Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Czasami życiowa mądrość warta jest więcej niż porady kilku lekarzy. Dlaczego Oliwa z Oliwek nagle poczuła się gorzej?… poniedziałek, 8 lutego 2016

Typowa grecka przystawka:  kawałek fety polany oliwą z oliwek i szczypta oregano

Typowa grecka przystawka. Kawałek fety polany oliwą z oliwek i szczypta oregano.

Jesteśmy obecnie w Sałatkowym domu. Zdaje się, że od czasu kiedy byliśmy tu tak długo  ostatni raz, o ile dobrze liczę, minęły już dwa lata. Po dwóch latach i zmianach, które zadziały się w naszym życiu, wiele rzeczy odbieram teraz trochę inaczej. Wcześniej bym nie uwierzyła, że z moją teściową będę chodzić na zakupy, do fryzjera i na kawę… W około mnie nic właściwie się nie zmieniło, ale tyle zmian zaszło we mnie. Obecna wizyta u Sałatki, ma jednak trochę  inny motyw główny. Jest nim Oliwa z Oliwek i jej relacja z Fetą, czyli jej synową. Oliwa z Oliwek ma już 102 lata. Nagle, kilka dni temu poczuła się znacznie gorzej…

*

Przez kilka dni pod rząd, schemat był ten sam. Feta wstawała rano by już od godziny dziesiątej, spokojnie zacząć przygotowywać obiad. Mniej więcej o jedenastej, dzwoniła Oliwa z informacją, że czuje się bardzo źle, nie może oddychać i że trzeba do niej przyjechać. Podczas każdej rozmowy, prawie nie można było jej zrozumieć, bo babcia dostawała okropnej zadyszki. Blada jak ściana Feta, jak stała, rzucała wszystko i razem z Pomidorem jechali do Oliwy. Kiedy już byli u babci, Oliwa nagle zaczynała czuć się lepiej. Regulował się jej oddech i wracała do siebie. Zaczynała mówić, mówić, a opowieściom co tam dzieje się we wsi, nie było końca. Cierpliwość Fety w końcu się wyczerpała, bo jeśli przez kilka dni nie była w stanie ukończyć jednej mussaki [TUTAJ! znajdziesz przepis], to coś tu było nie tak, jak być powinno.

Oliwa zabrana została więc do szpitala, z którego po jednej nocy ją wypisano. Wg diagnozy lekarzy, ciało babci funkcjonuje jak należy. Można tylko odstawić już tlen, bo krew jest aż nadto dotleniona.

Po wypisaniu ze szpitala, Oliwa z Oliwek mimo wzbraniania się rękami i nogami, zamieszkała na kilka dni w Sałatkowym domu. Teoretycznie atmosfera powinna być dość ciężka. Schorowana, ponad stuletnia babcia, która z trudem już chodzi i skarży się właściwie na wszystko. Mimo tego, były to jedne z weselszych dni naszego pobytu.

Dlaczego Oliwa z Oliwek tak bardzo nie chciała zamieszkać ze swoim synem i synową? Jak mówią  – starych drzew się już nie przesadza, bo wiekowe osoby po prostu najlepiej czują się w swoich domach. Co prawda babcia czuła się gorzej, ale ani na trochę nie zamykały się jej usta…

-Mamo… – pyta Feta – Chcesz cytryny do zupy?

-Cytryna w zupie mi przeszkadza!

-Chyba odwrotnie… Ja bym powiedział, że mama bardziej przeszkadza tej biednej cytrynie, niż cytryna mamie… – szepnął pod nosem Pomidor.

-Co tam mówisz synku?! Jak mówisz do mnie, to mów głośniej, bo słabo ostatnio słyszę… Ach… Jak źle się czuje… Na dniach, najlepiej jutro chcę wracać już do siebie…

-Mamo, co tam będziesz robić sama? Zostań z nami trochę dłużej… – mówi Feta.

-A kto kwiatki mi podleje? Zresztą, nie ma się co dłużej oszukiwać. Ja  mam już sto dwa lata! Czas na mnie… W tamtym miesiącu, umarły mi aż trzy koleżanki. Kostucha we wsi chodzi! Lada dzień mnie też zabierze. Ach… Muszę pamiętać, żeby być dla innych miła… A w tym szpitalu tooo…

-Mamo, jak tak się źle czujesz, to jutro podjedziemy jeszcze do tego szpitala, niech cię zbadają – zasugerował Pomidor.

-Do szpitala?! A w żadnym wypadku! Już więcej tam nie chcę… Co za dziwna babcia leżała obok mnie ostatnim razem… Babcia…? Co ja mówię… Przecież ona nie mogła mieć nawet osiemdziesięciu lat! Spytałam się jej tylko ile ma wnuków, bo ja już mam czwórkę pra! I zaczęłam jej opowiadać jak każdy z nich ma na imię, ile ma lat i co tam u nich słychać. A ta mi odpowiada, żebym była cicho, bo jak mówię, to ją wszystko boli i że potrzebuje spokoju… Co za dziwna kobieta… – skończyła Oliwa i wprawnym, dziarskim ruchem, na drobne i równe kawałeczki  zaczęła rozdrabniać łyżką  ziemniaka w swojej zupie.

-Ale mamo, zrozum… My się o ciebie boimy, jak teraz jesteś sama. Do szpitala nie chcesz, u nas też nie. To może poprosić Rulę (pani, która trzy razy dziennie przychodzi do babci do opieki – przypis mój) by zostawała na noc?

-Ależ to kosztuje! – odparła sugestię Oliwa.

-O to niech się mama nie martwi. Zrobimy w rodzinie zrzutkę i się uzbiera.

-O nie… Nie… Jak Rula będzie przychodzić na noc, to umrę dużo wcześniej niż jest mi pisane! Słuchaj Feta… Tylko nie Rula! Po moim trupie!

-A dlaczego???

-Bo Rula w nocy chrapie!

-Przecież sama mówisz, że źle słyszysz!

-Już nie bądź taka drobiazgowa!  Zostawcie mnie w spokoju i dajcie człowiekowi  umrzeć…

-To może my u ciebie kilka dni pomieszkamy? – spytała Feta.

-O nie! Co to, to nie! – krzyknął  z końca kuchni Pomidor  -Nie pamiętasz Feta,  jak było ostatnim razem? O 17 mama zamknęła wszystkie okiennice. A o 18  kazała nam spać… Nawet nie mogliśmy rozmawiać, bo i to jej przeszkadzało… A telewizor musiałem zgasić, bo mamie migał… Godzina 18.30… Ciemno, głucho wszędzie…

-O Jezu… Ale ty marudny… – powiedziała pod nosem babcia.

Po kilku dniach pobytu u Sałatki, Oliwa kategorycznie poprosiła, żeby zabrać ją  do domu. Przy okazji wytknęła Fecie kilka kulinarnych błędów, ale kroplą która przelała szklankę była piątkowa ryba. Oliwa z Oliwek co prawda lubi ryby, ale nie toleruje ich zapachu w domu. Tego dnia na obiad przyszedł też ojciec Fety, czyli Oregano. Oliwa na przywitanie i jednoczesne pożegnanie postukała go swoją laską w łydkę, po czym została odwieziona do domu. Feta, która przez te kilka dni nieraz musiała gryźć się w język, trochę odetchnęła.

-Och… Tato… Dobrze, że wpadłeś… – nalała ojcu szklaneczkę tzipuro [kliknij TU!] i  trochę się wygadała.

*

-Mamo… – spytałam Fetę, kiedy zobaczyłam ją w kuchni przed pójściem spać  –Co będzie z babcią? Co jej właściwie jest…?

-Co jej jest?… A nic! Oliwa z Oliwek ma się dobrze! Nie słyszałaś co mówił lekarz? Po prostu trzeba będzie do niej częściej jeździć. I my i inni. Babci nic nie jest, prócz tego, że doskwiera jej samotność. Oliwie wcale nie potrzeba nowych leków. Jej teraz najbardziej potrzebne jest towarzystwo!

Ot! I cała diagnoza… A głowiło się na tym trzech różnych lakarzy…

 

Czego nie lubię w Grecji?… środa, 9 grudnia 2015

Ughhh...

W Grecji podobało mi się zawsze, od samego początku. Pamiętam jednak, że chwilę po tym jak przyjechaliśmy tu mieszkać na stałe, od czasu do czasu napotykałam osoby, które zdaje się chciały mnie do Grecji zniechęcić. „Zobaczysz, zobaczysz… Pomieszkasz tu trochę… Przejrzysz na oczy, a jak poznasz tutejsze realia, przestanie ci się już tak podobać”. Negatywne emocje były tu wyczuwalne na kilometr. I sama czasem się zastanawiałam, jak to będzie – czy rzeczywiście, po kilku latach zmieni się moje postrzeganie Grecji?

Jak patrzę na Elladę po ponad czterech latach mieszkania tu na stałe? Na szczęście w moim przypadku owe czarnowidztwo się nie sprawdziło. A kiedy zapuściłam już korzenie podoba mi się jeszcze bardziej! Wydaje mi się, że pomogło w tym moje nastawienie. Już na samym początku mieszkania w Grecji nastawiłam się, że z czasem będą wyłaniać się jakieś minusy. W mojej codzienności przeznaczyłam im jednak pewien margines akceptacji.

Dziś post o kilku rzeczach, które w Grecji mi się nie podobają. Akceptuje je, ale wciąż ich nie lubię. Po co o nich piszę? Z dwóch powodów.  Po pierwsze, żeby pokazać, że mimo pisania o pozytywnych stronach tego kraju, ja naprawdę widzę  również negatywy. Po drugie… Wiele osób, które przylatują do Grecji na wakacje, ma wrażenie że tu żyje się jak w raju, a wiecznie uśmiechnięci Grecy, nie mają ani żadnych wad, ani problemów. Idealnie nigdzie nie jest…

1. Brak  otwartości na świat…  To zdecydowanie cecha, której nie lubię najbardziej. Grecy są absolutnymi wielbicielami swojego kraju. Miłość do swojej ojczyzny jest oczywiście czymś dobrym, ale Grecy często tracą przez to ciekawość innych kultur, przez co ich nie znają. Wszelakiego typu zachowania, które są odmienne od typowo greckich, często uznawane są za „dziwactwa”. To jest taki brak tolerancji w lekkim, codziennym wydaniu. To co dla mnie jest zupełnie naturalne, potrafi wprawić Greków w prawdziwą konsternację. Takich kilka przykładów: na śniadanie jem jaja na bekonie; obiad mamy czasem nawet i o 17.00; lubię wychodzić sama do kawiarenek i tam pracować; po ślubie nie zdecydowałam się szybko na ciążę; owoce jem nie po, a przed obiadem; latem  zostawiam męża oraz dom i wyjeżdżam pracować. Na drugim miejscu natomiast jest…

2. Bardzo osobiste pytania są tu na porządku dziennym… Ta sytuacja powtarzała się nagminnie, do momentu kiedy znalazłam fryzjera, który stanowi wyjątek. Idę podciąć włosy. Wchodzę i siadam na fotelu. Chcę się zrelaksować, a później ładnie wyglądać. I jak tylko siadam, zaczyna się zabawa w tysiąc jeden pytań. Z jakiego jesteś kraju? Co robi twój mąż? A czym ty się zajmujesz? Ile zarabiasz? Kiedy zajdziesz w ciążę? Ile masz rodzeństwa? Czym zajmują się twoi rodzice? A gdzie dokładnie mieszkasz? A ta torebka to skąd i ile kosztowała? I tak dalej i tak dalej… Takie naprawdę bardzo osobiste pytania są w Grecji zupełnie na porządku dziennym. Co  było na początku dla mnie prawdziwym szokiem, pytanie w stylu „ile zarabiasz?” wcale nie jest w Elladzie nie na miejscu. Na miejscu trzecim są…

3. Nigdy nie wiesz, kiedy i gdzie nagle będzie strajk!… Pod tym podpisze się chyba każdy. Grecy i ich wieczne strajkowanie. Strajkują raz pociągi. Raz promy. Za innym razem metro. Służba zdrowia. Władze uniwersytetu. Śmieciarze. Nie potrafię już nawet policzyć ile to razy strajki naprawdę popsuły mi plany. Choć jeśli się głębiej zastanowię, w tych strajkach można znaleźć pewien pozytyw. Jest nim nauka elastyczności. Ale o tym będzie już w oddzielnym poście. Na kolejnym miejscu są natomiast…

4. Nie tyle przeszkadza mi biurokracja, co niekompetentni urzędnicy… Na biurokrację narzeka się wszędzie. Nie inaczej jest w Grecji. Jednak niekompetencja greckich urzędników, często potrafi przekroczyć wszelkie możliwe granice. Ustalenie właściwej wersji w danej sprawie często graniczy z cudem. A  załatwianie czegoś to niekończąca się wędrówka od jednych do drugich drzwi, zupełnie jak u Kafki. Myślę, że przyczyną tego jest to, że…

5. W Grecji trudno jest cokolwiek ustalić… Godzinę spotkania… W który dzień ktoś wpadnie… Co będziemy robić… Gdzie pójdziemy…  Tu prędzej się wykończysz niż coś ustalisz. W tym temacie lepiej się więc również poprostu wyluzować. Grecy już tak mają, że żyją całkowicie tu i teraz. Planowanie czegoś na później, to dla nich czysta abstrakcja. Są w Elladzie również pewne pozytywy, które w swojej skrajoności przeradzają się jednak w minusy. Doskonałym przykładem jest…

6. Grecki tradycjonalizm… Szacunek do tradycji i jej pielęgnowanie jest niezwykle cenne. Jednak w momencie, kiedy przeradza się to w skrajność, wtedy zaczynają się problemy. Kiedy dla przykładu zapytacie się typowego Greka „dlaczego papier toaletowy wrzuca się w Grecji nie do muszli klozetowej, a do kosza na śmieci”, najpewniej wam odpowie „no… bo… tak w zasadzie było w Grecji zawsze!”. Tu komentarz jest chyba zbędny ;)) Ta cecha czasami śmieszy. Jednak za żadne skarby nie potrafię się przyzwyczaić do faktu, że…

7. W typowym greckim domu nie ma centralnego ogrzewania… Wbrew stereotypowi w Grecji zimą jest zimno!!! Grecy najczęściej ogrzewają domy na olej opałowy, który jest drogi. Mieszkania ogrzewa się więc zazwyczaj trzy godziny rano i trzy godziny wieczorem. Tak jak dla Greków zimno zimą jest rzeczą normalną,  nie potrafię się do tego przyzwyczaić i zawsze, kiedy przylatuje do Polski obściskuje mój ukochany kaloryfer, kiedy tylko go zobaczę:D Jeśli jesteśmy już w temacie spraw domowych, to absolutnie nigdy nie polubimy się z…

8. Karaluchy i inne robactwo…  Jedno wielkie „aaa!!!”, a chwilę po tym „bleee…”. A w Grecji karaluchy potrafią być naprawdę gigantyczne (4cm długości to taka norma). I nie znalazłam jeszcze sposobu, żeby się ich pozbyć (jeśli macie swoje sprawdzone patenty – błagam, piszcie w komentarzach!). W Grecji nie tylko ogórki, pomidory, pomarańcze czy cytryny są dorodniejsze. Tyczy się to również wszelakiego typu robactwa. Czasem wpadnie dziesięciocentymetrowa skolopendra, albo wleci gigantyczna pszczoła, po której ugryzieniu trzeba natychmiast jechać do szpitala.

Jak widzicie, również i w Grecji są rzeczy, które potrafią denerwować. Ale mieszkanie w innym kraju to wielki sprawdzian tolerancji oraz całkiem przydatnej życiowo umiejętności, machania ręką od czasu do czasu na pewne sprawy.

Mimo wszystko, pozytywów w Grecji jest wiele, wiele więcej. I są one dużo ważniejsze, niż opisane wyżej minusy. A jakie rzeczy lubię w Elladzie najbardziej? O tym już w oddzielnym poście!

      A jak jest u Was? Które rzeczy w Grecji Was denerwują? Piszcie w komentarzach!

Mniam! Krótka wizyta u Sałatki. Grecy, a problemy naprawdę dużego kalibru… czwartek, 26 listopada 2015

Na ten wypad do Aten zacierałam ręce już od kilku dni. Po prostu chciało mi się dużego miasta. To takie małe uzależnienie. Żeby ta krótka podróż rozpoczęła się w mojej głowie jeszcze wcześniej, wszystko dokładnie  zaplanowałam. W co się ubiorę, co sobie zjem, gdzie pójdziemy, co zobaczymy. W zasadzie nic wielkiego, bo mieliśmy skoczyć do Ikei. Załatwić coś na Ermou.  Poszwendać się tam i tu. I odwiedzić Olivkę z Pieprzem w ich nowym mieszkanku. W odwiedzinach była również Feta z Pomidorem. Tak więc Sałatka w pełnym składzie!

Idealne plany mają to do siebie, że życiowo raczej się nie sprawdzają. Niby o tym wiem, ale czasami widocznie muszę sobie jeszcze dodatkowo przypomnieć. Tego dnia, z energią obudziłam się jeszcze przed dzwonkiem budzika. Zeszłam do kuchni żeby odsłonić roletę i czym prędzej sprawdzić jaka jest pogoda. I się zaczęło… Pierwszy element całej lawiny jakiegoś fatum…

Ten karaluch nie był duży, ale (chyba nie jestem tu wyjątkiem) nienawidzę karaluchów! Nie widziałam innego wyjścia… Co prawda idą Święta,  ale mimo tego nie potrafiłam zdobyć się na litość. Postanowiłam jak najszybciej  go zamordować. Ta szkarada,  powołana do życia w zupełnie  niewiadomym mi celu, zdążyła  przebiec do  salonu i schować się pod dywan. Skubany… Choć próbowałam znaleźć go na wszystkie możliwe sposoby,  moja poranna akcja zakończyła się tylko i wyłącznie jednym gigantycznym opóźnieniem. Karaluch zdołał zbiec. Rano czas zawsze pędzi w przyśpieszonym tempie, więc kawę postanowiłam przelać do papierowego kubka i dokończyć ją już w samochodzie. W końcu ruszyliśmy w drogę.    Ten papierowy kubek… Też nie był tego dnia szczęśliwym pomysłem.  Po jakiś trzydziestu minutach jazdy  z trzydziestominutowym opóźnieniem, cała jego zawartość znalazła się… na mnie! Tej jednej, wielkiej plamy po kawie na bluzce nie dało się zbagatelizować i udawać przed światem, że jej nie ma. Wróciliśmy więc do domu…

Ha – ha! Hi – hi! Ehhh… Życie! Na opóźnienie machnęliśmy  ręką, a mi nawet trochę ulżyło, bo byłam przekonana, że tego dnia  limit przeciwności losu został już wyczerpany. Błąd. Nie doszliśmy nawet do epicentrum. Po godzinie jazdy siadło nam w samochodzie wspomaganie kierownicy. Tak po prostu. Jani dał radę, ale ja nie mam aż tyle siły, żeby bez wspomagania wyrobić na zakręcie. Do teraz nie mam pojęcia, jak kiedyś prowadzono bez wspomagania kierownicy…

Jakoś dojechaliśmy… I jest! Ikea! Patrzyłam na żółte litery na granatowym budynku, jak na zbawienie. Pomyślałam, że na zakupach to już na pewno się wyluzuję. Mieliśmy kupić kołdrę, którą upatrzyłam jeszcze pod koniec sierpnia, wiedząc dokładnie która, jaka cena, jaki typ, w którym dziale.   Były wszystkie inne. Oprócz tej właśnie… Dodam, że jechaliśmy do Ikei właściwie tylko po nią… Ale to nie był jeszcze koniec.  Na liście moich spraw do załatwienia była jeszcze wymiana paska w zegarku. Nic wielkiego, ale może przynajmniej  to! się uda. Jadąc metrem na Ermou, zaliczyliśmy ścisk stulecia, a sklep Swatcha akurat był zamknięty. Na pytanie Janiego:

-No, ale czym ty się tak przejmujesz?

…myślałam, że również i jego zamorduję. Ujmując krótko, to naprawdę nie był dobry dzień.

 *

Zapukaliśmy do drzwi nowego mieszkania Olivki i Pieprza. Otworzyła Feta, bo Olivka na chwilkę gdzieś wyszła. Mieszkanko jest małe, ale niezwykle czyste i  przytulne. Usiedliśmy, a Feta podała do stołu.

-Przywieźliśmy ci Malamatinę! Co prawda w Atenach też jest retzina, ale takiej Malamatiny, to nigdzie nie dostaniesz! – powiedziała Feta.

Malamatina… Nie podejrzewajcie mnie o problem z alkoholem, ale tego dnia jej widok, był jak światło latarni morskiej w czasie sztormu. Jednak przede wszystkim  zrobiło mi się niesamowicie przyjemnie. Rzecz jasna, że Malamatinę można dostać również  w Atenach. Ale tak dla pewności Feta przywiozła jedną butelkę specjalnie dla mnie, wioząc ją   kilka godzin autobusem.

Pomidor czuje się już dobrze. Jego stan jest stabilny. Odrastają mu też włosy. Teraz jest ten moment, kiedy już mogę o tym napisać. Wcześniej tego nie zrobiłam, z prostego względu. Nie miałam pojęcia   > jak?<   mam to zrobić. Jakiś czas temu u Pomidora wykryto nowotwór   jelita. Pomidor jest już po operacji i chemii. Wszyscy trzymają kciuki za decyzję lekarza o tym, że więcej chemii już nie trzeba, bo sytuacja jest opanowana. A Olivka… Jej stan też nie jest najlepszy. Nie chodzi tylko o to, że w poprzedniej pracy czuła się źle. Kiedy sytuacja Pomidora się uspokoiła, z Olivki jak dżdżownice po deszczu, wyszły wszystkie stresy. Najprawdopodobniej właśnie one są przyczyną tego, że czasami nocą Olivka dostaje dziwnych ataków drgawek.

Olivka zjawiła się chwilę później i dosiadła się do stołu. Właśnie opowiadałam o mojej przygodzie z karaluchem.

-Ufff… Też strasznie się ich brzydzę. Wiem, że krzywdy nie zrobią, ale są takie obrzydliwe. A u nas na całe szczęście to ich nie ma! – z wyraźną ulgą powiedziała Feta.

-Nie ma?! Co ty Feta opowiadasz? A na dole? Tego lata zabiłem z dziesięć! – odparł Pomidor z taką dumą w  głosie i postawie, jakby podczas bitwy gołymi rękami zamordował dziesięciu Turków.

Olivka nawet kiedy  niedomaga, to ma tyle energii, że długo nie może usiedzieć. Szybko zjadła i podeszła do okna. Mieszkanie jest jeszcze nowe i nie ma w nim jeszcze ani zasłon, ani firanek. Szyby są więc odsłonięte. Ot tak po prostu, Olivka związała  sobie t-shirt nad pępkiem i unosząc jedną rękę zaczęła taniec brzucha. Z nieukrywaną konsternacją spojrzałam na Janiego…

-A wiecie kto tam mieszka? Tra-la-la-la-la… Dziewczęta z kościelnej szkoły! Tra-la-la-la… Za chwilę zbiorą się w tej salce naprzeciwko  na wieczorne modły. Później, zawsze punktualnie  o dziesiątej kładą się spać! Jak są weekendy, to my zazwyczaj o tej porze wychodzimy… Może jak im tak chwilę potańczę, to dziewczyny w końcu przejrzą na  oczy  i wrócą do świata… Co myślicie?? Tatooo… – Olivka kontynuowała  swój monolog, podchodząc do Pomidora:

-Już naprawdę odrastają! – mówiła badając drobny meszek na zgolonej głowie swojego taty.  -Naprawdę! Jeszcze niedługo, a żeby je zgolić, to trzeba będzie kupić Husqvarnę [nazwa kosiarki do trawy, przypis mój;) ]. Hahaha!

-Olivka przestań! Daj mi zjeść! Trzebaby pomyśleć, żeby i ciebie posłać do takiej szkoły jak ta naprzeciwko! – odpowiedział Pomidor –Albo lepiej nie… Bo jeszcze się przestraszą i wezwą egzorcystę… – dokończył, kiedy zobaczył jak Olivka znów symuluje atak drgawek. Żeby nikomu się nie nudziło, od czasu do czasu Olivka urozmaicała nam nimi wieczór. Pieprz dyskretnie prosił, żeby natychmiast przestała, bo „to nie jest powód do żartów”, ale nie bardzo to Olivkę przekonywało.

-Nie martw się Dorota! – powiedziała podczas jednego z „ataków” – Jakby co, to w spadku przepiszę ci moje wszystkie najlepsze ubrania!

Malamatina powoli się kończyła. A mi w głowie w końcu uspokoiły się myśli. Siedziałam i patrzyłam  na uśmiechnięte twarze wokoło mnie. Na oczy błyszczące z radości, że tak po prostu jesteśmy razem. Czasami ludzie pytają… Jak to jest? Grecy są tak uśmiechnięci. Oni to pewnie nie mają problemów… Pytanie niedorzeczne, ale sama czasem też mam takie wrażenie. Prawda jest taka, że  nawet jeśli te problemy są naprawdę dużego kalibru, to życie, samo w sobie i tak od nich wszystkich razem wziętych jest dla Greków dużo piękniejsze. Malamatina, która kosztuje całe jedno euro,  jest najlepszym winem świata, bo podczas biesiadowania łączy ludzi przy jednym stole. A ucztowanie z bliskimi, to jedna z największych życiowych  przyjemności. Kurczak w sosie sojowym wyszedł Fecie znakomicie.  Podobnie jak puree ziemniaczane. Później jest nawet i deser. A co zjemy sobie jutro? Jani ma bardzo gustowną kurtkę! A Dorota w końcu załapała greckie rodzajniki! Widzieliście jaką śliczną sukienkę miała dziś w telewizji  Fei Skorda!… No i te jej nogi!   Ciekawe jaka pogoda będzie jutro… Pewnie znów słonecznie!

I wtedy  przehaczyło mi się w głowie. W końcu załapałam. Co miał na myśli Jani, kiedy staliśmy przy sklepie z zegarkami: „Czym ty się tak przejmujesz?”. Byłam zbyt zacietrzewiona, by zrozumieć, że ma racje. I czym ty się tak przejmujesz? Najpiękniejsza rzecz, jakiej nauczyć można się od Greków. Przyznaje. Ja od czasu do czasu  poprawiam to  zadanie domowe.

Co takiego dzieje się przy naszym stoliku w tawernie?… niedziela, 7 czerwca 2015

     Ostatnie dwa tygodnie były nadzwyczaj intensywne, więc nie wiem zupełnie od czego zacząć. O ile łatwiej się jednak wraca, niż zaczyna zupełnie od początku. Pierwsze co zrobiliśmy po dopłynięciu na Korfu, to odwiedzenie kilku przyjaciół. Dużo wcześniej niż zakładaliśmy, ruszyliśmy w pierwsze trasy. Plus jeszcze kilka wizyt tu i tam, więc tak naprawdę dopiero teraz na dobre rozpakowuje walizkę, wkładam ubrania do szafy i organizuje moją przestrzeń. Podsumowując – wszystko idzie świetnie do przodu!

    Moim ulubionym momentem podczas tras, jest przerwa na obiad w tawernie. Rzecz naturalna, chyba nikogo w tym momencie nie zdziwię. Nie chodzi jednak o samą przerwę czy też nieziemsko pyszne jedzenie. To znaczy, to oczywiście też, ale…

    Mam swój ulubiony stoliczek, który znajduje się na samym środku, tuż przy wejściu. W najbardziej strategicznym miejscu. Siadam. Kelner przynosi kieliszek białego wina. A ja zapadam się w krzesło i patrzę co dzieje się wokoło mnie. Uwielbiam spoglądać na ludzi, którzy spacerują obok. Uśmiechnięci, wyluzowani, cieszą się, że są na wakacjach, a wszelkie problemy zostały w domu, zamkniętym na dwa zamki, z kluczem zostawionym u sąsiada. Siedzę, patrzę i tak samo mi się uśmiecha. Po kilku minutach, zawsze ktoś się dosiada.  A chwilę później tworzy się cała gromada. Nasz kierowca. Inni kierowcy.            Kelner, który jest zmęczony więc zrobił sobie przerwę. Kilku pilotów i przewodników. Albo chłopaki, którzy zajmują się motorówkami. Toczące się rozmowy są dużo lepsze niż niejeden film sensacyjny, albo dobra opera mydlana. Pozwolę sobie przytoczyć jedną z nich…

***

     -No nie powiesz mi Niko, że ty jesteś taki grzeczny! Co prawda na takiego wyglądasz, ale każdy ma coś za uszami… Lato, morze, wino, a wokoło ciebie same piękne Polki! – powiedział Iotis, który zajmuje się motorówkami i właśnie ma przerwę. Mówiąc to, puścił do mnie oko, na znak że chwila, moment, a dowiemy się czegoś więcej.

    -Nie! Nie! Mi nie w głowie takie rzeczy. Mam żonę i dziecko! Niee… Nieee…

  Chwila ciszy, bo kelner przyniósł właśnie jedzenie. Zapachniało smażoną rybą i pierwszorzędnym mięsem.

   -No dobra… Była taka jedna… Ale sama się do mnie przyczepiła! Wydzwaniała, pisała smsy, prosiła żeby się spotkać. Na całe szczęście nic się nie stało! Ja nie  z takich. Tylko… Jakby to powiedzieć… Nazwałem mojego psa jej imieniem! Viki! Mój pies nazywa się teraz Viki!

    Nawet Iotis został zupełnie zbity z tropu i nie wiedział, co ma na to powiedzieć. Napił się  piwa i uśmiechnął odsłaniając równy rząd białych jak śnieg, wielkich, zdrowych zębów:

     -Aaaaa! To jednak musiała ci zostać w głowie! I tu cię mamy przyjacielu!

     -No, trochę tak… Ale ja naprawdę nic nie zrobiłem! Ona sa-ma do mnie wydzwaniała!

     -Wiesz… To jest tak… To nie jest żaden problem jak pójdziesz z inną kobietą, dajmy na to… na piwo – mówi Iotis wskazując na szklankę, w której piwo mieni się złotawo. – To nie jest jeszcze żaden problem, w tym nie ma niczego złego! Problem pojawia się dopiero wtedy – tu znów porozumiewawcze mruknięcie okiem do mnie. – Jak to piwo… TO PIWO… Jak to piwo się tobie tak spodoba, że będziesz je chciał pić codziennie! Codziennie! Jak  się od niego uzależnisz i będziesz je chciał pić każdego jednego dnia. Rozumiemy się, nie? Ale dlaczego na Boga nazwałeś swojego psa jej imieniem…?

    -No wiesz… Na całe szczęście nic się nie stało. Tylko problem był w tym, że ta Viki wpadła mi jednak do głowy. A ja mam tak, że mówię czasem przez sen. I jak raz moja żona usłyszała, że śpiąc mówię „Viki” to myślałem, że następnego dnia się nie pozbieram. Jezu! Jednego dnia poszła połowa talerzy… Więc… Akurat tak się stało, że kupowałem w tym czasie psa. I co? I nazwałem go Viki! I teraz mogę mówić przez sen ile mi się podoba! Rano tłumaczę żonie,  że śniło mi się, że wołam do naszego psa. I problem rozwiązany!

Jedna z wielu przyczyn, przez które w Grecji tak mi się podoba… piątek, 22 maja 2015

     Co prawda dziś miało być zupełnie o czymś innym.  Stałam w kuchni. Kończyłam pić poranną kawę i gapiąc się na to co dzieje się za oknem, układałam w głowie treść posta o planach zamążpójścia  Olivki, pierwszym spotkaniu rodziców Pieprza, z Fetą i Pomidorem i o tym, że owe pierwsze spotkanie miało miejsce… w szpitalu! Za nic nie mogłam się jednak skupić.  Dziś rano Nikula darła się jak nigdy wcześniej.

     Każdy na naszej ulicy wie, że Nikula ma problem. Żeby o tym nie wiedzieć, trzeba chyba być głuchym. Ponad rok temu Niki  urodziła już drugie dziecko. Pewnie planowała, że wszystko  będzie pięknie. Jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej i nic w niej nie idzie zgodnie z planem. Że dom… Że mąż… Że dzieci… Stabilizacja… I że rodzina… Nikula nie tyle, że nie straciła kilogramów po drugiej ciąży, co po prostu fatalnie się roztyła. Zupełnie przestała przy tym o siebie dbać. A z jej kuchennego okna smutno powiewa naderwana firanka, z plamą gdzieś z boku. Ani sama, ani z dziećmi, ani z mężem, właściwie nigdzie nie wychodzi. Od czasu do czasu tylko wyjdzie przed dom, żeby nieco zamieść chodnik.

     Czasami nieco ciszej, ale przeważnie dosyć głośno dosłownie  wydziera się na swoje dzieci. Potrafi tak krzyczeć całymi godzinami. Dziś rano w tym krzyku wyczuć można było coś jeszcze.

     -Masz stać w tym kącie tak długo, aż ci pozwolę się ruszyć! Stój tam!!! Słyszysz?! Stój tam gówniarzu jeden! Wracaj tam z powrotem! Przecież kazałam ci tam stać!!! Nie ruszaj się!!! Za chwilę przez ciebie zwariuje!!!

     Katerina, która mieszka obok, chwyciła swoją córeczkę za rękę (bo przecież dziecka pod żadnym pozorem nie można zostawiać samego) i powolnym, ciężkim krokiem podeszła do okna Nikuli:

    -Nikiii!!! Kochana! Co tam  u ciebie się dzieje?

    Ujmując wprost. Nasza Katerina to taka typowa wiejska baba. Jest gruba, a przy tym potężna. Ręce ma takie, że jakby tylko w czymś przeciwstawiłby się jej dwa razy mniejszy od niej mąż, to za jednym zamachem znalazłby się na najbliższej ścianie. Ale u Kateriny obiad jest zawsze przed czasem.  Przed rozpoczęciem się lata, dywany już są wyszorowane, wysuszone i pochowane. Ubrania, zanim jeszcze przyjdzie im do głowy, żeby się ubrudzić, to już idealnie wyprasowane leżą równo w szafie. Na zewnątrz może być burza, albo i trzęsienie ziemi, ale w każdą niedzielę plus okolicznościowe święta, Katerina z rodziną zawsze będzie w kościele. Wiosną, latem i wczesną jesienią, wieczorami, po skończeniu wszystkich prac i obowiązków, Katerina rozsiada się wygodnie na swojej  werandzie.  Kto przechodzi obok, ten zawsze choć na chwilę się przysiada. Boże… jak ona się wtedy śmieje! Zawsze jak  ktoś wtedy dzwoni do mnie na Skype, to pyta się co na zewnątrz  się dzieje. Odpowiadam, że nic! To tylko moja sąsiadka się śmieje!  Uwielbiam taki typ ludzi. Prostolinijni. Pracowici. Szczerzy. Uczciwi.  Katerina oczytana raczej nie jest i pewnie nie za bardzo ją obchodzi co tam nowego w kinie. Ale…

    -Niki!!! Posłuchaj… Ty nie możesz tak krzyczeć na swoje dziecko! Przecież ono jest jeszcze takie małe, że nawet cię nie rozumie! Dlaczego ty tak krzyczysz? Co takiego zbroili?

    Jak kurtynka w teatrzyku dla dzieci odsłoniła  się szara firanka, a w oknie pojawiła się twarz Nikuli:

    -Ja go muszę nauczyć dyscypliny! Nauczę go tak, że w końcu będzie się mnie słuchać! Miał siedzieć w kącie, a smarkacz jeden ciągle z niego wyłazi.

    Sama kilka razy się zastanawiałam, czy nie powinnam zastukać do drzwi Nikuli, kiedy tak na te dzieciaki krzyczy.  Nigdy tego nie zrobiłam, przyznaje… uważając, że nie powinnam się mieszać. Ale i tak, nawet jeśli, to myślę że niczego bym nie zdziałała. W moim głosie i w wyrazie twarzy byłaby złość, a to najpewniej wywołałoby kłótnie. Tyle.

    W zdecydowanym i zupełnie neutralnym głosie Kateriny, w wyrazie jej twarzy zupełnie pozbawionym osądu, było coś takiego, że Nikula nagle złagodniała:

    -Wiesz Katerina… Ja nie wiem… Ja już nie mogę… Ja już… Ja za chwilę podpalę ten pieprzony dom… Ciągle te zasrane pieluchy, wieczne wrzaski i te ciągłe gotowanie… Niech te bachory chociaż przez godzinę posiedzą cicho… Ja tu za chwilę zwariuje…

    -Ejjj… Niki! Może i popieprzony, ale nie podpalaj. Bo jeszcze na mój się przeniesie. Hahahaaa! Aleś ty głupiaaaa! Hahahahaha!!! Chodź głupia! Chodź to  zrobię ci kawę!

     Katerina machnęła  wielkim ramieniem wskazując na swój dom i poszła powoli w jego kierunku.  Jednym ruchem chwyciła swoją córkę  na ręce, a mała prawie zniknęła w jej potężnych ramionach.

       Dwie minuty później. Człap… człap… człap. I stukot małych stópek. Nikula zamknęła drzwi od swojego domu i zapukała do naszej sąsiadki. Chwilę później nawet w mojej kuchni, aż dudniło  od śmiechu Kateriny.

      I właśnie za takie nienazwane coś, tak bardzo mi się w tej Grecji podoba.

 

W każdym, najbardziej nawet nieprawdopodobnym miejscu, Grecy potrafią zorganizować kawiarenkę… piątek, 24 kwietnia 2015

      Wraz z nadejściem wiosny, z Sałatkowego domu nadeszła wiadomość, że Pomidor nie czuje się dobrze. Tata Janiego dorobił się dość niebezpiecznego wrzodu na żołądku i niezbędna była operacja. Zabieg przewidywany był jako w miarę prosty, mimo tego Pomidor musiał zostać poddany całkowitej narkozie. Żeby wesprzeć  Pomidora, do szpitala zjechała się cała Sałatka. Przyjechaliśmy również ja z Janim.

     Operacja odbyła się bardzo wcześnie rano. A że do Aten mieliśmy dojechać pociągiem, zgodnie z planem w szpitalu zjawiliśmy się tuż po niej.

      Szpital, jak szpital. Wyglądem  niczym nadzwyczajnym nie odbiegał od typowych szpitali w Polsce. Weszliśmy do środka. Odszukaliśmy odpowiedni oddział i trafiliśmy do pokoju, gdzie jeszcze pod narkozą smacznie spał Pomidor. Feta, Olivka wraz z Pieprzem, Cytryna, Ocet, Ogórek i kilku innych członków rodziny, stali dookoła nad łóżkiem, gdzie leżał Pomidor.  W pokoju była również siostra Pomidora (czas najwyższy wprowadzić nową bohaterkę;) – czyli Marchewka, wraz ze swoją córką, która właśnie urodziła drugiego już syna. Kiedy stanęliśmy w drzwiach, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, żeńska część Sałatkowego składu zgodnym chórem wykrzyknęła:

     -Dorrrota!!!

     Na mojej twarzy musiało wymalować się dość widoczne zdziwienie, bo zupełnie nie miałam pojęcia o co chodzi. Odpowiedź była równie zsynchronizowana jak sam początek:

    -Ty… rozjaśniłaś włosy!!!

     Na tę niesamowitą wiadomość, godną całego odcinka programu „Nie do wiary” śpiący pod narkozą Pomidor o mały włos  prawie uniósł jedną powiekę. Niemalże  pomijając obecność swojego  pierworodnego Feta,  a chwilę później Oliwka z Marchewką najpierw mnie rozściskały, a później zaczęły oglądać owe włosy, jakbym właśnie zaoferowała je do sprzedania.

 

      Pewnie zastanawiacie się teraz  o co w tym właściwie chodzi? Przecież to tylko włosy! Ale dla typowej (czyli prawie każdej;) Greczynki, włosy to sprawa nr 1.  Włosy Greków znacznie różnią się od włosów Słowian. Są zazwyczaj ciemne, niezwykle grube i gęste, często przepięknie się falują lub skręcają w frywolne loczki. Mało która Greczynka swoje włosy ścina na krótkie, bo przecież to po prostu wielka szkoda. Greczynki mają więc o co dbać i uwielbiają wszelkie kwestie związane z tematem włosów. Co prawda jeszcze z samego rana najważniejszym wydarzeniem była operacja Pomidora. No ale… Sami rozumiecie… Jak zostać obojętnym wobec faktu, że pofarbowałam i podcięłam włosy?

     Od momentu, kiedy weszliśmy do pokoju, tematem przewodnim stały się więc  farby bez amoniakowe, te na bazie olejków,  to czy grzywki są jeszcze modne, czy włosy powinny być ścinane na mokro czy też może na sucho? Jak to zrobić by susząc włosy ich nie niszczyć? Dlaczego po umyciu głowy koniecznie trzeba chodzić z turbanem?  Z jakiego powodu dobra suszarka powinna mieć zimny nawiew? No i jakie ceny ma obecnie zaprzyjaźniona fryzjerka Sula? Tylko dla przypomnienia napomknę, że owa poważna dyskusja toczyła się nad łóżkiem śpiącego smacznie Pomidora.

      Nagle do Marchewki zadzwonił telefon:

      -Tak mamusiu! – po drugiej stronie Oliwa z Oliwek (lat 100, a tego sierpnia 101) –Tak mamo, z Pomidorkiem wszystko w porządku! Wszystko poszło bez najmniejszej komplikacji! Ale słuchaj, jaka wiadomość! Dorota pofarbowała włosy na blond! I je przycięła… Tak… Tak… Jaki Bond?! Mamusiu… BLOND!!!

       W międzyczasie (cały czas stojąc nad łóżkiem śpiącego Pomidora)  zdołałam dowiedzieć się  wszystkiego co słychać u każdego z członków Sałatki. I tak po kolei…

      Co prawda nad sprawą problemów z zajściem w ciążę córki Marchewki, każdy lekarz rozkładał już ręce. Jak się okazało ostatecznie, pomogły modlitwy do świętego Padeleimonasa. Święty okazał się na tyle skuteczny, że kuzynka Janiego wychowuje obecnie już drugiego syna.  Medycyna może zawieść, ale modlitwy i wiara, te mogą sprawić prawdziwe cuda.

     -Zobaczcie oto i następny przykład! Tfu! Tfu! Tfu! – mówiąc to Marchewka splunęła na śpiącego w najlepsze Pomidora, chwilkę potem wykonując nad nim znak krzyża –Wymodliłyśmy z Fetą tę operacje! No! I proszę!

     Również i prośby Olivki zostały wysłuchane. Co prawda nie zdołałam się dowiedzieć, do którego świętego należy się modlić w sprawie szukania pracy w obliczu kryzysu, ale to najprawdopodobniej właśnie dzięki jej modlitwom Pieprz dostał bardzo dobrą pracę!  Nie pogadaliśmy z nim zbyt długo. Mimo, że dodatków za nie spóźnianie się do pracy już w Grecji nie ma, nawet i bez dodatku Pieprz postanowił być na czas.

       Olivka i Pieprz wciąż są ze sobą na odległość. Pojawiły się jednak pierwsze informacje o ich zaręczynach.  Tymczasem… Interes Octa idzie nadzwyczaj dobrze. Ocet wszystko co zarobi wydaje na coraz to nowe pomysły i inwestycje. Ogórek niedawno zerwał jednak z Papryką, ale jego samotność nie trwała zbyt długo. Mimo wzbraniania się przed stałym związkiem… No cóż… Jego urokowi trudno jest się oprzeć, więc na miejscu Papryki szybko znalazła się następczyni.  A jego strona o grach komputerowych, ku zdziwieniu wszystkich – działa! Ogórek i Ocet nadal mieszkają u Cytryny, która znęca się nad synami karmiąc ich zdrową żywnością.

     Uff… Tak w telegraficznym skrócie ma się cała Sałatka. Czyli jak zawsze… Bardzo dobrze!

     Na całe szczęście operacja Pomidora poszła naprawdę dobrze. I życzyłam bym sobie, żeby wszystkie operacje mogły przebiegać w tak lekkiej atmosferze. Pomidor zdążył wrócić już do siebie. Kiedy dzwoniliśmy ostatnio jadł domowej roboty  mussakę.

     Wychodziliśmy  już ze szpitala, kierując się do głównego holu. Gdzieś między wchodzącymi i wychodzącymi, mignęła mi  przesuwająca się płynnie,  figura młodej dziewczyny. Na okrągłej tacy, z uchwytem na samej górze  niosła kilka kaw z pobliskiej kawiarenki. Cóż… pomyślałam… Wcale nie trzeba udawać się do kawiarni, by atmosferę jej lekkości mieć przez cały czas w głowie. 

 

     P.S.

     Dopiero po kilku dniach dowiedziałam się co stało się chwilę po tym, jak wyszliśmy ze szpitala. Następni goście minęli nas właściwie w samych drzwiach. Byli to rodzice Pieprza, którzy przyszli pierwszy raz zapoznać się z Fetą i Pomidorem (w tym momencie śpiącym już tylko  na wpół…). Wizyta przebiegłaby naprawdę bardzo dobrze. Gdyby nie Jani, który wychodząc pozwolił sobie na  pewien mały żarcik…

     Ale o tym – już w następnym poście!

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Dlaczego Grecy nie spędzają swojego czasu wolnego w galeriach handlowych?… poniedziałek, 20 kwietnia 2015

      Kiedy tej zimy byłam w Polsce, pewnej soboty umówiłam się  z przyjaciółką na kawę. Punkt południe. W Poznaniu tuż przy ratuszu. Czekając chwilę patrzyłam na koziołki, które jak zawsze o tej porze wyszły, by sympatycznie powitać wszystkich, którzy w tym momencie byli na rynku. Problem w tym… że prócz mnie i kilku dzieciaków, nie było tam nikogo. Rynek był prawie pusty. Kawiarenek i sklepików jakby trochę mniej. Część z tych, które pamiętam z czasów studiów, zamieniła  się w banki.

    Kiedy przyjechałam do mojego rodzinnego Lublina, na Krakowskim Przedmieściu w sobotę w okolicach południa, ludzi było jeszcze mniej. Tu również banków wyraźnie przybyło.  I jakby naturalną rzeczą było, że z kimkolwiek umawiałam się na spotkanie,  prawie za każdym razem lądowaliśmy w… galerii handlowej!

   Kiedy zjawiam się w Polsce, zawsze mam wrażenie, że galerie handlowe przybywają jak grzyby po deszczu. Co roku słyszę, że ta będzie największa, ta najnowocześniejsza, a tamta będzie miała najfajniejszy wystrój.

    Tymczasem rynki  zupełnie pustoszeją. A urocze kawiarenki na miejskich starówkach, z roku na rok zastępowane są bankami. Narzekając jednocześnie  na kryzys, zapominamy że przecież  wejściówki do wielu polskich muzeów w weekendy są darmowe. Że przejście się do parku nic nie kosztuje. I  że włócząc się po swoim mieście, można odkryć coś naprawdę ciekawego.

   Próbowałam policzyć ile galerii handlowych  znajduje się w Atenach. Do głowy przychodziła mi w zasadzie tylko… jedna. The Mall, który czasem odwiedzamy będąc w Atenach. Podpytałam kilka osób. Ktoś powiedział mi o drugiej i trzeciej. Ale informacje o nich wciąż były raczej enigmatyczne. Sprawdziłam w internecie i policzyłam, że jest ich mniej więcej osiem. To chyba niezbyt wiele jak na stolicę, w której mieszka aż jedna trzecia Greków.

   Przy naszej ostatniej wizycie tak jakoś wyszło, że dla nas strategicznie było najlepiej spotkać się w centrum handlowym, tuż przy stacji metra:

   -Gdzie? Na kawę do centrum handlowego? –  na taką propozycję po drugiej stronie słuchawki odpowiedział trochę skonsternowany głos naszego przyjaciela.

   -No dobrze… Skoro mówicie, że tak będzie dla was najwygodniej…

   Wcześniej, w okolicach południa przeszliśmy się przez główną handlową ulicę Aten. Ermu zalana była tłumem ludzi. Centrum Aten, Salonik, Patry, czy też innych większych greckich miast być może grozi kryzys, ale z pewnością nie wyludnienie. Oczywiście, że i to się zdarza, ale  wciąż dominująca część Greków nie spędza swojego czasu wolnego w galeriach handlowych. Nawet jeśli chodzi o typowe sobotnie zakupy, wciąż wybierają centrum, ale samego miasta. Dlaczego  właściwie tak jest?

 

       Po pierwsze, chodzi o pogodę. Ta w Grecji pozwala cieszyć się spacerami na świeżym powietrzu, przez 12 miesięcy w roku. W Polsce to jednak czasem mało przyjemne chodzić po mieście, kiedy jest zimno, pada, wieje, albo śnieży. Zaś w Grecji, jest zupełnie odwrotnie. I jeśli na zewnątrz świeci cudowne słońce, ostatnią rzeczą na jaką człowiek ma ochotę, jest zamykanie się w pomieszczeniu, w którym głównym źródłem światła jest żarówka.

   Drugim czynnikiem, jest to że Grecy mają uczulenie na wszystko co nie jest greckie. Bo przecież oczywiste jest to, że wszystko co greckie jest niezastąpione i najlepsze! Żadnemu Grekowi przy zdrowych zmysłach nie przyjdzie więc do głowy, by zamienić wizytę w tawernie lub nawet na szybkich suvlaki, na PizzeHut czy też McDonalda. Co prawda odzieżowe sklepy sieciowe zdominowały nawet i Grecję, ale wyjście na kawę do centrum handlowego, to dla przeciętnego Greka coś zupełnie niezrozumiałego.  

   Jest również  kolejna przyczyna. Bóg przecież powiedział, że siódmego dnia się odpoczywa. I przestrzegając tej zasady, w niedziele nic nie jest czynne, wliczając w to nawet niektóre stacje benzynowe. Niedzielna wizyta w centrum handlowym jest więc po prostu niemożliwa.  Kryzys może sięgać zenitu, wszystko może być na „wczoraj”, a świat może sobie pędzić tak  szybko jak chce, ale w niedzielę… W niedzielę każdy zasiada do wielkiego stołu i z wielką rodziną, wspólnie je domowy obiad, godzinami dyskutując dosłownie o wszystkim.

***

   Mimo zdziwienia naszych greckich przyjaciół, jednak spotkaliśmy się w owej galerii handlowej. Umówiliśmy się na najwyższym piętrze, tuż obok kina. Poczekaliśmy chwilkę, poczym zjawiła się nasza zaprzyjaźniona trójka.

   -To gdzie usiądziemy? – spytał Nicos.

   Nie ukrywam, że mimo zamiłowania do typowej greckiej kawy, wciąż uwielbiam również Starbucksa. Ucieszona, że stoimy właściwie obok, wskazałam zdecydowanie ręką.

   -Hmmm… A może uda się znaleźć coś innego…  Tam nie ma przecież nawet freddo!- odpowiedziała Paraskevi, poczym przeszliśmy do kawiarenki kilka kroków dalej.

   Pamiętam jak w ubiegłym  roku ucieszyłam się z informacji, że  Starbucks jest również na Korfu. W którymś  miejscu jest nawet jeszcze znak, który do niego prowadzi. Właściwie nic więcej prócz tego znaku już nie zostało. Sam Starbucks na Korfu jakiś czas temu… zbankrutował…

 

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Dlaczego warto zmieniać swoje drobne przyzwyczajenia i od czasu do czasu zrobić zakupy w zupełnie innym sklepie?… poniedziałek, 23 marca 2015

       W ubiegłym tygodniu wiele się działo. Siedem dni upłynęło mi jak z bicza trzasnął i nie mogę się nadziwić, że jest już początek nowego tygodnia. Nasza nowa strona z wycieczkami jest już prawie gotowa. Ukończenie dosłownie na dniach. Tylko dlaczego zawsze na sam koniec wychodzą te wszystkie upierdliwe drobnostki, z których to przecież składa się całość? Przygotowania do nowego sezonu ruszyły u nas pełną parą. A na głowie mam jeszcze sporo tekstów i artykułów. Kolejny rozdział mojej książki (tak! tak! pisanie cały czas w toku;). I egzamin na następny certyfikat z greckiego, który czeka mnie w połowie maja (tak na marginesie – być może ktoś z was też zdaje go w maju w Atenach?). Najróżniejsze sprawy nawarstwiły się tak, że nie widać już ani początku, ani tym bardziej końca.

       Kilka dni temu poczułam, że jak tlen potrzebne jest mi chwilowe odmóżdżenie. Zaplanowałam więc projekcje całych, aż trzech odcinków serialu „Przyjaciółki” i to bez żadnej przerwy, jeden po drugim. Niech świat pędzi tak szybko jak chce, ja na chwilę staję. „Przyjaciółki” na takie okazje, to serial dla mnie idealny.  Same problemy. Świat się wali, a i tak każdy wygląda  świetnie i ma posprzątane w mieszkaniu. Do pełni szczęścia, prócz miękkiego kocyka i bluzy dresowej, brakowało mi jeszcze jednego elementu. A mianowicie… paprykowych chipsów Pringles!

      Wyszliśmy z Janim na małe zakupy. Na liście podkreśliłam dwa razy – paprykowe Pringlesy. W sklepiku, w którym zazwyczaj robimy zakupy ku mojemu przerażeniu, mieli tylko solone. W drugim, po Pringlesach ani śladu! Napięcie sięgnęło zenitu, bo w naszej wiosce są „aż” trzy sklepy. Nadzieja więc w tym trzecim…

     Przyznam, że w tym malutkim sklepie na rogu, nigdy jeszcze nie byłam. Ma on w sobie coś takiego, że jakoś nie zaprasza serdecznie do środka. Zakurzone szyby, światła jakby zawsze za mało. Czasem tylko widać zza okna starszą panią siedzącą za kasą.

     Kiedy przekraczaliśmy jego próg poczułam się trochę nieswojo. Ale przecież dla paprykowych Pringlesów – wszystko! Zaczęliśmy przeszukiwać regały, ale odnalezienie jednego artykułu  w nowej przestrzeni, to nie jest proste zadanie.

    -Przepraszam! Czy są może Pringlesy paprykowe? – spytał babcię Jani.

    Staruszka zerwała się z miejsca i zaczęła szukać z nami.

    -Na pewno gdzieś tu są… Na pewno! – patrząc na mnie babcia dodała: -Bo mój synek też jest od nich uzależniony.

     Ach, te greckie staruszki! Babcia rozpracowała mnie w niecałe trzy minuty… Dalej szukaliśmy razem we trójkę. Wiadomo, że były  na pewno, bo przy kasie stało opróżnione przez synka jedno czerwone opakowanie.  I kiedy tak szukaliśmy dosłownie wszędzie, mój wzrok trafił na półkę ze słodkościami. Ze zdumienia przetarłam oczy…

     Czekolady Wedla!!! I to nie jedna, ale kilka  najróżniejszych rodzajów. Gorzka. Mleczna. Biała. Jogurtowo – malinowa. Z dodatkiem wiśni. Oraz z laskowymi orzechami.  W tym momencie zdaje się, że tylko te osoby, które nie mieszkają w Polsce na stałe, zrozumieją moją nieopisaną radość i niekończące się zdumienie. Bez zastanowienia wzięłam po jednej z każdego rodzaju  i razem ze znalezionymi gdzieś w ciemnym rogu paprykowymi Pringlesami, jak na skrzydłach poleciałam do kasy.

    Wedel! Nasz polski Wedel! Najróżniejsze smaki na wyciągnięcie  ręki! I pomyśleć, że przywiezione z Polski dwie tabliczki mojej ulubionej, czyli gorzkiej, rozdzieliłam  sobie tak, żeby mieć jedną na kwiecień,  drugą na maj. Kolejną… Dopiero jak znów będę  w Polsce.

      Do sklepiku  poszłam krótko potem, bo spora  część mojej Wedlowskiej kolekcji, została barbarzyńsko rozkradziona przez Janiego. Przede wszystkim chciałam się jednak upewnić, czy to aby nie był jednorazowy przypadek. Na całe szczęście przy mojej drugiej wizycie, czekolad było jeszcze więcej, bo pojawił się również smak kokosowy. Wzięłam dwie tabliczki i przepełniona patriotycznymi uczuciami, poszłam  do kasy. Tym razem babcię zastąpił ów „synek”. Lat plus minus…  45… Szczupły, wysoki, z kilkudniowym zarostem. W ustach cienko zwinięty, zmaltretowany ciągłym miętoleniem  papieros.  Oczy jak u jaszczurki, sprytnie omijały  każdą próbę  nawiązania kontaktu wzrokowego. Ach! Co mi tam! Postanowiłam, że zagadam, może się czegoś dowiem:

    -A wie pan, że te czekolady Wedla są z Polski i to jest jedna  z najlepszych polskich marek? Są naprawdę świetne! A tak w ogóle, to ja też jestem z Polski!

     -Wiem – odpowiedział, nie wypuszczając z ust kończącego się już papierosa, a ja zastanawiałam się, na którą część mojego pytania padła właśnie odpowiedź.

     -A może mi pan powiedzieć… Bo tak się zastanawiam… Skąd właściwie w tym sklepie aż tyle tych czekolad?

    Facet po raz pierwszy spojrzał mi w oczy. Papieros wciąż trzymany w ustach, właściwie już całkowicie się wypalił i jeszcze chwila, a iskra miała sięgnąć do filtra.

   -A co ty taka ciekawa?

   Nacisnął guzik w kasie i wydarł rachunek.

  -Ale możesz być spokojna. Wszystko dogadane.  W przyszłym tygodniu będzie ich jeszcze więcej…

     Synek, lat 45, osobowość musi mieć co najmniej ciekawą.  Ale mimo wszystko czuję się ciut bezpieczniej, kiedy w sklepie jest jego mama. W każdym razie nauczyłam się, że nawet w naszej najzwyczajniejszej codzienności, naprawdę warto od czasu do czasu zmieniać te najbardziej banalne  przyzwyczajenia. Kto wie co stanie się, kiedy raz na jakiś czas zejdziemy z wydreptanej wcześniej przez nas  ścieżki…

 

Dlaczego w greckiej rodzinie czasem dochodzi do rękoczynów? Ale… kiedy zjawia się policjant, każdy wie za kim stać ma murem… niedziela, 15 marca 2015

     Nikt nie wie jakim to cudem drzwi do pokoju Ogórka i Octa, jeszcze trzymają się na zawiasach. Zdaje się, że odpowiedzi na to pytanie szukać trzeba w świecie sił  nadprzyrodzonych. Chłopaki chcą by drzwi były otwarte, bo pokój jest mały i jest w nim zwyczajnie duszno. Jednak klientek na manicure Cytryna ma coraz to więcej. A że sam pokój jak i jego mieszkańcy wyglądają mało reprezentacyjnie, Cytryna wciąż je zamyka.

     Dokładnie na środku drzwi, jakby to miejsce ktoś wyznaczył za pomocą cyrkla, znajduje się jedna, wielka dziura, obecnie dość niesfornie zalepiona taśmą.  Jak powstała? Tak się składa, że świadkiem tego wydarzenia był Jani.  Oto jego relacja.

     Umówiliśmy się z Ogórkiem, że wieczorem  obejrzymy film. Wszystko ustalone było jeszcze poprzedniego dnia i Ocet dobrze o tym wiedział. Nie chciał z nami oglądać, bo miał wypróbować jakąś nową grę. Nie mam pojęcia dlaczego, nie mógł dźwięk mieć na słuchawkach, a  wszystko musiało lecieć z głośników. Nie wiem, ale najpewniej chciał się na Ogórku za coś wcześniej odegrać. Podgłośnił  tak mocno, że nie słyszeliśmy niczego z filmu. I oczywiście – kłótnia. Kiedy  tylko zaczęli, podbiegła Cytryna i zamknęła drzwi. Jak oni się kłócą… Trzeba to zobaczyć… Do Octa nie trafiały żadne argumenty, bo po prostu się uparł! Typowy passa! W pewnym momencie, Ogórek też już nie wytrzymał. Nie wiedział co ma zrobić z rękami… Więc… Z  całej siły walnął pięścią w te drzwi. Jego ręka przedostała się  na drugą stronę…  Zareagowała nawet Cytryna. Zajrzała przez nowo powstałą dziurę i spytała: „Może… plasterka?”. Plasterka… Cała ręka Ogórka była poharatana. Zdarty naskórek,  krew…

 

      Jeszcze tego samego wieczora, chłopaki mieli jechać do centrum miasta. Ogórek zapomniał fajek ze sklepu, a później miał spotkać się z nowo poznaną dziewczyną (tak! tak! tak!). Ocet postanowił popracować w swojej kawiarence. Tak naprawdę, żaden z nich nie mógł już dłużej wytrzymać z sobą w tym przeklętym  pokoju.

    Prowadził Ocet. Ogórkowa ręka napuchnięta, równo zawinięta przez Cytrynę bandażem. Przy kciuku dyskretna kokarda. W samochodzie  czas umilała kosmiczna muzyka z gier komputerowych z początku lat 90tych, czyli ulubione hity Ogórka.

      Chłopaki zdążyli przejechać pięć minut(!), poczym… zatrzymała ich policja.

      -Dokumenty proszę!

    -Ale przecież my nic nie zrobiliśmy! Jechałem 40 na godzinę! Jeszcze dobrze nie zdążyłem wyjechać z podwórka – powiedział Ocet.

      -Czy ja o coś pytam? Prawo jazdy. Dowód rejestracyjny.

      Ocet zaczął się gramolić w poszukiwaniu portfela. Siedząc, podniósł wielki zadek, szukając w tylnych kieszeniach.  Ogórek przyciszył muzykę. Całość poszukiwań trwała trochę. Policjant nie chciał tracić czasu:

       -W takim razie, dokumenty pana proszę!

       -Moje? Ale ja przecież tylko siedzę. Zresztą nie mam nic przy sobie. Portfel z fajkami zostawiłem w sklepie.

       W międzyczasie poszukiwania Octa trwały  nadal. Ani prawa jazdy, ani dowodu rzecz jasna z sobą nie miał. Znany jest jednak z upartości, więc szybko nie traci nadziej. Szukał wytrwale.

      -Proszę wyjść z samochodu!

      -Ja? – spytał Ogórek.

     -Tak, najpierw pan. A kolega niech dalej szuka.

     -Człowieku! Czy ty chory jesteś? Nie masz co robić? Nudzi ci się w pracy? Przecież ja mieszkam trzy minuty stąd! Siedzę spokojnie, nic nie zrobiłem i nagle mam udowadniać, że… ja to jestem ja???

      -Będę pana musiał zabrać na komisariat.

      -Nie… To chyba mi się śni… Albo tu jest jakaś ukryta kamera? Przecież ja mieszkam trzy  mi-nu-ty  stąd! Idioto! W tym nie ma żadnej logiki! I niby z jakiego powodu mam iść teraz na komisariat???!!!

      -Za znieważanie policjanta. Proszę wsiąść do radiowozu – powiedział policjant z twarzą zupełnie niewzruszoną.

      Ogórek miał taką minę, jakby ktoś włożył mu blender do głowy. Ocet dobrze widział, że jeszcze chwilka, moment  i Ogórek zdzieli policjanta po twarzy. Rześko wyskoczył z samochodu, jakby się paliło:

     -Chwileczkę! Chwileczkę! Szanowny panie władzo… O co tyle krzyku! Nie trzeba się denerwować. Mojego brata potrafią czasem ponieść emocje…

     -Pana o zdanie nie pytam.

     -Ale widzi pan… To wszystko nie jest takie proste, jak się panu wydaje… Niech pan spojrzy na jego rękę. Chłopak nie daje rady… Widzi pan, panie władzo… Nasza matka… Ona nas… TORTURUJE! I psychicznie się nad nami znęca!

     Policjant spojrzał na rękę Ogórka. Rzeczywiście. Opuchnięta. Zawiązana bandażem.

     -Tak jest panie władzo! To raczej my potrzebujemy pomocy! Czy pan wie co dzieje się u nas w domu? Tego nie da się wytrzymać. Matka przeżywa obecnie jakieś odrodzenie, drugą młodość… Gada od rzeczy. A ostatnio to postanowiła zostać  manicurzystką. Mój pokój przerobiła na salon i przemalowała wszystko na różowo!  A nas wcisnęła do jednego pokoju. Ta kobieta zupełnie postradała zmysły i co najgorsze… Ona się niczym nie przejmuje! I ostatnio powiedziała, że kolacji to nam już w ogóle nie będzie szykować! Uważa, że obiady to i tak za dużo… Czy pan, panie władzo sobie to wyobraża… I jak ten człowiek ma nie być  zdenerwowany…?

     Monolog Octa trwał jeszcze trochę. Ze szczegółami opisał jak wygląda ich pokój, w jakim jest stanie i to, że Cytryna w nim nawet nie odkurza. Że zamiast mięsa, to na obiad coraz częściej są warzywa, bo przy okazji stwierdziła, że chce również ulepszyć rodzinną dietę. W całym domu śmierdzi acetonem i cały czas słychać tam trajkot  wyfiokowanych kobiet.

     Mina policjanta najpierw zupełnie neutralna, zrobiła się nieco zatroskana. Kiedy Ocet skończył, policjant podsumował:

     -No widzicie chłopaki, takie życie. Tym kobietom  to się w głowach zupełnie poprzewracało. Co za czasy… Co za czasy… Ale nie przejmujcie się aż tak bardzo. Raz na wozie, raz pod wozem. Później jakoś się ułoży. U mnie zresztą też… wcale nie lepiej…  – policjant wyciągnął paczkę z papierosami. Zapalił jednego i poczęstował Ogórka.

     Wypalili po papierosie i ponarzekali na te dzisiejsze baby i tę przerażająca modę na zdrowe odżywianie. Zastanawiając się co właściwie jest dla nich gorsze, odjechali. Każdy w swoją stronę.

 

Ogórek i Ocet wracają do mamy… piątek, 20 lutego 2015

    Co prawda typowa grecka mama pewnie by się ucieszyła z faktu, że jej synowie wracają do domu i tym samym rodzinne gniazdo znów zostaje wypełnione. Wszak, nigdzie na świecie nie ma lepiej niż u mamy! Cytryna jest jednak pewnym wyjątkiem.

     Od momentu, kiedy Ogórek i Ocet wyprowadzili się z rodzinnego domu, minął mniej więcej rok. Plus minus okrągłe dwanaście miesięcy. Przez ten czas sprawy w domu dowodzonym przez Cytrynę nieco się pozmieniały…

 

      – Nie pamiętam kiedy ostatnio było mi tak dobrze!  – wyznała Cytryna. – Od prawie trzydziestu lat miałam ich na głowie. Trzydziestu! Najpierw pieluchy i nieprzespane noce. Odkąd zaczęli mówić – wieczne  kłótnie, a następnie walki na pięści.  Później przez cały czas gotowanie, pranie, sprzątanie, prasowanie. Ten  nie zje tego, a tamten tamtego. Następnie burza hormonów, wszystko na „nie” i jeden wielki wysyp pryszczy. A czy ktoś mi za to wszystko podziękował? Jakieś źdźbło na imieniny, albo Dzień Matki? Nie, bo przecież synusiowi okazywać uczuć  nie przystoi.  Poświęciłam trzydzieści lat na ich wychowanie. W tym lata mojej młodości. Teraz mam dosyć! Nigdy więcej!  I niech nawet moja teściowa mówi co chce! Teraz liczę się ja! A co sądzą o tym  inni – mam to w jednym, wielkim poważaniu!

        Zakończyła wypowiedź Cytryna.

    Jaka rewolucja zaszła u niej przez ten rok? Matka Ogórka i Octa, bynajmniej nie siedziała w oknie, wypatrując powrotu synów.  Nabrała za to wiatr w żaglach i otworzyła swój mały interesik…

***

     W Grecji szalenie popularne jest lotto oraz kupowanie losów na loterii. Zazwyczaj w każdym większym bądź mniejszym mieście, znajdziecie  krążącego starszego pana, który sprzedaje losy. Starsi, skromnie ubrani, z kapeluszami na głowach. Często wyglądają jak bohaterowie z bajek Andersena, albo jak postacie, które przeniosły się w czasie. Cytryna przez całe życie kupowała namiętnie owe losy, urozmaicając sobie czas graniem w lotka. Mniej więcej po historycznej wyprowadzce synów, na owej loterii wygrała całkiem pokaźną sumę.

      Wszyscy zakładali, że sumka ta stopnieje w przeciągu kilku dni,  jako że (co sama otwarcie przyznaje) Cytryna z zamiłowania jest zakupoholiczką. Najbardziej przewidywalny bieg wypadków był taki, że całość zostanie zainwestowana w kosmetyki, nowe perfumy… kilka nowych perfum, ubrania, ubrania i raz jeszcze ubrania, nowe ozdoby i bibeloty do domu.

     Cytryna całą zdobytą kwotę włożyła jednak do koperty, a następnie ją zakleiła. Położyła ją sobie na nocnym stoliku przy łóżku i za każdym razem, kiedy szła spać, a później wstawała, zastanawiała się co takiego zrobić z  zawartością tej koperty.

     -W sumie to mam już wszystko, nawet w kilku egzemplarzach. Nie zapominając o kosmetycznych zapasach… Ale tak naprawdę… w życiu przecież  nigdy nie za wiele jest różowego… – pomyślała zasypiając, chyba nie do końca zdając sobie sprawę  o co jej  samej chodzi. Następnego dnia, sekundę po obudzeniu – już doskonale wiedziała…

     Kilka dni później w dawnym pokoju Octa znalazł się malarz pokojowy, kilka wiader z farbą o dwa tony intensywniejszą niż pudrowy róż i wszelkie inne przedmioty służące do malowania. W ciągu jednego dnia, wszystkie meble z dawnego pokoju Octa oraz dokładnie wszystkie rzeczy, które miał wynieść / zabrać / zutylizować, ale jeszcze  tego nie zrobił, znalazły się na wysypisku śmieci. Po kilku dniach cały pokoik był odnowiony. Stał zupełnie pusty, nie mieszcząc w swojej przestrzeni, ani jednego przedmiotu. Rześko pachniał świeżością. Świeżością nieco  landrynkową, ale to właśnie ten odcień zawsze dodawał Cytrynie dobrej energii. Co jakiś czas wchodziła do środka pokoiku i wciąż nie mogła uwierzyć w to, co z nim się stało. Przechadzała się po niewielkiej  różowej przestrzeni, czasem z filiżanką kawy. Planowała gdzie stać będzie stolik. Jakie dobrać do niego krzesła. Przyda się jeszcze niewielki regał. Koniecznie będzie również  i lustro. Oraz kilka małych, kobiecych bibelotów, które ocieplą przestrzeń.

      Wyszukiwanie mebli, dobieranie akcesoriów, ozdób oraz specjalistycznego sprzętu, Cytryna rozłożyła w czasie, tak by móc się wszystkim nacieszyć. Całość procesu zsynchronizowana była z kursem, na który uczęszczała przykładnie i nadzwyczaj systematycznie w każdy wtorek i piątek, punktualnie o osiemnastej. Nie spóźniła się ani razu. Zawsze była co najmniej piętnaście minut wcześniej by mieć czas na pogawędkę z nowo poznanymi koleżankami. Wiedziała dobrze, że jak wszędzie indziej, również i w tym fachu, szalenie ważne są znajomości.

      Od planu do jego realizacji upłynęło ponad pół roku. Kiedy na największej ścianie, dokładnie na jej środku, została zawieszona cienka, biała ramka z dyplomem ukończenia kursu, mniej więcej w tym samym czasie w owym różowym pokoiku znalazły się pierwsze klientki.

     Co prawda Cytryna trzy razy powtarzała Octowi, mówiąc głośno i wyraźnie, że jego pokój już nie istnieje, ten wciąż nie dawał w to wiary. O fakcie, że jego matka nie rzuca słów na wiatr, przekonał się, kiedy z torbami w rękach i pokaźną ilością papierowych kartonów przekroczył próg rodzinnego domu. Powoli otworzył drzwi od swojego dawnego pokoju, już intuicyjnie  bojąc się tego co za chwilę zobaczy…

     Drzwi cicho zaskrzypiały. Po ich otworzeniu, dawny pokój Octa, zaprezentował się mu jak wnętrze mydlanej bańki. Wszystko w nim było niby niemożliwe, ale na nieszczęście – tak realne. Wszystko było tam różowo – landrynkowe, a  dodatki porażały  śnieżną bielą. Przy ścianie stał niewielki regał, z pedantycznie ustawionymi lakierami. Tuż obok okna przyozdobionego białymi firankami, stał niewielki, biały stoliczek, a przy nim –  dwa wygodne krzesła. Wszędzie czuć było zapach acetonu.

     Ocet tylko cicho jęknął, a potem grzecznie się ukłonił. Klientka, która siedziała przy stoliczku, miała wyraz twarzy raczej srogi. Cytryna  nawet  na chwilę nie oderwała wzroku od swojej pracy. Pokrywanie paznokci czerwonym lakierem wymagało całkowitej koncentracji. Jedna mała nieuwaga i czynność tę trzeba będzie powtarzać.

    Ocet zamknął drzwi od  różowego świata, czując  jak w piersiach wali mu serce. Wiedział już, że w tym właśnie momencie jego wydłużone dzieciństwo nieuchronnie dobiegło końca.

      Co prawda Cytryna zaakceptowała powrót Ogórka i Octa, jednak ostatnią  rzeczą, na którą by sobie pozwoliła, było zrezygnowanie ze swojego właśnie otworzonego  salonu manicure, który z dnia na dzień przynosił nie tylko coraz więcej satysfakcji, ale i konkretne pieniądze. Ponadto Cytryna uwielbiała poznawać nowych ludzi i nad wszystko naprawdę kochała malować paznokcie. A poza tym… Miała wszystkie istniejące odcienie różowego lakieru i dobry pretekst, by kupować ich jeszcze więcej!

     Co natomiast stało się z Ogórkiem i Octem? Cytryna zaoferowała im dawny pokój  Ogórka, w którym musieli zmieścić się razem.  Zaplanowała sobie, że jeśli wsadzi ich do jednego pokoju, długo ze sobą nie wytrzymają, więc przynajmniej jeden znów szybko się wyniesie.

      Piętnaście metrów kwadratowych… Dwa łóżka. Dwa gigantyczne monitory od komputerów. Stosy porozrzucanych skarpetek, wśród których żadna nie mogła znaleźć sobie pary. Niekończące się ilości płyt CD. Jakiś bliżej nieokreślone męskie gadżety. A na środku drzwi wejściowych – wielka dziura wybita Ogórkową pięścią…

      Co takiego tam się działo? O tym już w kolejnym odcinku…