Gorzej być nie mogło…czwartek, 27 październik 2011

   
    Wiem, że wszędzie nieprzerwanie trąbią o greckim kryzysie, ale fakt że Jani właśnie dostał propozycję bardzo dobrej pracy – to już rzecz niezaprzeczalna. Przyznaje, że nie obyło się bez pomocy wielkiej, greckiej familii, która rozsiana po całym kraju pomaga sobie wzajemnie. Ale do rzeczy…
      Pod koniec tygodnia dostaliśmy wiadomość, że we wtorek rano mamy znaleźć się w malutkiej miejscowości 2 godziny od Aten, a Jani ma zostać poddany wstępnym testom. Cieszyłam się bardzo po pierwsze z propozycji dobrej pracy, ale również z perspektywy kilkudniowej  podróży, zobaczenia czegoś nowego i przyznaje się bez bicia – krótkich  wakacji od mojej greckiej sałatki, miłego pobycia  w przyjemnej samotności. Przygotowałam się więc na romantyczną podróż we dwoje, do małej nadmorskiej miejscowości, gdzie mieści się fabryka, prosperująca świetnie nawet mimo kryzysu. W mojej wyobraźni miało być naprawdę pięknie – miła podróż we dwoje, może nawet jakiś mały kurorcik. Jednak zawsze kiedy człowiek obmyśli sobie coś skrupulatnie, życie zazwyczaj płata wielkiego figla. Wszystko co tylko możliwe poszło bowiem nie tak…
     Pakując swoje walizki, dowiedziałam się, że  nie jedziemy sami. Pojedzie z nami również ojciec Janiego – (najwyższa pora nadać mu imię) – Pomidor, ponieważ w fabryce, w której sam kiedyś pracował ma swoich znajomych. No cóż – pomyślałam – romantycznie już nie będzie, ale za to raźniej. Kiedy już  spakowałam walizkę, w przypływie entuzjazmu na podróż zdecydowała się również Feta – dlaczego by nie? Z moich planów na chwilkę samotności nici…
    Żeby nie denerwować się zbytnio tym, że moje plany nie mają już racji bytu, postanowiłam przetematyzować podróż. Nie mogła być już romantyczna, miała się stać naukowa. Na tylnym siedzeniu samochodu zaaranżowałam małą bibliotekę z książkami, które umilą mi czas, interesującymi artykułami i mp3 z ciekawymi audycjami radiowymi. Osiem godzin podróży spożytkowałam jak mogłam, co chwilę ze zgryzionymi zębami odpowiadając na pytania Fety, że nie chcę ciasteczek, sucharków, kanapki, wody ani krakersów.
     Mam się świetnie – ale w swoim własnym świcie!
     Po długiej podróży już właściwie w nocy, znaleźliśmy się w miasteczku. Kiedy trochę odpoczęliśmy w domu przyjaciółki Fety, gdzie mieliśmy nocować, razem z Janim wybraliśmy się na nocny spacer po mieście. Nie było widać właściwie niczego, ale wierząc  poglądowi, że w Grecji wszystko jest piękne, ufałam że również i te miasteczko na pewno ma swój urokliwy klimat. Ot – pewnie kolejna malownicza nadmorska wioska.
       Po powrocie usiedliśmy chwilę z wszystkimi, potem  zmęczeni podróżą poszliśmy spać. Dom przyjaciółki Fety, był prawdziwym przeciwieństwem tradycyjnego, greckiego domu, ale przede wszystkim domu samej Fety, gdzie każdy domownik chodzi w skarpetkach wyprasowanych w kant. Trochę nieprzytomna po długiej podróży zastanawiałam się, czy nie uczestniczę w jakimś doświadczeniu na reakcję człowieka w skrajnych warunkach. Najpierw wsadzono mnie do sterylnego domu Fety, a później przerzucono do przestrzeni będącej przeciwieństwem, żeby zobaczyć jak się zachowam. Przetrwam – chodziło mi po głowie. Pomyślałam: jutro wstanę wypoczęta, świat będzie wyglądał inaczej. Noc jest zawsze złym doradcą.
      Wstałam wypoczęta, ale niestety  świat, jaki wyłonił się rankiem przede mną wyglądał naprawdę tragicznie. Chciałam się ratować optymizmem, ale im dłużej trwał mój poranny spacer, tym bardziej byłam zrozpaczona. W zdenerwowaniu chciałam wyciągnąć paczkę papierosów. Zapalić jednego, drugiego, a jak się nie uspokoję to i trzeciego. Niestety – nie palę. Zupełnie upadł mój pogląd, że każde miejsce w Grecji jest cudem świata, tylko dlatego że taki świat pokazują pocztówki. Białe domki pracowników fabryki nie różniły się niczym jeden od drugiego – jak pudełka od zapałek z obdrapanymi ścianami. Zero oznak życia. Kilka palm i drzewek oliwnych na zaniedbanym trawniku w umownym centrum miasteczka. Jedna poczta, piekarnia i jeden sklep. Dalej szkoła i przedszkole. Po dwudziestu minutach spacer się skończył, bo zwiedziłam już wszystko.
      To nie może być prawda – myślałam ciągle. A gdzie tawerny, bary i weseli staruszkowie wiecznie popijający kawę? Nic z tego, nawet morze przybrało tutaj szaro-burą barwę i za nic nie chciało być lazurowe. Jedyna nadzieja – wstępne testy Janiego – pójdą źle, może nic z tego nie wyjdzie… Ale i ta szansa runęła, kiedy zobaczyłam jego uśmiechniętą twarz, po powrocie. Prawie popłakałam się, słysząc że był prawie najlepszy…
     Niczym nie mogłam ukryć rozpaczy, która na mojej twarzy stawała się coraz bardziej oczywista.
-Nie martw się Dorota. – powiedziała patrząc na mnie Feta, z naprawdę dobrymi intencjami. – Nie będzie tak źle: urodzisz dziecko, zajmiesz się wychowaniem. – Słysząc jej słowa, w przeciągu minuty zrozumiałam wszelkie wcześniej niepojęte  dla mnie ludzkie decyzję: za chwilę ją zamorduję, dziecka nigdy nie urodzę, a żeby być tego pewna poddam się sterylizacji, podłożę bombę w sklepie, rzucę się z balkonu, ucieknę do Indii i nigdy mnie nikt nie znajdzie, wstąpię do zakonu, albo zmienię sobie płeć. Trzy wdechy, trochę spokoju  i trochę bardziej realistyczny  pomysł: jeśli zacznę tu coś palić, to od razu będzie to co najmniej trawa – nie ma sensu tracić czas na profilaktykę.
       W drodze powrotnej  do domu, miałam wrażenie że od nawału myśli wybuchnie mi głowa. Co robić? Gdzie uciekać? – myślałam. Nie mając czym uspokoić hałasu w mózgu, wzięłam do ręki pierwszą lepszą książkę wciśniętą w siedzenie samochodu. W wielkim przewodniku po Grecji, z wielką niechęcią wyszukałam tą malutką miejscowość, gdzie diabeł naprawdę mówi dobranoc, sprawdzając co jest ciekawego obok.
     Pół godziny od  Delf – centrum starożytnego świata. To przecież do delfickiej wyroczni wędrowali wszyscy, zadając jej pytania. Czy w tym może być jakiś ukryty sens, czy ja już majaczę? Co by nie było – to jakiś  już plus.
     Już prawie w  nocy wróciliśmy do pachnącego jak zawszę świeżością królestwa Fety.     Położyliśmy się w swoim własnym łóżku, w którym odpoczywa się prawdziwie.
    Mówią, że każdy początek jest ciężki, ale to jest  jednak dość duży kaliber.
    Rano wstałam przeziębiona, ale za to z trzeźwym umysłem. Przypomniało mi się kilka wesołych komedii, amerykańskich seriali, których scenariusz jest zawsze ten sam: młoda bohaterka przyjeżdża z dużego miasta, rzucona przypadkowo przez los do okropnej wioski, zabitej deskami. Na drugi dzień chce wyjechać, uciec jak najdalej. Zostaje jednak  trochę dłużej i tak zaczyna się film…
PS.
Od jutra zaczynam oglądać „Przystanek Alaska”-  może będzie coś na rzeczy… J

Mały więzień 🙂

0 thoughts on “Gorzej być nie mogło…czwartek, 27 październik 2011

  1. e hehheh umarłam, jaki psiuras! chyba za dobre zdjęcia robisz bo nie stwierdziłam, żeby to była dziura zabita dechami 🙂 ja mam ogromnego hopla na punkcie palm, więc nawet takiej dziury zazdroszczę. będzie dobrze! a pół godziny w drodze do miasta zawsze można spożytkować na coś ciekawego 🙂 pozdrawiam!

  2. Niestety, ale te zdjęcia nie pochodzą z dokładnie tego miasteczka, tylko mieściny obok. Przez moją rozpacz nie byłam w stanie zrobić zdjęć…Ehhh…ale dochodzę już do siebie, powoli ale dochodzę. Nie może być tak tragicznie, jeśli mają takie psiaki, prawda – że cudo świata:DD

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *