napojów gazowanych, zajmuje u mnie czysta woda. Czasem wkładam do szklanki plaster cytryny, imbiru i kilka listków mięty. Takie smakowe połączenie na lato jest naprawdę fenomenalne!
  6. Nie wychodzę na zewnątrz bez filtra 50 spf, który znajduje się przede wszystkim na mojej twarzy i właściwie prawie na całym ciele. Zazwyczaj jest tak, że pod koniec września moja skóra jest bielsza niż skóra każdego turysty, który spędza na Korfu więcej niż pięć dni. Filtry słoneczne są dla mnie super ważne! Ale o tym – w jednym z kolejnych wakacyjnych postów.
  7. Podczas sezonu największy problem to czas. Czasu po prostu nie ma, a przez to śpi się znacznie mniej. Przynajmniej raz w tygodniu, wybieram jeden najbardziej luźny dzień. Zostawiam wtedy wszystko i idę spać o 23.
  8. Pamiętam o moim codziennym zestawie ćwiczeń! Co najmniej raz w tygodniu idę dodatkowo pobiegać, albo popływać.
  9. Stawiam na jak najlepsze buty. Dla mnie ideałem są kultowe już Birkenstocki. Nie ma po prostu lepszych butów na długie, całodzienne trasy.
  10. Zamieniłam torbę na ramieniu na plecak. Kręgosłup podziękował  mi za to od razu! Od teraz mam dwa ukochane plecaki. Jeden sportowy, a drugi bardziej elegancki. Nigdy się z nimi nie rozstaje!

CO ROBIĘ DLA SWOJEJ PSYCHIKI…

  1. Pamiętam, że zdrowie jest dla mnie najważniejsze. Zdrowie moje i innych. Jest to główna zasada, którą kieruję się w mojej pracy.
  2. Nad moim łóżkiem wisi „mapa marzeń”. Co to jest? To taka spora kartka, na której poprzyklejane są różne obrazki. Rzeczy, wydarzenia, uczucia, o których marzę i które osiągnę dzięki tej pracy. Kiedy  pojawia się cięższy moment, wystarczy jak tylko zerknę na to co jest na „mapie marzeń” i od razu robi się o niebo lepiej!
  3. Codziennie kontaktuje się z moją rodziną lub przyjaciółmi niezwiązanymi z pracą. To daje mi możliwość zdrowego zdystansowana się do tego, co dzieje się wokoło.
  4. Pamiętam o takich drobnych przyjemnościach, które robię dla siebie sama. Świetna kawa wypita ze spokojem. Przejrzenie jakiejś babskiej gazety, albo powolny, spacer zupełnie bez celu.
  5. Raz w tygodniu oglądam komedię. I już mam przygotowany cały zestaw pozytywnych  filmów na lato!
  6. Kiedy tylko pojawia się jakiś problem, pierwsze co robię to… głęboko oddycham. Dopiero po kilku głębokich wdechach przystępuję do akcji.
  7. Przed snem czytam. Moim ideałem jest pół godziny, ale czasami oczy same się zamykają. Ważne dla mnie by przed snem wyczyścić, uspokoić umysł właśnie dzięki czytaniu.
  8. Nie mówię nic złego na kolegów z pracy. Cokolwiek by się nie działo. Unikam rozmów, takich w których się kogoś obgaduje. To jest tak prosta zasada, a niesamowicie zmienia atmosferę pracy.
  9. Medytuję. Tak jest! Zatrzymuje się w biegu, choć na dwie, trzy minuty, by rozejrzeć się dookoła. Popatrzeć na morze. Wsłuchać w szum drzew. Powąchać coś co ładnie pachnie. I tak po prostu wyluzować.
  10. Doceniam to co mam. To ostatnie przyszło do mnie naturalnie, bo przecież z naszą firmą zaczynaliśmy zupełnie od zera. Ja po prostu niesamowicie się cieszę, że mogę mieszkać na Korfu. Że ludziom na wycieczkach tak się podoba. Że mogę pracować, zarabiać, iść do przodu, przebywając jednocześnie w fantastycznym zespole pracujących tu ludzi. Naprawdę,  każdego dnia jestem  wdzięczna za to wszystko co tu mam…

 

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Dlaczego dobrze jest, kiedy poczta mieści się obok sklepu mięsnego?… poniedziałek, 12 stycznia 2015

     Każda wizyta na poczcie w naszej wiosce, to prawdziwa przygoda. Zawsze cieszę się, kiedy mam coś tam załatwić bo wiem, że z pewnością stanie się coś ciekawego. Urzędy pocztowe w Grecji pracują od poniedziałku, do piątku do godziny 14.00. I ani minuty dłużej! Kto nie zdąży załatwić swojej sprawy – jego problem. Nie ma wysyłania listów, paczek, opłacania rachunków po godzinie 14! Kropka.  Do dziś często jednak o tym zapominam i wciąż ciężko jest mi się do tego przyzwyczaić. Tak na marginesie… Post na temat godzin otwarcia sklepów i urzędów w Grecji również będzie, bo to bardzo ciekawy temat.

       Mam taki dziwny nawyk, że na naszą pocztę zawsze biegnę w ostatniej chwili i zawsze jestem mniej więcej za dwie druga. Zdaje się, że robię to trochę podświadomie, żeby zobaczyć ten  jedyny w swoim rodzaju widok…

      Na naszej poczcie pracuje trzech brodatych panów, w wieku 65 plus.  W tym właśnie urzędzie pocztowym grawitacja wydaje się rządzić trochę innymi prawami. Wszystkie przedmioty są jakby cięższe, więc każdy ruch pracowników jest wykonywany z dodatkowym nakładem sił, tak by przezwyciężyć ową wzmocnioną grawitację. Kiedy trzeba po coś sięgnąć, widać że dzieje się to dużo wolniej i  z takim trudem. A sekundę po skończeniu zadania, ręka jakby sama z powrotem przylepia się do powierzchni biurka. Że też naszą pocztą nie zainteresowała się jeszcze NASA…

     Już za pięć druga atmosfera w urzędzie staje się rozluźniona. Brodaci panowie zapalają wtedy po papierosie. Zdarza się, że otwierają również  piwo. Nie wiem dlaczego, ale zawsze musi być  w puszce.

    Błagam… Wyobraźcie sobie  taką sytuację w jakimkolwiek urzędzie pocztowym w Polsce… Gość za okienkiem z papierosem i piwem… Prawda, że widok co najmniej ciekawy 😀

      Jakiś czas temu, będąc jeszcze w Polsce, Jani miał wysłać mi ważne papiery, które zapomniałam z domu. Potrzebne było mi to na teraz, a na nieszczęście był to piątek. Jani pędem wybrał się więc na pocztę. Nie był wiele szybszy niż ja, bo urząd zamykać mieli za dziesięć minut. Wpadł na pocztę, ale niestety… Okazało się, że zabrakło prądu.

    -Co prawda może pan kupić znaczek i zapłacić, a my możemy nawet teraz nadać paczkę. To co trzeba wstukamy już po weekendzie. Problem w tym, że tę paczkę trzeba zważyć! A waga jest elektroniczna. – powiedział jeden z brodaczy.

    -Naprawdę, nie da się z tym niczego zrobić? To bardzo ważne! A dziś jest już piątek…

    -Hmmm… No cóż ja panu poradzę…

    Po chwili dłuższych namysłów i pertraktacji, wielki zegar wiszący na ścianie wskazał za pięć druga. Oznaczało to, że można już otworzyć puszkę z piwem. Znacie to niepozorne  „pstryyyk!”, po którym   tak magicznie  rozluźnia się atmosfera.

    -To znaczy… Jest pewne wyjście… – powiedział jeden z brodaczy popijając już piwo. Podszedł do okna i wytężył wzrok. – O! Sklep mięsny jeszcze otwarty! –dokończył coś tam dłubiąc sobie w zębie.

    -A… No… – dodał brodacz za biurkiem. –Dobra, to niech pan leci szybko do tego mięsnego! – powiedział do Janiego.

    -Po co?! – zdziwił się Jani.

    -Zważyć paczkę! Rzeźnik ma taką starą, mechaniczną wagę! To zważy. Biegnij pan! Za chwilę się zwijamy.

     Paczka, przyozdobiona   kilkoma plamkami krwi,  dotarła ekspresowo, już  na początku następnego tygodnia. Nie wiem na jakich zasadach to się opiera, ale wszelkie przesyłki  nadawane z naszej poczty zawsze dostarczane są jeszcze przed czasem. Śpiesz się powoli! Ciekawe, czy autorem tego powiedzenia nie byli Grecy…

 

Co słychać u Olivki? I o co chodzi z tym Dubajem?…

      O tym, że wkroczenie w dorosłe życie nie jest  łatwym doświadczeniem, nikt nie musi mi przypominać. Zwłaszcza w kraju, o którym mówi się że pogrążony jest w kryzysie. Dylematy tworzenia  życiowej stabilizacji, przeżywa obecnie również i Olivka.

     Olivka z wykształcenia jest logopedą. W te wakacje pracowała  na jednej z greckich wysp. Jak sama wspomina, było bajecznie. Greckie wyspy to przecież sam urok! Jednak rok pracy się skończył i umowy Olivce niestety nie przedłużono. Bynajmniej, nie jest to powód do zmartwienia. Olivka robi przecież  swoje. Rozsyła CV, aktywnie działa, tymczasem…
      -Życie jest zbyt piękne, żeby się aż tak przejmować. Dorota, obie zdążymy się jeszcze  napracować! – powiedziała podczas wakacyjnej wizyty.
      Pracą być może nie warto się przejmować, bo w życiu mojej szwagierki jest większy problem na tapecie. I to właśnie on spędza sen z jej oczu czarnych, jak najczarniejsze  oliwki.
Olivka i Pieprz  ;D
      Pieprz, czyli jej druga połówka, obecnie kończy właśnie służbę w wojsku. Ta w Grecji jest obowiązkowa! Tak, panowie – dobrze przeczytaliście ;)))  Bez względu na to czy się studiuje, pracuje, ma żonę czy też małe dzieci, każdy Grek, bez żadnego wyjątku ma obowiązek odbyć roczną służbę w wojsku. Nie ma mowy o zamienieniu jej na społeczną formę pracy na rzecz biblioteki publicznej, okolicznego domu społecznego czy też przedszkola. Chodzi o służbę wojskową z prawdziwego zdarzenia. Czyli: strzelania z karabinu, chowania się w okopach, noszenia ubrań moro, wstawania o 5 i  maszerowaniu w deszczu.

     Niemalże każdy Grek jest zagorzałym  przeciwnikiem tego nakazu.  Po skończeniu służby, każdy jednak równie zagorzale  wspomina czasy wojska. Mimo sprzeciwu Greków, myślę że taki wojskowy rok, jest całkiem niezłym rozwiązaniem. Każdemu mężczyźnie przydaje się odrobina musztry.
     Przechodząc do meritum… Pieprz skończył studia na greckiej politechnice (ta w Elladzie jest ceniona wyżej niż uniwersytet), a pod koniec tegorocznych wakacji kończy również swoją  służbę. I tu pojawia się pytanie: co z życiem dalej?
      Olivka i Pieprz chcą zamieszkać razem, ale do tego potrzebna jest przecież praca. A znalezienie jej nie jest teraz takie proste.
     Olivka początkowo nie mogła dopuścić do siebie myśli o zamieszkaniu w Atenach. Teraz powoli rozważa pomysł o przeprowadzce do… no właśnie, Dubaju! Pieprz ma tam kuzyna, który pracuje w świetnie prosperującej firmie. A gdzie wysłać jednego Greka, tam wkrótce zjawi się jego rodzina. Praca dla Pieprza w Dubaju już właściwie czeka… Stabilna, świetnie płatna. Z dodatkami w postaci mieszkania i samochodu. Jest tylko jeden problem… To przecież Dubaj! Poza tym… Feta nigdzie nie jest tak  dobra, jak w Elladzie.
     Jak Olivka z Pieprzem poradzą sobie z tym problemem? Dyskusje, przepychanki i pertraktacje  wciąż trwają.
***
     Letnia wizyta Sałatki skończyła się nadzwyczaj pokojowo i przyjemnie. Dawne waśnie chyba każdemu wydały się już przeterminowane. Feta, Pomidor oraz  Olivka wyjechali.
     Wezwanie na rozprawę sądową Janiego przyszło jakby zsynchronizowane z pożegnaniem  całej Sałatki. Jani przeciwko szefowi, który pięć lat temu nie wypłacił mu pensji. Tak… wszystko  toczy się już od pięciu lat!
    Z owej rozprawy już wróciliśmy i powiązaliśmy ją z  wizytą w sałatkowym domu. Bite dwa tygodnie! Wszyscy  w pełnym  składzie. Olivka, choć bezrobotna to w najlepszym wydaniu. Feta, zwierzająca się z  problemów z jej teściową. Owa  teściowa, czyli Oliwa z Oliwek, która kategorycznie zabroniła mi wyjechać do Polski na Święta… Pomidor i jego uzależnienie  od komputera.  Oraz tajemnicza historia mojego zaręczynowego pierścionka. I… wiele, wiele więcej… Do poczytania już w styczniu!