Dzień dobry po grecku… poniedziałek, 14 lutego 2022

 

 

Kalimera (czyli: dzień dobry)! – powiedziałam radośnie, wchodząc do zaprzyjaźnionej tawerny. W odpowiedzi kelner spojrzał na mnie jakbym właśnie oznajmiła, że chcę zamówić sofrito z jednorożca. Ten wzrok zbił mnie z tropu.

Kalimera??? Jakie kalimera?! Kalispera (czyli: dobry wieczór, dobrego wieczoru)! Obudź się i spójrz na zegarek. Przecież dochodzi już trzynasta!

No tak… Zreflektowałam się i jednocześnie przypomniało mi się ilu Greków i jak często zwraca mi uwagę, że po godzinie dwunastej w południe w Grecji nie mówi się „dzień dobry”, a „dobry wieczór”. Teoretycznie dobrze o tym wiedziałam, ale jakoś tak nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Wzrok kelnera i ta jego uszczypliwość… Postanowiłam się odgryźć. Niech już nie będzie taki mądrala!

-No dobra, zgodzę się z tym, że tak tu jest, taka jest tradycja, że już chwilę po dwunastej mówi się kalispera. Ale przecież to jest zupełnie nielogiczne! Zobacz! Świeci słońce, a przed nami jeszcze cały długi dzień. Więc gdzie tu jest logika, że nawet nie zjadłam jeszcze obiadu, a już mam ci życzyć dobrego wieczoru? Ta wasza zasada jest zupełnie bez sensu!

-A właśnie, że nie! To jest bardzo, ale to bardzo logiczne i sensowne… Już ci tłumaczę dlaczego…

 

*

 

Grecy bardzo zwracają uwagę, aby odpowiedniego powitania używać o odpowiedniej porze. Niech no ktoś powie „dzień dobry” dajmy na to około godziny szesnastej. Nie ma takiej możliwości, żeby tak przywitał się Grek.  Wtedy już tylko i wyłącznie „dobry wieczór”. A kto zwraca na to uwagę na przykład w Polsce? Pal licho! Dzień dobry, dobry wieczór. Kto by zwracał na to uwagę? Kto ma na takie drobiazgi czas? Przecież to nie jest istotne!

Odpowiednie używanie słówek kalimera i kalisera, to jest dopiero wierzchołek góry lodowej. Tu się dopiero zaczyna… W okresie, kiedy obchodzimy Wielkanoc, Boże Narodzenie czy też inne ważne święta, powitaniom towarzyszą słowa kales giortes (czyli: dobrego świętowania) lub hronia polla (czyli: wielu lat). Przez większą część stycznia, każdej pierwszy raz spotkanej w nowym roku osobie mówi się kali hronia (czyli: dobrego roku) i może być uznane za brak manier, jeśli tak właśnie się nie powie osobie, którą znamy i spotykamy w nowym roku pierwszy raz. Jeśli w Grecji obchodzicie imieniny, najpewniej telefon nie przestanie dzwonić od rana do wieczora! Przecież koniecznie trzeba życzyć osobie, która je obchodzi wszystkiego co najlepsze. To jeszcze nie koniec… Dajmy na to, że w waszej rodzinie urodziło się dziecko. Wtedy mówimy na sas zisei (czyli: niech wam żyje). Kiedy zaczynamy nowy miesiąc mówimy kalo mina (czyli: dobrego miesiąca). Kiedy jest poniedziałek kali evdomada (czyli: dobrego tygodnia). Kiedy kończy się zima, mówimy kalo kalokieri (czyli: dobrego lata). A kiedy kończy się lato, życzymy kalo himona (czyli: dobrej zimy). To zdaje się tyle, ale myślę że gdybym jeszcze poszperała w głowie, znalazłabym jeszcze kilka przykładów.

To bardzo ciekawe, że Grecy którzy często z pozoru wydają się mieć głowę w chmurach, żyć na wiecznym luzie i w południowym chaosie, do tych wszystkich zwrotów przykładają ogromną uwagę. Skąd to wynika? Z tego, że dużo bardziej niż nacje z Europy zachodniej są zakorzenieni w magicznym tu i teraz. Żyją bardzo mocno połączeni z rytmem natury i zwracają uwagę na…

 

*

 

Słońce! – wykrzyknął uradowany kelner z miną na twarzy, która mówiła „i tu cię mam”.

-Hmmm? Nie rozumiem, o co ci chodzi?

-Zwróć uwagę na pozycję słońca. O dwunastej, w południe jest w najwyższej pozycji. A minuta po dwunastej jest już coraz niżej. Więc zgodnie z pozycją słońca, które chwilę po dwunastej jest już niżej i bardzo powoli już zachodzi, zgodnie z tym chwilę po południu mówimy „dobrego wieczoru”! To jest bardzo, ale to bardzo logiczne i mądre!

Nie pozostało mi nic innego, jak przyznać mu rację. I tak już się stało, że po tej z pozoru banalnej rozmowie zaczęłam mocno zwracać uwagę na pozycję słońca. Uwielbiam być obudzona jeszcze przed wschodem. Do południa mieć zrobione najważniejsze rzeczy dnia, a kiedy już zacznie zachodzić, spowalniać mój rytm i szykować się spać. Zgodnie z pozycją słońca.

 

TU! przeczytasz o greckich imionach.

TUTAJ! przeczytasz o tym jak Grecy obchodzą Wielkanoc.

TU! jest post o zachodzie słońca w Ia na Santorini.

 

 

 

Co robi Olivka w domu wariatów? I kto w tym wszystkim jest najbardziej szalony? Cz. 1/2… poniedziałek, 17 maja 2021

 

 

Brakowało mi tego. Naprawdę, bardzo mi tego brakowało. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo tęskniłam do Sałatkowego Domu i tej atmosfery, która tu panuje…

Jest jeszcze tych kilka spokojnych chwil przed rozpoczęciem sezonu, a grecki lockdown z dnia na dzień się bardzo rozluźnia. Po grubo ponad roku spakowaliśmy się, wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do Sałatkowego Domu.

Wiem, że wiele z was, szczególnie czytelnicy, którzy są tu od samego początku, tęskniliście za postami o tym co słychać u naszej greckiej rodziny. Mam nadzieję, że na ten post się ucieszycie.

To dla mnie szczególna chwila. Siedzę teraz dokładnie w tym samym miejscu, gdzie prawie dziesięć lat temu napisałam pierwszy post na mojego bloga. Pamiętam jak strasznie się wtedy bałam tego co będzie… Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że rzeczy będą wyglądać właśnie tak, raczej bym w to nie uwierzyła… Życie! To ono pisze te najciekawsze scenariusze.

Do dzieła! Pewnie jesteście ciekawi po tak długim czasie, co słychać u naszej greckiej rodzinki. Proszę bardzo! Zróbcie pyszną kawę, zaparzcie herbatę albo przygotujcie lampkę dobrego wina!

 

 

***

 

 

W Sałatkowym Domu z jednej strony wiele się pozmieniało, ale z drugiej… nie zmieniło się nic! To znaczy, atmosfera jest tu nadal dokładnie taka sama. Każdy żyje tu nieco z głową w chmurach, w swoim świecie, zgodnie z greckim rytmem siga siga, niezbyt przejmując się ujmijmy to, takim „poważnym światem”.

 

TUTAJ! przeczytasz kto jest kim w Sałatkowym Domu.

 

Olivka już od półtora roku jest szczęśliwą mamą ślicznego i zdrowego Pestka. Razem Pieprzem mieszkają w Atenach. Feta z Pomidorem mieszkają teraz w swoim domu we dwoje, ale co jakiś czas pomieszkuje z nimi ojciec Fety. Dziadek jest już wiekowy, jakiś czas temu przeszedł lekki udar i kontakt z nim jest obecnie nieco utrudniony. Źle słyszy, czasem zapomina słów, albo się mu nieco mieszają. Jakiś czas temu cała rodzina zgodnie postanowiła, że wszystkie pieniądze, które dziadek gromadził przez całe życie wydadzą na całkowity remont jego mieszkania. „A co! Niech się dziadkowi dobrze mieszka!”. Zgodnie przytaknęli wszyscy i tym samym dziadek, ze względu na remont na jakiś czas mieszka w Sałatkowym Domu. A remont, to remont! Zawsze się przedłuża…

-57! – krzyczy nagle dziadek.

-Że co??? – próbuje odgadnąć o co chodzi Pomidor.

-57!!! – dziadek krzyczy jeszcze głośniej.

-Ale jakie 57??? – Pomidor próbuje dociec.

-57!!! – dziadek jest już wyraźnie wkurzony, po chwili mu się przypomina, więc kończy – 18.57!!!

-Achaaa! – Pomidor już załapał i patrzy na zegarek. Zgadza się, jest dokładnie 18.57 i na jednym z kanałów właśnie leci coś, czego dziadek po prostu nie może przegapić. Prognoza pogody!

Pomidor już wie, więc nastawia głośność telewizora właściwie maksa, wychodzi z salonu czując, że za chwilę ogłuchnie i idzie do Fety. Tymczasem zadowolony dziadek z satysfakcją na twarzy, rozsiada się i zaczyna oglądać prognozę pogody.

-Boże! Na co mu wiedzieć jaka jutro pogoda? Czy przygotowuje się na nadejście tsunami? A może rozważa, żeby jutro wybrać się na piknik? – grymasi Fecie Pomidor, spoglądając ukradkiem na dziadka.

Feta tylko przewraca oczami, bo sama swoim ojcem często jest bardzo zmęczona. Dziadek ma za uszami! Potrafi nieźle namarudzić. To chce, tego nie chce, to mu się nie podoba… Nagle dzwoni telefon. Jeśli w godzinach wieczornych telefon Fety zaczyna dzwonić Shakirą, to wiadomo, że dzwoni Olivka!

-Mamo!!!

-Co jest córeczko?

-Nie, no tego to już nie daje się znieść! To już jest ponad moje nerwy… Przesadziła! Ja już tego dłużej nie wytrzymam!

-Ależ Olivko…

Po półtora roku urlopu macierzyńskiego Olivka, która z zawodu jest logopedą, musiała poszukać nowej pracy. Z poprzedniej ją zwolniono. A ze względu na pandemię część prywatnych szkół, która specjalizuje się w nauce dzieci z problemami z mówieniem, została zamknięta lub zredukowano ilość pracowników. Tym samym znalezienie pracy w zawodzie stało się bardzo trudne, prawie niemożliwe.

„Ale w końcu mi się udało, wiesz…” – powiedziała mi Olivka, kiedy rozmawiałyśmy ostatnim razem.

„To jest naprawdę idealna na teraz dla mnie praca i jeśli tak dalej będzie to wyglądać, to ja tam zostaję!”

Olivka dostała etat… W domu wariatów! Tak jest… W domu wariatów! Jest tam etat również dla logopedy, który dba o to, żeby osoby z chorobami psychicznymi ćwiczyły mówienie.

„Słuchaj Dorota! Na ten czas to jest dla mnie praca idealna! Pracuję tylko cztery godziny dziennie, a ponieważ ta praca jest uznawana za pracę w trudnych warunkach, czy jakoś tak…to cztery godziny pracy liczą się tu za jeden ośmiogodzinny dzień. Idę na cztery godziny, wracam i zajmuje się dzieckiem! I nie ma tak jak podczas pracy z dziećmi, że masz nad sobą rodziców, co ciągle czegoś chcą, ciągle cię kontrolują i ciągle się im coś nie podoba. Ogólnie chodzi w tej pracy o to, żeby każdego dnia przede wszystkim: a) nikt nie wyrwał mi włosów b) nikt mnie nie pobił c) nikt za bardzo mnie nie opluł. I jak przetrwam dzień to już jest  dobrze i do przodu!”

Kiedy tego słuchałam, jak to często bywa podczas rozmów z moją szwagierką, musiałam się mocno zastanawiać, czy jaja sobie ze mnie robi, czy mówi zupełnie serio?

„No, wczoraj to było wesoło! Akurat tak się stało, że wszyscy faceci z ochrony powyjeżdżali na wakacje. A ja miałam lekcje z takim gościem, z którym lepiej być jednak z ochroną. Ale rozwiązaliśmy to tak, że on był w swojej celi, zamknięty za kratkami, a ja siedziałam sobie na krześle obok. Wiesz… Pamiętasz ten film?! Trochę jak w „Milczeniu owiec”! Hahaha! Poszłam na lekcję i już czułam, że jak będę sama, to na pewno będzie akcja! Czułam, że wywinie mi jakiś numer. Usiadłam, wyjmuję książkę, a ten mój uczeń, zdejmuje spodnie i się mnie pyta, czy nie będzie mi przeszkadzać, jak w międzyczasie zrobi kupę, bo bardzo mu się teraz właśnie chce. A że w celi jest też klozet… Dorota! W życiu nie widziałaś takiego wielkiego tyłka!”

Byłam tą opowieścią tak samo przerażona jak ty, drogi Czytelniku! Na moje pytanie: „co takiego zrobiłaś?”, Olivka spokojnie opowiedziała:

„No nic! Po prostu się odwróciłam… No i… nieco skróciłam tą lekcję! Hahahaha!”

Doprawdy przezabawne… Olivka nie mogła przestać się śmiać z mojego przerażenia. Po czym, widząc że zupełnie nie wiem jak zareagować, dokończyła:

„Oj, przestań Dorota! Wyluzuj! No, życie! Zachciało mu się, to co miał zrobić?! Przecież nie mógł narazić się na… zatwardzenie! Hahaha!!!”

I aż prawie dostała czkawki z tego śmiechu! Jak to Olivka – sekundę później zupełnie spoważniała:

„Wiesz… Bo tak zupełnie na serio, to ja mam inny problem. Mam teraz znacznie większy problem droga szwagierko… W tej sytuacji w której jestem, to naprawdę nie robi na mnie wrażenia nawet ten wielki tyłek!”.

I z tym właśnie problemem, chcąc zwyczajnie się wygadać, Olivka zadzwoniła do swojej mamy.

-A teraz idę spać! – oznajmił krzycząc dziadek.

-Istnieje Bóg na tym świecie… – po cichutku wymamrotał Pomidor, widząc że zestaw telewizor plus pilot zostały właśnie zwolnione.

-Dobranoc Feto! – powiedział dziadek, jakby się odmeldowywał.

-Dobranoc tato! – powiedziała głośno i grzecznie Feta.

-Dobranoc Pomidorze! – powiedział dziadek wbijając wzrok w Pomidora.

-Dobranoc tato! – odpowiedział znając zasady Pomidor.

-Dobranoc Doroto! – powiedział i do mnie.

-Dobranoc dziadzu! – odpowiedziałam.

-Dobranoc Jani! – wykrzyknął dziadek.

Ups… I tu pojawił się problem! Dziadek idzie spać dopiero i tylko wtedy, kiedy „dobranoc” odpowiedzią mu wszyscy domownicy. Podobnie jak nie tknie jedzenia, do momentu aż wszyscy przy stole nie powiedzą: „smacznego dziadku!”. W przeciwnym razie, nie weźmie do ust ani kęsa! A tak się stało, że Jani akurat grzebał coś w telefonie z słuchawkami na uszach.

Dziadek stanął jak wryty i czeka dumnie, jakby był pomnikiem.

-Dobranoc Jani! – powtórzył.

Nic. Głucha cisza. Feta szybko szturchnęła Janiego w ramię. Jani widząc srogo wbity w niego wzrok dziadka, od razu załapał o co chodzi:

-DOBRAAANOC DZIADKUUU!!! – wykrzyczał, by dziadek usłyszał na pewno.

Dziadek udobruchany. Na jego twarzy momentalnie pojawiło się zadowolenie. Wszystko w porządku! Może iść spać – jest odmeldowany! Siódma piętnaście. Dziadek poszedł do swojej sypialni. Pomidor natychmiast ściszył telewizor i uradowany zmienił kanał.

-No Olivko, wiem że jest ci ciężko… – Feta wróciła do tematu.

-Mamo, ale ty sobie nie wyobrażasz co ona wyrabia! PRZECIEŻ TA KOBIETA, ONA ZWYCZAJNIE JEST SZALONA!!! Nigdy, przenigdy nie powiem to tej obcej baby „mamo!”. Będę albo mówić do niej na „pani”, albo po prostu „teściowo”… Czy ty wiesz co ona mi dziś zrobiła? Co ta „kobieta” najlepszego wymyśliła?!

I się zaczęło… Pewnie już się domyślacie, w czym tu może tkwić problem.

(…)

Koniec. Aż bolą mnie palce od pisania!

Na czym dokładnie polega problem Olivki – o tym będzie już za tydzień w kolejny poniedziałek, w następnym poście!

 

TU! przeczytasz post: Gdzie jest chiński sklep?

TUTAJ! przeczytasz post: Dolmadakia! Sposób na grecką teściową.

TU! przeczytasz post: Olivka i “małe smarki”.

 

 

 

Prosta przyjemność robienia prania… poniedziałek, 12 kwietnia 2021

 

 

 

To jest jedna z najprzyjemniejszych rzeczy w życiu. Kiedy kładziesz się do łóżka, a pościel jest świeżo wyprana i wyprasowana. I czujesz pod palcami stóp, że jest jeszcze nieco sztywna od świeżości i gorąca żelazka. Nie ma niczego przyjemniejszego, niż pójście spać w świeżo wypranej i wyprasowanej pościeli.

Tak zawsze mówi moja teściowa Feta.

Kiedy pierwszy raz to usłyszałam stwierdziłam, że z moją teściową w pewnych kwestiach jest coś nie tak. Jak można tak zachwycać się zwykłą pościelą? Machnęłam ręką, udając trochę że nie słyszę i przeszłam nad tym do porządku dziennego. W duchu myślałam sobie, że to jakieś brednie.

 

*

 

Od tego czasu minęło około dziesięciu lat. Tak jest! Już niedługo mojej Sałatce stuka pełna dziesiątka! I po dziesięciu latach mieszkania w Grecji, prowadząc moje polsko – greckie życie, zrozumiałam o co chodziło Fecie. Coś przestawiło mi się w głowie i stwierdziłam, że Feta ma racje. Nie ma nic przyjemniejszego niż pójście spać w świeżo wypranej i wyprasowanej pościeli. Nie ma nic przyjemniejszego niż to, kiedy rano człowiek nakłada na siebie pachnącą świeżością koszulkę, która jest nieco sztywna i delikatnie sklejona gorącem żelazka. To uczucie, kiedy wkładasz rękę w zaprasowany rękaw i rozdzielasz palcami sklejone dwie warstwy. To uczucie, że ktoś o te rzeczy zadbał. Drobna, bezcenna przyjemność. Darmowy luksus, który sami możemy sobie dać.

Z perspektywy myślenia zachodniego Greczynki wręcz maniakalnie dbają o ubrania, pościel, ręczniki, prześcieradła. Ich manią jest pranie i prasowanie. Z greckiego punktu widzenia – jest to norma. Co kraj to obyczaj. I nie nam osądzać. Myślę, że najważniejsze jest przeszczepianie do naszego życia rzeczy, które będą dobrze służyć nam.

Wystarczy wejść do greckiego supermarketu  i zobaczyć niekończące się półki z proszkami do prania i przede wszystkim – płynami do płukania tkanin. Istne królestwo! Wystarczy przejść się typowym greckim osiedlem, by zobaczyć jak rankiem na świeżym powietrzu wywieszane jest pranie, które często pachnie aż z daleka.

Dlaczego mieszkańcy miasta Korfu wywieszają  swoje pranie na sznurach zawieszonych między budynkami, w oknach czy też na małych balkonach? Jeśli dzień jest słoneczny, to aż się prosi, alby wysuszyć pranie na świeżym, rozgrzanym słońcem powietrzu.

Lubię, kiedy moje codzienne czynności, dostrojone są do rytmu doby. Wtedy wszystko w dniu składa się razem harmonijnie, jakby się układało prozaicznie proste, od razu pasujące do siebie puzzle. W greckich domach pralka najczęściej działa bardzo wczesnym rankiem. Ideałem jest jeśli można ją zaprogramować tak, by pranie było gotowe, na chwilę przed wybudzeniem. Szczególnie jesienią i zimą, trzeba koniecznie sprawdzić pogodę i dostosować się do tego, kiedy będzie piękne słońce. Jak najwcześniej rankiem, pranie ląduje na sznurach balkonów czy też tarasów, tak by mogło wisieć i powiewać na wietrze jak najwyżej, do momentu, kiedy słońce zacznie się chować, a powietrze stanie się wilgotne. Latem wystarczy jedynie kilka godzin. A kiedy dzień jest wietrzny, dosłownie dwie, trzy godziny. Kiedy pranie jest już dobrze wysuszone, wychłostane przez wiatr, wtedy pachnie słońcem, świeżym powietrzem, morzem, solą. Wystarczy nawet delikatnie przejechać żelazkiem i złożyć. A kiedy człowiek śpi w takiej właśnie pościeli, to jest magia!

W Grecji dużo łatwiej dostrajam się do rytmu natury, otaczającej mnie przyrody. Lubię jak najwcześniej rano wstać i rozwiesić pranie na balkonie. Zazwyczaj jeszcze przez tych kilka chwil muszę pogapić się na to jak delikatnie powiewa nim wiatr, na to że niebo jest bezchmurne, na to, że słońce jest już coraz wyżej i na całą okolicę, w której im bliżej południa, tym więcej jest życia.  Zawsze staram się zdjąć je przed zachodem słońca.  I spojrzeć jak zmieniła się cała okolica, jak wszystko powoli szykuje się do snu. A później przykładając głowę do świeżej poszewki poduszki znów czuję słońce, morze i jego słony zapach.  Nawet najzwyklejsza rzecz, staje się zupełnie niezwykła, jeśli się o nią odpowiednio zadba, podarowując jej  swoją troskę.

 

TU! przeczytasz o greckim sposobie na teściową.

TUTAJ! przeczytasz o najstarszej dzielnicy miasta Korfu.

TU! przeczytasz o tym, jak to się dzieje, że Grecy często piją, a alkoholizm jest w Grecji rzadkością?

 

 

 

To był najcieplejszy luty w moim życiu! Co działo się u mnie w lutym?… poniedziałek, 1 marca 2021

 

 

Kiedy to przeczytałam, przeszła mnie ciarka. A później czytałam ten fragment trzy, cztery razy. Tak mnie to ucieszyło!

Każdej nocy przed pójściem spać, czytam teraz książkę Agnieszki Macią „Pełnia życia”. Idealna książka na ten dziwaczny w świecie czas. Uspakaja  moje rozbiegane przed snem myśli. Czytanie tej książki działa na mnie kojąco. Myślę, że to również dzięki tej książce ostatnio miewam bardzo przyjemne sny.

Agnieszka Maciąg w „Pełni życia” opisuje między innymi swoją duchową przemianę. Krok po kroku. Od kariery w świecie mody i show biznesu, przez wewnętrzny kryzys, aż w końcu pierwsze momenty zwykłego, niczym konkretnym nie spowodowanego, poczucia szczęścia. Gdzie Agnieszka doznała pierwszego poczucia wewnętrznego uspokojenia i otulającego ją szczęścia? Pod drzewem oliwnym, na jednej z plaż, tutaj na wyspie Korfu!

 

 

Czuję to każdego dnia. Kiedy wstaję rano, otwieram okno i patrzę na zewnątrz. Wdycham czyste powietrze. Czuje na twarzy słońce. A przed sobą widzę mięsistą zieleń niekończących się oliwnych gajów, wielobarwne plamki okolicznych domów, strzeliste dzwonnice starych kościołów. Ta wyspa ma w sobie coś niemal magicznie kojącego. Pewnie za sprawą tak wyjątkowo pięknej przyrody, takiego słońca, tak niezwykłych miejsc, Korfu ma w sobie energię, która działa kojąco na ludzką duszę. To właśnie czuła Agnieszka. To samo najpewniej czuła cesarzowa Sisi, która przypływała na Korfu, szukając spokoju i ukojenia. To tutaj ukształtował się literacki talent Geralda Durrella, wrażliwość na otaczającą przyrodę, jej piękno. To właśnie tę wyspę pokochali Lawrence Durrell czy też Henry Miller. I to samo czuje ogromna liczba osób, która uwielbia odwiedzać i wracać wielokrotnie na Korfu.

Niedługo miną dwa pełne lata, od kiedy już na stałe przeprowadziliśmy się na Korfu. Pomimo, że przez sześć wcześniejszych lat przypływałam tu spędzić każde lato, dopiero teraz, kiedy żyję tu na stałe i mam do dyspozycji spokojną zimę, uczę się korzystać z tego co ma w sobie ta wyspa. Dokładnie tak. Uczę się. Korzystać z dobrodziejstw również trzeba się krok po kroku nauczyć.

Styczeń pogodowo był u nas nieco kapryśny, wietrzny i deszczowy. Luty przyniósł ogromną ilość słońca, ciepło i  stabilną pogodę. Pogody, która była na Korfu w lutym, trudno jest mi nawet nazwać zimową. To był najcieplejszy i najbardziej słoneczny luty w moim życiu!

Po styczniowych wyzwaniach pływania z deszczowymi chmurami nad głową i tym co najgorsze, czyli wiatrem, przyszedł czas na cieszenie się, czerpanie przyjemności z pływania w chłodnym morzu. Budzące ciało i mózg zimno wody. Czucie wszystkich mięśni swojego ciała. Przyjemne uczucie unoszenia. Widok bezkresnego morza, ten jego błękit, słony zapach oraz niesamowite słońce nad głową, jest jak zastrzyk życia, daje również poczucie jedności z naturą w najpiękniejszym jej wydaniu. Zawsze byłam typowym mieszczuchem, więc tak bliski kontakt z naturą jest dla mnie ogromnym odkryciem.

 

 

Niestety. W wielu miejscach Grecji, powrócono do jeszcze bardziej restrykcyjnego zamknięcia, z godziną policyjną od 18.00. Na Korfu z dnia na dzień robi się również coraz bardziej czerwono. Wszyscy bardzo dobrze wiemy, że ponowny lockdown na Korfu to najpewniej kwestia dni. Za rodziną, której nie widziałam już ponad rok i nie mam zielonego pojęcia kiedy się zobaczę, tęskni mi się okropnie. Podobnie jak za Polską. Pozostają nam video rozmowy, ale te nigdy nie zastąpią normalnego kontaktu z drugim człowiekiem.

 

Tak wyglądało miasto Korfu w lutym. Pogoda była przepiękna, więc mimo lockdownu, na ulicach ludzi jest bardzo dużo!

Kawa w rękę i na spacer!

Są takie osobniki, którym zawsze i wszędzie jest po prostu dobrze! 😀

Wizyty na naszym targowisku, to punkt obowiązkowy! Weszło mi już to w krew, że jak warzywa i owoce, to tylko z targu!

A może by tak… Sok z marchewek?

Jedno z moich odkryć tego miesiąca! Na Korfu otworzono rosyjski sklep i można tam kupić… Biały ser! Jedna z rzeczy, za którą bardzo mi się tęskniło! Znacie to? Makaron z białym serem i skwarkami. Kto jest z lubelszczyzny, to na pewno zna 🙂

 

Wszyscy mamy co najmniej dość sytuacji, która jest na świecie. Często szukamy winnych w politykach, w rządzie, służbie zdrowia. Nie widzę w tym sensu. Tłumaczę sobie, że tak po prostu na świecie jest. Co jakiś czas wybuchają wojny. Co jakiś czas spotykają nas kataklizmy: trzęsienia ziemi, powodzie, pożary. Co jakiś czas pojawia się zaraza. Tak po prostu jest. Tłumaczę sobie, że o wiele tragiczniejsze wydarzenia przeżyli moi dziadkowie, którzy przetrwali wojnę światową. Przetrwali. A później stali się silniejsi.

Kiedy dopada mnie niemoc, czuje spadek nastroju, przestaję czuć w sobie motywację, pakuję torbę, zakładam strój i idę wykąpać się w zimnej wodzie. Już kilka chwil później, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, widzę świat zupełnie inaczej. I czuję się najlepszą wersją siebie.

 

TU! przeczytasz o kilku trikach, jak radzić sobie w trudnych życiowych sytuacjach.

 

“Klub czytelniczy” na Korfu! Trzeba przyznać. Świetna miejscówka na czytanie książek. W tle Stara Forteca.

Nadal nadziwić się nie mogę, jak ludzie na Korfu potrafią rozwieszać swoje pranie!

Jedno z moich najpiękniejszych zdjęć mijającego miesiąca…

Gdzieś w okolicach Garitsy…

 

 

 

 

„Nić” Victorii Hislop. Czy warto przeczytać? Zależy… poniedziałek, 8 lutego 2021

 

Nić, Victoria Hislop, wyd. Albatros, 2014

 

O książkach Victorii Hislop, których akcja rozgrywa się w Grecji, z pewnością co najmniej słyszało wiele osób, które interesują się tym krajem. Książka „Nić” stała na mojej półce dobrych kilka lat. Podróżowała ze mną w pudłach, kiedy w tym okresie kilka razy zmieniałam miejsca zamieszkania. Nie mam pojęcia dlaczego do jej przeczytania zabrałam się po tylu latach. O Victorii Hislop słyszałam przecież tyle! A może po prostu, na pewne książki musi przyjść odpowiedni czas?

„Nić” jest opowieścią o losach Kateriny. Główną bohaterkę poznajemy, kiedy jest małym dzieckiem mieszkającym razem ze swoją matką w Smyrnie, czyli dzisiejszym tureckim Izmirze. W wyniku politycznych wydarzeń oraz przez pożar miasta, Katerina wraz ze swoją matką razem z tysiącami Greków, ucieka drogą morską do Grecji. Przez zupełny przypadek mała dziewczynka i jej matka zostają rozdzielone. W wyniku rozdzielenia mała Katerina trafia do Salonik, a jej matka do Aten.

W kolejnych rozdziałach książki poznajemy zagmatwane losy Kateriny, na które mocno wpływają, a właściwie kształtują ówczesne wydarzenia polityczne Grecji. Mówimy tu o ciągu wydarzeń od samego końca I wojny światowej, przez dwudziestolecie międzywojenne, aż po II wojnę i to co działo się w Grecji tuż po niej. Tłem wszystkich wydarzeń są ówczesne Saloniki. Można pokusić się o stwierdzenie, że to miasto jest jednym z bohaterów książki. Dzięki „Nici” można zrozumieć jego historię, poczuć atmosferę dawnych Salonik.

Tytułowa „nić” ma tutaj kilka znaczeń. Najbardziej dosłowne znacznie jest związane z zawodem, który wybiera Katerina – zostaje krawcową. Świat krawiectwa jest istotnym tłem tej książki.  Ale „nić” przede wszystkim zszywa ludzkie historie, losy poszczególnych bohaterów, którzy spotkani raz w życiu, będą ze sobą związani przez kolejne lata. Natomiast ich losy mocno zszyte są z dynamicznie zmieniającymi się wydarzeniami politycznymi Europy i samej Grecji.

 

 

Czy warto tę książkę przeczytać? Czy mogę ją polecić?

Z jednej strony nie, ale z drugiej, tak – jak najbardziej! Wiem… To przewrotne, ale już tłumaczę.

Mimo, że fabuła książki mocno wciąga, ja nie znajduję w niej niczego głębszego. Żadnej głębszej życiowej prawdy, albo czegoś co zmienia lub potrząsa moim myśleniem.  Przede wszystkim tego szukam w książkach, które wybieram do czytania. Historia Kateriny i pozostałych bohaterów jest ciekawa. Ale jest to jedna z wielu historii, która nie pozostawia niczego głębszego poza czytelniczą ekscytacją w poznawaniu losów innych ludzi. Myślę, że za kilka miesięcy nie będę raczej pamiętać co takiego działo się z bohaterami tej książki, jaka była ich historia. Poszczególni bohaterowie wydają się papierowi. Są opisani w bardzo jednoznacznej konwencji: ktoś tu jest albo zły, albo dobry. To taki czarno – biały świat, w którym wszystko jest oczywiste i jasno określone. Główni bohaterowie bardziej niż rzeczywiści ludzie, to po prostu imiona, którym przypisana jest jakaś funkcja w całej fabule. Papierowi bohaterowie to zdecydowanie najsłabsza strona tej książki.

Jednak tę książkę dosłownie połkną osoby, które interesują się historią XX wieku, a w szczególności historią Grecji. Dlatego tak właśnie stało się w moim przypadku! Mimo tego, że wiele elementów mi się w niej nie podoba, połknęłam ją w całości! Nie dla bohaterów i opisów ich losów, ale dla fascynującej narracji z wydarzeń kilkudziesięciu lat historii Grecji ubiegłego wieku.

O wszystkich tych wydarzeniach, które zostały opisane w „Nici” dobrze wiedziałam, czytałam o nich i słuchałam wiele razy. Ucieczka Greków ze Smyrny. Wielki pożar w Salonikach. Wybuch II wojny i jej przebieg w Grecji, a następnie grecka wojna domowa i greckich ruch komunistyczny. W mojej głowie były to jednak zwykłe, pozbawione życia suche fakty. Nic więcej.

Zobrazowanie historycznych faktów, losami poszczególnych bohaterów w tym przypadku udało się Hislop naprawdę wyborowo. Wszystkie suche fakty nabrały tu życia, dzięki czemu można je zrozumieć. Czytając „Nić” oczami wyobraźni można w nich uczestniczyć. Dowiadując się o historii z podręcznika możemy się jej nauczyć. Ale zaczynamy ją rozumieć i czuć, kiedy jest ona częścią losów konkretnego człowieka. Dzięki tej książce historia Grecji tego okresu to nie jest już dla mnie jedynie zbiór faktów, dat i nazwisk. Teraz jest to żywa opowieść, którą rozumiem i czuję.

Z pewnością niedługo przeczytam kolejną książkę Hislop. Czeka na mnie jeszcze bestsellerowa „Wyspa”. Sięgnę po nią przede wszystkim po to, by zrozumieć i przeżyć kolejną część fascynującej historii Grecji.

 

Dziękuję Bacha 😉

 

 

TU! zobaczysz nasz video – przewodnik po Salonikach

TUTAJ! przeczytasz o książce “Grek Zorba” N. Kazantzakisa

TU! przeczytasz o książce “Kronika pewnego miasta” P. Prevelakisa

TU! przeczytasz o książce “Grecja. Gorzkie pomarańcze” D. Sturisa

 

 

 

 

Olivka, Pestek i niebezpieczne bakterie… sobota, 15 lutego 2020

 

Zdjęcie: Katarzyna Wszołek

 

Siedzieliśmy spięci i nienaturalnie wyprostowani. Nie mogłam uwierzyć, że my naprawdę, zupełnie serio, mamy na sobie maski. Przecież to czysty nonsens… Pieprz raz jeszcze spytał się, czy na pewno odkaziliśmy ręce, po czym poszedł do pokoju, gdzie Olivka karmiła nowo-narodzonego Pestka. Kiedy tylko słychać było delikatne zamknięcie drzwi, Feta mocno odetchnęła.

-Ściągajcie te głupie maski, przecież to niedorzeczne – od razu po ściągnięciu, zeszło z ciała również i napięcie.

-W tym domu nie da się wytrzymać – powiedziała – Tego nie da się wytrzymać. A ja tak bardzo się cieszyłam, że zostanę babcią… Że będzie tak cudownie…

 

*

 

Olivka zaszła w ciążę. Mówiła zupełnie otwarcie. Wcale jej się ani nie śpieszyło, ani nie czuła instynktu macierzyństwa. Po prostu przyszedł taki moment, że razem z Pieprzem zdecydowali się na dziecko. Ciąża przeszła książkowo i odliczając jak w kalendarzu, dokładnie po dziewięciu miesiącach, przyszedł na świat mały Pestek. Śliczny, zdrowy noworodek o wadze prawie trzech kilogramów. Poród nie był ciężki, więc dość szybko Olivka i Pestek wrócili do swojego domu.

Pierwszy przedstawiciel nowego pokolenia sałatkowej rodziny – Pestek. Jak zapewne się domyślacie, wszyscy byli przeszczęśliwi. Już kilka miesięcy wcześniej przyszła babcia, czyli Feta z namaszczeniem zaczęła  kolekcjonować dla małego wyprawkę. Ręczniczki. Malutkie śpioszki. Ręcznie wyszywane akcesoria. Przyszły pradziadek, czyli Oregano, przeznaczył całą swoją miesięczną emeryturę, żeby wręczyć na potrzeby pierwszego prawnuka. Nikt jednak nie cieszył się tak bardzo jak mąż Olivki, czyli Pieprz.  Pieprz dosłownie zwariował ze szczęścia…

 

*

 

-Czy na pewno odkaziliście dokładnie ręce? – spytał Pieprz, kiedy już wyszedł z pokoju Olivki.

-No, tak… – odpowiedzieliśmy zgodnie z Janim, jednocześnie prostując znów plecy i nakładając z powrotem na usta i nos maski.

Pieprz w tym momencie, jakby nie wiedząc co ma robić z rękami, chwycił wielką butlę z żelem antybakteryjnym, kilka pompek i wysmarował nim ręce, aż po same łokcie.

-Pieprz… – zaczęła Feta – Po co znów je odkażasz, przecież niczego jeszcze nawet nie dotknąłeś?

-Ale wie mama… Lepiej… Lepiej zwłaszcza na samym początku być przezornym, niż coś zaniedbać…

-Tak… Tak… – przytaknęła Feta i spojrzała na mnie porozumiewawczym wzrokiem.

-No… A co tam u was słychać? Wszystko na Korfu dobrze? – spytał nas Pieprz.

-Tak, wszystko jest naprawdę bardzo dobrze. A czy mówiłam ci, że..

-A! Zapomniałbym! – Pieprz znowu spojrzał na Fetę – A te nowe śpioszki, to mama przeprasowała dwa razy, tak jak prosiłem?

-Tak, dwa razy, tak jak prosiłeś!

-Ale nie prała mama z innymi ubraniami, tylko osobno, zgadza się?

-Już mi o tym przypominałeś dwa razy. Tak, uprałam je osobno.

-Lepiej zwłaszcza na samym początku być przezornym, niż… – zaczął Pieprz.

-…coś zaniedbać… – dokończyła za niego Feta, po czym dodała:

-Wiesz co synku… Ja to chyba muszę się przewietrzyć! Dorota z Janim, to też chętnie napiliby się kawy! Co?

-Szczerze mówiąc, ja bardzo chętnie… – powiedziałam i zupełnie nieświadomie, zsunęłam z ust moją maskę.

-Nie!!! Nie wolno ściągać! Jechaliście metrem. Możecie mieć niebezpieczne bakterie! – zawołał Pieprz.

-Chodźcie, idziemy! – powiedziała zdecydowanie Feta i tym samym wstała z kanapy.

Chwilę później staliśmy już u drzwi. Jeszcze na pożegnanie, Pieprz zawołał:

-Mamo, tylko niech mama pamięta, żeby jak mama wróci, to żeby zmienić ubranie. A buty to najlepiej przebrać na klatce schodowej.

Bachhhhhhhhh! Feta z całej siły zatrzasnęła o framugę drzwiami. Jeszcze nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Moja teściowa zawsze była świątynią spokoju.

 

*

 

-I tak jest codziennie. Dzień w dzień… – zaczęła Feta, wyjmując jednocześnie ze swojej eleganckiej torebki paczkę papierosów – Cholera, już mi się fajki kończą. Wiecie, tutaj za rogiem jest taka dobra tawerna. Idziemy coś zjeść. A w dupie mam! Jani, idziemy! Ja stawiam! Po drodze muszę tylko jeszcze sobie kupić dwie paczki fajek na zapas.

 

Był sobotni wieczór. I tawerna, o której myślała Feta, pękała w szwach. Poczekaliśmy w kolejce jakieś dwadzieścia minut, w trakcie których Feta paliła papieros za papierosem. W środku tawerny kelner z tacą pełną naczyń, jak ryba przepływająca między wodorostami, prześlizgiwał się między stolikami. W końcu weszliśmy do środka. Zapachniało. Owocami morza… A przy tym… Pomidorem… Ogórkiem… Fetą… Oliwą z oliwek…

-Aaaach… W końcu… – powiedziała na wydechu Feta i chwyciła do rąk kartę dań.

Chwilę później złożyliśmy zamówienie. Na stoliku w mgnieniu oka pojawiło się wino, a nieco później przystawki.

-Pieprz dostał na głowę – zaczęła Feta – Nie mam pojęcia skąd mu się to wzięło, ale wprowadził w domu dosłownie terror. Buty można zdejmować tylko na klatce schodowej. Jak wchodzi się do mieszkania to trzeba od razu zmieniać ubranie na te, które jest tylko po domu. On wychodzi z domu, dwa / trzy razy w ciągu dnia. Idzie kupować małemu różne nowe rzeczy. Mamy ich już cały stos! I mało tego, że za każdym razem kiedy wraca, zmienia ciuchy, to każe mi je na dodatek wszystkie prać! Mam całe góry jego ubrań do prania, a później prasowania. Wysiadło już jedno żelazko. Po dotknięciu czegokolwiek, co może być uznane za siedlisko niebezpiecznych bakterii, a wliczamy w to: telefony komórkowe, pilot od telewizora, klamki od drzwi, zakupy z zewnątrz i cała lista innych przedmiotów, każe odkażać ręce. Zobaczcie na moje dłonie. Już mi od tego żelu skóra pęka. Na dodatek wszyscy, którzy przychodzą z zewnątrz mają nosić na sobie maski! Mnie nie wolno trzymać dziecka, bo przecież może mi wypaść. Podobno, od czasu kiedy Jani i Olivka byli mali,  zmieniło się wiele  i ja nie wiem jak prawidłowo trzymać dziecko. Ostatnio dostał szału jak zobaczył, że w lodówce jajka stały blisko warzyw!  To jest jakiś horror!

Feta wyrzuciła z siebie wszystko jednym wydechem, po czym zabrała się za jedzenie.

-A Olivka – spytałam – Co ona na to?

-Jest między młotem, a kowadłem. Sama nie wytrzymuje tych niekończących się reguł, na dodatek ma trudności w karmieniu piersią i zmiany nastrojów. Ja  z  jednej strony chcę jej pomagać i ją wspierać, ale z drugiej – mam swoje granice! Czegoś takiego naprawdę nie mogłam się spodziewać… A myślałam, że będzie tak cudownie… Mój pierwszy wnunio! Że będziemy wszyscy razem. Że będę Olivce pomagać… Że będziemy go kąpać, przebierać, a on będzie tak słodko łkać… I że będę mu nakładać na stópki te słodkie skarpetusie, co je wyszywałam jak była w ciąży… Na ten właśnie moment, czekałam całymi latami… Miało być zupełnie, zupełnie inaczej…

Siedzieliśmy i gadaliśmy do północy. Tawerna była rzeczywiście rewelacyjna, a jedzenie szczególnie pyszne. Kiedy zrobiło się naprawdę późno, odprowadziliśmy Fetę do domu Olivki i Pieprza. Jeszcze przed wejściem do budynku wypaliła ostatniego papierosa.

My poszliśmy spać do hotelu. Mimo tego, że z Korfu do Aten przyjechaliśmy na zaproszenie, zgodnie z regułami Pieprza nie mogliśmy spać w domu, ponieważ mogliśmy mieć na sobie niebezpieczne dla dziecka bakterie. „A zwłaszcza na samym początku lepiej być przezornym, niż coś zaniedbać…”. Ostatecznie małego Pestka widziałam przez całe sześćdziesiąt sekund, z odległości w miarę bezpiecznego metra.

 

I Feta, i ja tak samo, i tak wiele z nas, kochamy montować sobie w głowach najróżniejsze filmy. I później żyć w ich świecie. Jak to będzie super… Jak będzie cudownie… Jak to będzie fajnie… „GDY”! I właśnie wtedy życie uwielbia płatać najbardziej zmyśle figle…

 

TU! przeczytasz o tym kto, jest kim w sałatkowej rodzinie.

TU! przeczytasz o mojej teściowej Fecie.

TU! przeczytasz o chrzcie w Grecji.

 

 

 

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Co słychać u nas?… poniedziałek, 30 kwietnia

 

Praca wre!

 

Lubię, kiedy wczesnym rankiem pierwsze co słyszę po przebudzeniu, to śmiech naszej sąsiadki Kateriny. Głęboki i doniosły. Kiedy Katerina się śmieje, to dudni cały nasz dom. Już od początku kwietnia, w domu naszych sąsiadów dopiero się działo. Przycinanie drzew i krzewów. Sadzenie kwiatów. Malowanie na biało krawężników. Pranie i wietrzenie wszystkiego, a przede wszystkim zakurzonych zimą dywanów. Kiedy cały proces czyszczenia domu po zimie się zakończył, na drzwiach wejściowych Katerina zawiesiła ozdobę w postaci łódki na falach, z wielkim napisem „lato!”, czyli kalokieri. Tak, tak! Sezon wiosenno – letni, trwa już w Grecji na całego. Również dla mnie prawie cały kwiecień był okresem przygotowań do lata.

 

Marzec zdominowała choroba Janiego, dlatego kwiecień był dla mnie szalenie pracowity. Ale… Ale… Nie dajmy się zwariować! Jak co roku, na chwilę przed rozpoczęciem sezonu na Korfu, wybraliśmy się na małe wakacje. Tym razem padło na Hydrę! To właśnie tam ładowaliśmy baterie przed sezonem. Chwilę po powrocie, przykułam się do biurka i zaczęłam pracować jak szalona. To już piąty rok prowadzenia własnej firmy. Na samym początku było to mało możliwe. Ale teraz nawet pracując bardzo intensywnie nauczyłam się znajdować czas na rzeczy, które lubię i czas dla siebie.

Kiedy patrzyłam z jakim zacięciem moja sąsiadka przygotowuje swój dom na lato, pomyślałam, że z taką samą intensywnością ja przygotowuje się do sezonu. Na lato warto przygotować wszystko, ale koniecznie pamiętać trzeba również o sobie. Z wielkich pudeł, które mam głęboko w szafie, wyciągnęłam swoje letnie ubrania. Wszystkie beże i biele, zwiewne spódnice i sukienki, moje ukochane motywy marynarskie. Zrobiłam gigantyczne pranie i pomyślałam, co by na lato dokupić sobie jeszcze. Kiedy zaczęły nadchodzić paczki z białymi espadrylami i koszulkami na lato, które zamówiłam w internecie, w międzyczasie wybrałam się do kosmetyczki na pierwszy tego lata niepoważnie różowy pedicure. Ta radość, kiedy pięknie pomalowane paznokcie wystają z przepięknych letnich sandałków, zna każda kobieta. Wtedy też poczułam – tak, ja już mam w sobie lato!

Znajdowanie czasu dla siebie, udaje mi się coraz sprytniej. Wszystko dzięki… dobrej organizacji! Już od bardzo długiego czasu praktykuję zwyczaj, że w każdy czwartek oglądam klasyki kina, a w każdą niedzielę – lekką komedię, które dobrze nastrajają mnie na tydzień. Co dwa tygodnie koniecznie – wypad do kina! Od jakiegoś czasu ubolewałam nad tym, że nie mam zbyt wiele czasu na czytanie książek i gazet. Ale już znalazłam swój sposób. Wprowadziłam dwa nowe zwyczaje. Co noc, przed zaśnięciem, przez pół godziny czytam. Zawsze też przed rozpoczęciem pracy,  przed dotknięciem się czegokolwiek, czytam jeden cały artykuł prasowy. Dzięki temu jestem na bieżąco i z książkami i z gazetami. Nie wyobrażam już sobie funkcjonowania bez tych dwóch zwyczajów! Małe rzeczy, a potrafią podnieść jakość życia.

 

Wakacje na Hydrze

Hydra

 

Tymczasem… Przyznaje się bez bicia… Wypad na Hydrę, nie był takim do końca beztroskim wypoczynkiem. Dokładnie 11 kwietnia, kiedy byliśmy na wyspie, zdalnie koordynowałam przebieg naszej pierwszej w tym sezonie wycieczki po Korfu. Tak! W tym roku wystartowaliśmy 11 kwietnia! Pozdrowienia dla naszych pierwszych w tym sezonie turystów!

 

WIDOKI KORFU, 11 kwiecień

 

A później były kolejne, mniejsze trasy. W kwietniu wystartowaliśmy z darmowym produktem w postaci nagrań video – „Trzy kroki: Jak przygotować wakacje na Korfu”, do których pobrania możecie zapisać się TU! na naszej stronie internetowej. Stworzyliśmy z Janim filmik, który pokazuje naszą wycieczkę MIEJSCA KORFU. A dosłownie na dniach, gotowe będą następne!  Na moim koncie Instagram, raz w tygodniu zaczęłam kilkumintowe serie Live na temat Grecji i Korfu. Bardzo spodobała mi się ta forma kontaktu z Wami, więc co tydzień będą kolejne Live! W międzyczasie również, podszkoliłam się w temacie kilku zagadnień z historii i Korfu. I… zebrałam i schowałam wszystkie materiały mojej książki. Na teraz – wywieszam białą flagę. Książka już jest… Ale znów nie jest to wersja, która mi się podoba. Dlaczego? Nie mam pojęcia… Na tym etapie, czuje że ta książka musi jeszcze poczekać. A może tak jest, że ona się jeszcze dzieje??? Wszystkie jej materiały schowane, na tę chwilę zamknięte. Również po to, żeby rozpocząć nowy projekt. Czuje, że już przyszła odpowiednia pora. Już zaczęłam… Pracę nad moim autorskim przewodnikiem po Korfu…!

Powoli czas pakować walizki. Kochani, jest to ostatni post  z cyklu: „Zacznij lekko poniedziałek”, przed sezonem letnim. Kolejny – będzie jesienią. Co prawda co roku obiecuję i sobie i Wam, że latem posty będą się pojawiać równie systematycznie jak jesienią i zimą. Teraz wiem, że zwyczajnie nie jestem w stanie dotrzymać tego słowa. W założeniu jest – jeden post na tydzień. Tyle jest super i tego się trzymam. A co będzie w praktyce??? Życzcie nam WSPANIAŁEGO SEZONU!!! To już nasz piąty sezon na KORFU!

 

 

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Co w ludziach zmienia Grecja?… poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Dwa lata temu, mniej więcej w połowie letniego sezonu poczułam, że jak powietrza potrzebna jest mi odskocznia od pracy. Praca zajmowała  mi całą  dobę, bo w dzień pracowałam, a w nocy o niej myślałam. I tak… Samo przyszło!

Od bardzo dawna marzyło mi się, żeby jeździć konno. Pewnego lipcowego dnia, po prostu wstałam zza biurka, zabrałam co było mi najpotrzebniejsze i pojechałam do stadniny koni. Była to jedna z  moich najlepszych decyzji. Tak właśnie zaczęłam jeździć konno.

Najbliższy sezon na Korfu, to dla mnie kolejny sezon z końmi. Zazwyczaj w środy, pakuję  torbę, zakładam  bryczesy i jadę do Silvalandu. Kiedy tylko skręcam do wioski Viro i jadę nieco dalej, mój telefon traci zasięg. Są to jedyne dwie godziny w całym tygodniu, kiedy nawet Sakis Rouvas [kliknij TU!] się do mnie nie dodzwoni. Jeżdże sobie na koniu, gadam z ludźmi, później piję kawę. Jednym słowem – ładuje baterie. Te dwie godziny działają na mnie tak cudownie, że kiedy wracam czuję się jak po dwugodzinnej medytacji.

Pod koniec ubiegłego sezonu, do Silvalandu przyjechał angielski trener, który prowadził pokaz jazdy konno. Miałam też być, ale tego dnia mieliśmy naszą wycieczkę:

-Ally i jak udał się pokaz? Jak było? – spytałam moją nauczycielkę, która mieszka na Korfu już ładnych parę lat, a pochodzi z Anglii.

Ally, w tym co robi jest fenomenalna. To dla tej stadniny największy skarb. Jest mała, drobna i zupełnie niepozorna. Pracując  jeszcze w Anglii, zajmowała się ujeżdżaniem dzikich koni. Na co dzień, Ally to ostoja spokoju. Zawsze zastanawiałam się jak to możliwe, że ta drobna kobieta ujeżdża dzikie konie? Wszystko stało się jasne, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Ally w akcji.

Z grupą kilku jeźdźców na koniach, udaliśmy się do lasu. Jedna z klaczy w pewnym momencie jakby ogłupiała. Zrzuciła z siodła dziewczynę, która na niej siedziała i za nic w świecie nie dała się uspokoić. Nie mam pojęcia jak Ally zdołała na tę klacz samodzielnie wsiąść. Później zaczęła coś wrzeszczeć i uderzać nogami. Po trzech minutach koń wrócił do siebie. Zupełnie się uspokoił.

-Wszystko szło zgodnie z planem. Było naprawdę super. Tylko, że… – kontynuowała Ally.

-Co się stało?

-Ten gość mnie tak zmęczył… – powiedziała.

-Co takiego zrobił?

-No, niby nic… Ale był tak wszystkim zestresowany… Te ciągłe pytania: o której, czy już wszystko gotowe? A za ile? A już? A kiedy? W pewnym momencie myślałam, że wyjdę z siebie. Nawet nie dopiliśmy kawy, a on już był zestresowany. I ten ciągły wyraz napięcia na twarzy… Jakby w głowie miał same najgorsze scenariusze.

-Haha! To mieliście wesoło… Taki zestresowany Anglik w Grecji.

-Ale gdyby jeszcze był jakiś powód… Przypomniało mi się, że kilka lat temu ja też taka byłam. Jeszcze  przed przeprowadzeniem się na Korfu. Wszystko musiało być na pięć minut przed czasem.  Wszystko pod kontrolą. Zapięte na ostatni guzik. I ten ciągły stres, mimo że nie było nawet powodów. Teraz zupełnie sobie nie wyobrażam, że naprawdę mogłam tak funkcjonować… I czym ja się tak stresowałam?

-Skąd ja to znam, Ally… Jakbyś mówiła o mnie… Myślę, że jeszcze kilka osób mogłoby się pod tym podpisać…

-Najfajniejszy jest moment, kiedy człowiek zaczyna odpuszczać. I widzi, że jak nie ma tego napięcia, tego całego trzymania się planu, ciągłej kontroli wszystkiego, to wtedy wszystko zaczyna się samo układać… U mnie tak właśnie się stało po jakimś roku mieszkania w Grecji.

Pogadałyśmy jeszcze chwilę i zaczęłyśmy lekcje. Ally uczy mnie, że jeżdżąc konno muszę być w całkowitym relaksie, a jednocześnie w stuprocentowym skupieniu. Wiele z tego, czego uczę się podczas jazdy konno, sprawdza się w mojej pracy i codziennym życiu. Jazda konno, to znacznie więcej niż tylko sport.

Sałatka po grecku TV – odc. 19: Jak zrobić sałatkę po grecku?… sobota, 1 kwietnia 2017

I jest! Nasz pierwszy filmik nowym aparatem! Nie możemy się z Janim jeszcze nim nacieszyć. W końcu mamy dokładnie taką jakość o jaką nam chodziło:D

Od teraz nasze filmiki pojawiać się będą jeszcze częściej. Czego będą dotyczyć? Grecji rzecz jasna! Jak zawsze będziemy  w nich dużo gotować i podróżować po Elladzie. Kiedy  tylko przypłyniemy znów na Korfu, pojawiać się będzie coraz więcej filmów o Kerkirze. Nowością, która może bardzo się Wam spodobać będą filmiki lifestylowe.

Jeśli macie jakieś propozycje, jest coś co bardzo chcielibyście zobaczyć – koniecznie napiszcie o tym w komentarzu.

Nasz pierwszy filmik po technicznym liftingu  dotyczy rzeczy najważniejszej! Raz jeszcze…

Jak zrobić sałatkę po grecku?

Składniki, których będziecie potrzebować to:

ogórek

pomidor

papryka

cebula biała lub czerwona

kilka oliwek

gruby plaster fety

ocet winny

oliwa z oliwek

szczypta soli

oregano

Jak taką sałatkę zrobić? Na spore kawałki kroicie pomidora i ogórka.  Kawałki najperw pomidora, a później ogórka kładziecie na talerzu. Następnie kładziecie kilka krążków papryki i cebuli oraz kilka oliwek (mogą być z pestkami). Całość skraplacie kilkoma kroplami octu winnego. Niczego nie mieszacie! Nakładacie jeden (sic!), gruby plaster fety. Całość polewacie oliwą z oliwek, posypujecie solą i oregano. I już gotowe!:D

Jeśli szukacie promocji na produkty, które zostały użyte w tym przepisie, sprawdźcie stronę – https://www.qpony.pl/lidl  gdzie znajduje się gazetka Lidla.

W tym momencie warto też przypomnieć, kto kim jest tu na blogu. O tym przeczytać możecie TUTAJ!

Dziś piąte urodziny SAŁATKI PO GRECKU! Jak ten czas szybko leci… poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Pamiętam, że rok temu o tej samej porze, na jednej z naszych wycieczek opowiadałam naszą grecką historię. I w momencie mówienia o tym wszystkim co miało miejsce, uświadomiłam sobie, że właśnie mamy kolejną rocznicę przybycia do Grecji i pierwszego postu na blogu. Rok temu zupełnie o tej rocznicy zapomniałam. Dziś mija już pięć lat od momentu, kiedy przeprowadziliśmy się do Grecji. Od dziś Sałatka po Grecku ma również pięć okrągłych lat. Dziś o tej rocznicy nie zapomniałam.

Czas pędzi jak szalony. Te pięć lat minęły jak z bicza strzelił. Choć z drugiej strony mam wrażenie, że te pięć lat temu byłam zupełnie inną osobą. Pamiętam dokładnie ten pierwszy dzień po przylocie i wielki strach, o to co będzie. W najśmielszych marzeniach nie pomyślałabym, że wszystko się tak fantastycznie ułoży. I po co było się tak zamartwiać??? Dziś już nie wyobrażam sobie życia poza Grecją. Kiedy przez dłuższy czas nie widzę morza, czuje że czegoś bardzo mi brak.

Kochani, jesteśmy właśnie w samym apogeum turystycznego sezonu. Więc dziś będzie dość krótko. Na naszych trasach jest Was znów więcej niż w roku ubiegłym. I zdaje się, że jest to już ostatni moment, w którym tę firmę jestem w stanie prowadzić w pojedynkę. Chodzę na rzęsach, ale satysfakcja rekompensuje mi wszystko.

Dziś z okazji 5 lat bloga i naszych 5 lat w Grecji, filmik który nagrałyśmy razem z Bogusią z kanału Anioł na Resorach. Ten filmik i możliwość wypowiedzenia się na kanale Bogusi, to dla mnie bardzo ważna sprawa. Tam, raz jeszcze o naszej historii… Miłego słuchania. I przede wszyskim wielkie dzięki dla Was, że przez te kilka pięknych lat jesteście ze mną…