Podróż na Kretę, cz. 1. Chania, czyli spotkanie Zachodu ze Wschodem… niedziela, 22 listopada 2015

Chania

Chania

Nasza podróż na Kretę wyszła trochę przypadkowo. Przez kilka miesięcy planowaliśmy popłynąć na Ikarię. Plany pokrzyżowała nam zmiana rozkładu promów z letniego,  na zimowy i dosłownie na dzień przed wypłynięciem okazało się, że z planowanej wyprawy na Ikarię nici. Na Kretę z Aten można dostać się bardzo łatwo. Decyzję o zmianie podjęliśmy więc dosłownie w trzy minuty z pełnym  przekonaniem, że Kreta będzie rewelacyjnym wyborem.

***

Mimo tego, że mieszkamy jakieś dwie godziny od Aten, nasza podróż na Kretę trwała ponad piętnaście godzin. Tak jest… Dobrze przeczytaliście. Dwie godziny do Aten. Godzina by ze spokojem przejechać do Pireusu. I następnie jakieś dwanaście godzin promem. Co za ironia… Pomyślcie, że jeśli ktoś mieszka na przykład w Warszawie, czarterem na Kretę doleci w niecałe trzy godziny… Grecja nie jest duża, ale  bardzo  rozległa. Człowiek uświadamia to sobie nie tyle patrząc na mapę, co płynąc z lądu na wyspę promem.

Kiedy rankiem dobiliśmy do portu w Chanii, zmęczenie dało mi się we znaki. Około siódmej rano, właściwie nie wiedziałam gdzie jestem. W dzień odespaliśmy trochę nocy i wieczorem wyszliśmy na pierwszy spacer po Chanii –  jednej z najpiękniejszych miejscowości całej Krety. To jedno z tych miejsc, które nie mogą nie zrobić na człowieku wielkiego wrażenia.

Najpiękniejsza część miasta znajduje się tuż przy porcie. Z jednej strony widać morze, które o każdej porze roku jak i dnia wygląda zupełnie inaczej. Z drugiej, jak równo poukładane  pudełka po zapałkach – stare, weneckie domy. Wyodrębniający się z panoramy starówki meczet. Oraz wychodząca daleko w morze latarnia.

Zawsze mamy takie szczęście, że najbardziej turystyczne miejsca odwiedzamy chwilę po zakończeniu turystycznego sezonu. Co prawda ostatni turyści jeszcze nie wyjechali, o ile kiedykolwiek stąd wyjeżdżają, ale życie toczyło się już  zupełnie naturalnym, zapadającym w jesień, a później w zimę rytmem. Studenci wrócili na studia. A właściciele restauracji, tawern i barów oddychali po letnim sezonie. Listopadowa pogoda, która nawet w Grecji, jest szalenie niepewna, nie mogła być piękniejsza. Promienie słońca dodawały blasku całej panoramie, powodując że wszystko wyglądało radośnie.

Wartość Chanii nie tkwi jedynie w tym, że jej panorama zawsze wygląda jak ujęcie z pocztówki. To miasto jest zdecydowanie czymś więcej. Starówka szczęśliwie nie ucierpiała przez niemieckie bombardowania z czasów II wojny światowej. W wąskich, krętych uliczkach co chwilę jest coś ciekawego. Wydaje się, że dosłownie na gołych murach, jakby jakimś cudem, wyrastają bujne rośliny. Koty mają tu dobrze. Widocznie sprzyja im i klimat i przyjaźni ludzie. Są na wpół  dzikie, ale ich różnokolorowe futra zdrowo połyskują na słońcu. Delikatny wiatr znad morza jest tym, co najlepiej suszy pranie. Białe, haftowane ręcznie obrusy. Wyszywane zasłonki i firany. Co prawda gdzieniegdzie odpada tynk. Coś jest nie odmalowane. Ale gdyby idealnie zatynkować i wszystko odmalować, to nie byłaby już ta sama Grecja. Chania to jedno z takich miejsc, które nie muszą się silić na to, by ładnie wyglądać.

7 9  10 11

Wenecki wpływ, który do dzisiejszego dnia widać na każdym kroku, w barwnej symbiozie żyje z  wpływem tureckim. Nic tu się nie wyklucza, wszystko do siebie idealnie pasuje. Tak jakby do europejskiej potrawy, dodać kilka szczypt orientalnej przyprawy. Miarka idealna. Nie za dużo, nie za mało. Meczet Janczarów, który znajduje się w porcie, jest najbardziej okazałym budynkiem postawionym za czasów, kiedy Kreta należała do Turcji. Takich pamiątek jest znacznie więcej. Przyciągają oczy co chwilę, wyróżniając się orientalnymi zdobieniami.

Chania to miejsce, gdzie spotyka się Zachód ze Wschodem. Jednak mieszanka wpływu weneckiego i tureckiego to jeszcze nie wszystko. To miasto, podobnie jak cała Kreta, jest kolebką  europejskości. To  tutaj zakorzeniła się nasza kultura. To tu mieszkali Minojczycy, którzy stworzyli najstarszą cywilizację Europy.  Chania jest jak wielkie muzeum na otwartej przestrzeni, które nieustannie po brzegi wypełnia tętniące życie.

12 13

 

Dzień Czarnego Kota… wtorek, 17 listopada 2015

Grecy z jednej strony są bardzo religijni, a z drugiej niesamowicie zabobonni. Mieszkając w Elladzie, przyznam, to drugie mi się udzieliło… Kiedyś tak nie było, ale obecnie poprostu muszę wstać z łóżka prawą nogą! Kiedy wchodzę do nowego mieszkania, przez próg również przechodzę prawą. Natychmiast podchodzę do telewizora, jak tylko słyszę że jest mój horoskop. Od czasu do czasu sprawdzę sobie jak tam wygląda mój biorytm, szczególnie kiedy zaczyna się tydzień… Tak już poprostu mam:) Całkiem to zabawne:)))

Natomiast zupełnie odwrotnie sprawdza się u mnie zabobon związany z czarnym kotem. Kiedy tylko widzę czarnego kota lub tym lepiej! jeśli przebiegnie mi drogę, wiem że z pewnością czeka mnie coś dobrego. Sprawdziło mi się to już w tylu życiowych sytuacjach, że kiedy o tym pomyślę, aż czuje jak przechodzi mnie ciarka. Uwielbiam czarne koty, bo naprawdę przynoszą mi szczęście…

17 listopada to Dzień Czarnego Kota. Z tej okazji dziś  na blogu kilka zdjęć  tych niesamowitych istot. Miłego oglądania!

Czym jest “mati”? TUTAJ! przeczytasz o najsłynniejszym greckim zabobonie.

2981112

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Jak bezstresowo zaparkować samochód?… poniedziałek, 16 listopada 2015

Pamiętam, że moje pierwsze podróże samochodem po Grecji okupione były wielkim stresem. Kiedy sama miałam gdzieś pojechać, noc wcześniej nie mogłam spać. W głowie miałam taką barierę, że przecież jestem w innym kraju, że przecież tu się inaczej jeździ, że są inne drogi. I tego typu inne… bzdury! Na szczęście trening czyni mistrza, a mieszkanie w innym kraju uczy przełamywać swoje wewnętrzne bariery. Teraz po Grecji śmigam niczym Struś Pędziwiatr. A prowadzenie samochodu w Elladzie sprawia mi wielką przyjemność. Świetnymi autostradami można pruć do większości większych miast. Do tego te fenomenalne widoki. Góry… Lasy… Albo bezkresne, mieniące się w słońcu morze.

Moją piętą Achillesową do teraz jest jednak… PARKOWANIE! Kiedy widzę słynny w Grecji przykład parkowania w stylu “na lakier” [kliknij TU!], dosłownie ciarka mnie przechodzi… Choć w sumie nie wiem czym, aż tak się stresuję. Jest przecież jeszcze inny styl… A mianowicie… parkowanie “bezstresowe” :DDD Idealny przykład – na zdjęciu niżej!

Lekkiego poniedziałku Kochani!!!:D

Styl parkowania: bezstresowy :PPrzeczytaj w temacie więcej:

Jak wg Greków naprawić swój samochód?

Grecka interpretacja przepisów ruchu drogowego

Stare greckie auta

 

Poradnik emigrantki cz. 5: Czym jest magiczna granica trzech miesięcy? I co powinno się przed jej przekroczeniem robić?… piątek, 13 listopada 2015

To zdjęcie zostało zrobione gdzieś w okresie pierwszych trzech miesięcy po przylocie do Grecji. Dokładnie pamiętam, że byłam lekko przerażona, ale jednocześnie myślałam sobie wtedy, że tu jest tak pięknie...

To zdjęcie zostało zrobione gdzieś w okresie pierwszych trzech miesięcy po przylocie do Grecji. Dokładnie pamiętam, że byłam lekko przerażona, ale jednocześnie myślałam sobie wtedy, że tu jest tak nieziemsko pięknie…

 

Wszystkie wcześniejsze  posty z tego cyklu znajdziesz klikając TUTAJ!

Na studiach miałam koleżankę, która bardzo często podróżowała. Magda żyła na walizkach, przeprowadzając się z miejsca na miejsce. To właśnie ona powiedziała mi o „magicznej granicy trzech miesięcy”, czyli takim pierwszym okresie, kiedy zamieszkuje się w zupełnie nowym mieście, kraju, kontynencie. W moim życiu miałam cztery ważne zmiany miejsca zamieszkania. Kiedy przeprowadziłam się na studia do Poznania. Kiedy wyjechałam na stypendium Sokratesa na Lesbos. Później na praktyki do Finlandii. I w końcu już na stałe do Grecji. Za każdym razem zasada Magdy się sprawdzała. I za każdym razem moim największym problemem było to, że albo o niej jeszcze nie wiedziałam, albo o niej zapominałam, albo ją bagatelizowałam. Ale o co dokładnie w tej zasadzie chodzi?

*

Sporo moim bliższych / dalszych koleżanek wyjechało z kraju. Najciekawsze jest to, że mniej więcej u każdej  z nas cały proces emigracji wyglądał bardzo podobnie. Na początku jest strach przed podjęciem decyzji. Później sama decyzja. Następnie jeszcze większy strach! W końcu przeprowadzka,   pierwszy dzień. I pierwsze trzy miesiące…

Na początku emigracji, właściwie po samym przyjeździe, większość osób ma taki okres idealizowania i ekscytacji. Chce się wtedy wszystkiego. Zacząć trenować bieganie. Schudnąć pięć kilo. Obciąć włosy i je przefarbować. Nauczyć się hiszpańskiego. Zapisać się na kurs rysunku. Wypróbować pięćdziesiąt  przepisów i przejść na wegetarianizm. Przeczytać dziesięć nowych książek. Zacząć prenumerować nową gazetę.  U mnie też trochę tak było. I w sumie jest to całkiem normalne.

Problem pojawił się jednak, kiedy…  pamiętam to jak dziś… wyszłam sama do sklepu kupić bochenek chleba.  Weszłam do piekarni i powiedziałam wyćwiczoną frazę. Tylko, że sprzedawczyni spytała się o coś jeszcze. Coś czego nie przewidziano w dialogach mojej książki do nauki greckiego. W całej piekarni zapadła krępująca cisza, kiedy inni klienci usłyszeli obcy akcent i to jak próbuje mówić w ich języku. Dla nich pewnie było to zabawne. Dla mnie jednak  straszne.

Ostatecznie się nie dogadałyśmy. Szybko wzięłam chleb. Zapłaciłam. Nawet nie biorąc reszty, wyszłam najszybciej jak mogłam.

Niby taka mała rzecz, ale właśnie wtedy uświadomiłam sobie, że łatwo to raczej nie będzie. I nie ma co się okłamywać. Trzeba zacząć od zupełnych podstaw, czyli od bardzo powolnego raczkowania. I tym są właśnie te pierwsze trzy miesiące. Jest to nauka raczkowania. Powolna i dość  mozolna. A kiedy się upada, potrafi zaboleć. Dopiero po tych trzech miesiącach, człowiek zaczyna mniej więcej normalnie funkcjonować. Największy problem jest w tym, że dorosły człowiek jest przyzwyczajony do tego, że wcześniej chodził, biegał i skakał. I sam nie może się nadziwić, że teraz trudność sprawia mu każdy jeden, najmniejszy krok. Trudno jest się z tym pogodzić, ale ten początkowy okres emigracji, to lekcja ogromnej cierpliwości i wyrozumiałości – dla siebie.

W  pierwszym etapie trzech miesięcy, najważniejsze są dwie rzeczy. Po pierwsze: nie podejmować żadnych ważnych, życiowych decyzji, zaliczając do tego również decyzję, czy zostaje się, czy też nie.  A po drugie: być dla siebie niezwykle wyrozumiałym, traktować siebie dokładnie jak małe dziecko, które uczy się chodzić.  

 

Przez te pierwsze trzy miesiące, trzeba zacząć od zupełnych podstaw. Poznać dobrze miejsce, gdzie się mieszka. Uczyć się języka, albo przełamywać barierę językową. Poznać kilka pozytywnych osób i umówić się z nimi na kawę.

Największym błędem, który można w tym okresie zrobić, to od razu rzucać się na głęboką wodę i szukać pracy. Szukanie pracy na samym początku emigracji, przynosi zazwyczaj rozczarowanie i frustracje. To najzwyklejsze marnowanie swojej energii.

Zazwyczaj podejmując decyzję o wyjeździe do innego kraju, ma się / lub przynajmniej powinno się mieć oszczędności które pozwolą na życie przez najbliższe 6 miesięcy. Żeby nie popełnić żadnego bezsensownego kroku i niczego nie żałować,  trzeba dać sobie te pierwsze trzy miesiące na rozeznanie, czas w którym nic jeszcze nie wiadomo, takie przyzwolenie na to, by mówić: „jeszcze nie wiem”.

Mimo tego, że mojej w głowie jak chińska tortura pojawiała się mantra, że „powinnam już pracować”, wiedziałam  że muszę z tym zaczekać. Był to też pierwszy okres w moim dorosłym życiu, kiedy nie miałam żadnych planów, ani zobowiązań. Zamiast rzucać się na cokolwiek, postanowiłam zaczekać i zadać sobie pytanie, na które nigdy tak naprawdę nie odpowiedziałam sobie stuprocentowo szczerze. Pomiędzy zajęciami na studiach, pierwszą pracą, zaliczeniami i spotkaniami ze znajomymi, w mojej głowie po prostu nie było na to przestrzeni, a w wiecznie zapchanym kalendarzu, nie było na to miejsca.

I tak właśnie, pierwszy raz po przylocie, gapiąc się w morze o pijąc spokojnie zimną kawę… Zasypiając bez zobowiązań i wstając  bez nastawiania zegarka. Pierwszy raz w dorosłym życiu czułam się jak niezapisana niczym kartka. Fantastyczne, ale jednocześnie przerażające. I właśnie wtedy, zrobiłam najlepszą rzecz, jaką mogłam.  Miałam dwadzieścia sześć lat. Trochę już za sobą. I jeszcze więcej przed. Idealny moment, by szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie:

Co ja chcę ze swoim życiem … ZROBIĆ?

Co stało się później? Oj, łatwo nie było. Ale o tym już w następnym poście z tej serii. Tymczasem tutaj znajdziecie kilka postów, które powstały właśnie w tym okresie…

Wahadełko

Prosta przyjemność jedzenia rękami

Nigdzie się stąd nie ruszam

Kiedy plaża nudzi, a morze powszednieje

Gorzej być nie mogło

Szalone stepy w rytmie disco

Magiczna granica trzech miesięcy

To był równie intensywny, co fantastyczny tydzień… niedziela, 8 listopada 2015

     Ufff… Właśnie rozpakowałam walizkę, włożyłam ubrania do pralki i zrobiłam sobie herbatę. To był równie intensywny, co fantastyczny tydzień. Tej nocy, myślę że będę spać jakieś 12 godzin…

     Wróciliśmy z Krety. Bardzo często jest tak, że wypady zupełnie spontaniczne, są najfajniejsze. Mieliśmy przy tym ogromne szczęście, do bardzo niepewnej w Grecji listopadowej pogody. Kreta jest niesamowita, ale też potrzeba na nią czasu. Dlatego ta nasza pierwsza wizyta, to był dopiero prolog.

Zachód słońca w Chanii

Zachód słońca w Chanii

     Wracając z Krety, w tym tygodniu czekała nas jeszcze jedna podróż… Ten weekend spędziliśmy w Volos. Tam pierwszy raz w życiu byłam na tradycyjnym… bardzo (!) tradycyjnym greckim ślubie! To była dopiero przygoda…

     Hmmm… Nasza podróż na Kretę… Chania. Rethymno. Knossos. To jak prawie utknęliśmy na wyspie na kilka dni dłużej… No i ślub naszego przyjaciela, na który o mały włos nie zdążyliśmy… Zupełnie nie wiem od czego zacząć… Może najpierw porządnie się wyśpię, a jutro się nad tym zastanowię! Spokojnej nocy i świetnego tygodnia Kochani!

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Dlaczego w Grecji nie da się planować? Wystarczy spojrzeć na mapę… I jak to się stało, że zamiast na Ikarię, dopłyneliśmy na… KRETĘ!… poniedziałek, 2 listopada 2015

Z Grecji wyjechali ostatni już turyści. Większość z nich o tegorocznych wakacjach zdążyła pewnie już zapomnieć. Na wakacje więc czas najwyższy dla nas!

Pobyt na Ikarii planowałam już jakieś dwa miesiące. Wczoraj spakowaliśmy walizki. Zasuwając ostatni zamek, domknęliśmy też ostateczne planowanie. I właśnie wtedy Jani jeszcze dla pewności chciał sprawdzić godzinę naszego promu z Pireusu na Ikarię. Stare, greckie przysłowie mówi: człowiek planuje, a Bóg się śmieje. Zupełnie zapomnieliśmy o zmianie rozkładu promów w sezonie zimowym. Jak się okazało, naszego promu na Ikarię obecnie już nie ma…

-I co my teraz zrobimy?! Przecież wszystko jest już przygotowane… – spytałam załamana, nie wiedząc czy płakać, czy walić pięścią o ścianę. Ja naprawdę od dwóch miesięcy tak bardzo chciałam popłynąć na Ikarię…

-Ale tragedia… A mało ci  wysp w Grecji?  Popłyniemy… Dajmy na to… Na…

-A może by tak na Kretę!

-O widzisz! I problem rozwiązany!

Bardzo często, szczególnie turyści zadają powtarzające się pytanie: dlaczego Grecy są tak mało zorganizowani? Dlaczego? Przecież wystarczy spojrzeć na mapę Ellady.  Trochę lądu. Ostrzępiona linia brzegowa, jakby dziecko bawiło się nożyczkami. Jedna wyspa tu, a druga tam. Całość dosłownie rozwalona. Jakby ktoś rozbił na podłodze butelkę i nawet nie posprzątał.  Już patrząc na mapę łatwo wywnioskować, że tu nie da się niczego zbytnio zorganizować. Nie wyjdzie żaden plan… A to burza. A to sztorm. A to strajk. Za to można całkiem fajnie improwizować!;D

*

Dziś, o świcie dobiliśmy na Kretę. Nasze wakacje zapowiadają się wspaniale. Kochani, pozdrawiamy bardzo gorąco z przpięknej Chanii…:DDD Kreta jesienią zapowiada się bajecznie…

Sałatka po grecku TV – odc. 14: Jak zrobić sernik na zimno?… sobota, 31 października 2015

Bella Vista to jeden z najsłynniejszych i najpiękniejszych punktów widokowych Korfu. Na naszej trasie zatrzymujemy się tam w słynnym Golden Fox, jednocześnie  robiąc sobie przerwę na kawę i coś słodkiego. Golden Fox to nazwa oficjalna. Ale każdy z naszych kierowców wie, że zatrzymujemy się „u Kateriny” –  jednej z najbardziej sympatycznych osób w całej wiosce Lakones.

-Jezu… Jaki ten wasz sernik jest pyszny… – mówię to zupełnie szczerze, za każdym razem kiedy go tam jem –A skąd go bierzecie? – zadałam w sumie dość dziwne pytanie, bardziej koncentrując się na smaku, niż na myśleniu.

-Każdego ranka Katerina przywozi go z miasta! – odpowiedział jeden z kelnerów, poczym dosłownie uciekł.

-Tak??? Haha!!! – odpowiadam, nie myśląc już w ogóle, bo  patrzę na kierowcę, który właśnie mnie rozśmiesza, w między czasie spoglądam na Bella Vista, ale przede wszystkim to jem! Trzeźwość umysłu wróciła mi momentalnie, kiedy spojrzałam na Katerinę. Ta nagle przestała się uśmiechać. Najpierw zrobiła się blada, a później czerwona:

-Z jakiego miasta!!! Naprawdę w to uwierzyłaś? Czy ty nie wiedziałaś, że ten sernik to robię…

Przyznam – nie wiedziałam! Że autorką absolutnej specjalności Golden Fox, czyli sernika na zimno z najróżniejszymi polewami smakowymi,  jest właśnie Katerina. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię.

-No, ale zdradzisz mi jego sekret? Jak go zrobić? – spytałam po dłuższej chwili kajania się i przeprosin.

-Tak naprawdę, to nic trudnego! Przepis jest bardzo  prosty!

Prosty? Nieziemsko smaczny?? I mało zmywania??? Czyli kolejny przepis idealny!

Nie było chyba ani jednej wycieczki, na której ktoś  nie pytał się o ten przepis. Obiecałam, że będzie to pierwszy przepis po letniej przerwie. Obietnicy dotrzymuje 😀

Niżej znajduje się filmik z przepisem jak taki sernik zrobić. Jak za chwilę zobaczycie, to naprawdę nic trudnego. Grecki ser anthotiro, który używa Jani,  możecie zastąpić najzwyklejszym serem białym. Smak jest mniej więcej porównywalny. Tak więc dodatkowy plus – wszystkie składniki dostępne są również w Polsce! Zapraszamy na filmik, pierwszy po letnim sezonie :DDD

 

I nagle zrobiła się ciemność… Czyli o tym jak przetrwać nadchodzący listopad?… środa, 28 października 2015

Zdaje się, że mało kto przepada za listopadem. A ten zbliża się już wielkimi krokami. Mamy za sobą zmianę czasu,  więc nagle zrobiło się ciemno i jakby bardziej szaro. Nawet i w Grecji  jest już znacznie chłodniej. Nie lubię końcówki jesieni, nie przepadam też  za zimą. Ale nie zamierzam się nad tym użalać, a korzystać z tych pór roku najlepiej jak potrafię. Dziś dziesięć rzeczy, które robię jesienią i zimą, by czuć się możliwie jak najlepiej. Koniecznie piszcie w komentarzach jakie są Wasze sposoby na listopad! Z wielką chęcią się nimi zainspiruje. A oto i moja dziesiątka!

1. Spacery około południa… Im bliżej południa tym lepiej. Obojętnie, czy świeci słońce, pada, czy też wieje. Do dobrego samopoczucia jest nam absolutnie niezbędna witamina D. A tę możemy dostarczyć sobie jedynie przez przebywanie na słońcu, najlepiej w samo południe. Więcej o konieczności dostarczania sobie witaminy D, przez przebywanie na słońcu przeczytacie TUTAJ!

2. Cytrusy… Im bliżej zimy, tym lepszy na nie czas. Ale trudno wyobrazić sobie by zjeść dla przykładu  całą cytrynę. Ja przez cały czas piję soki z zielonych warzyw (na temat jednego z nich przeczytacie TUTAJ!). Uwielbiam zaczynać dzień od cytrynowo – miodowej mikstury. Jak ją zrobić? Przed pójściem spać w ciepłej wodzie rozpuszczam łyżkę miodu. Rankiem wciskam połówkę cytryny, mieszam i od razu piję. Dawka zdrowia od samego przebudzenia!

3. Kolorowe ubrania… Szarości, czernie, biele, są bezpieczne, ale szczególnie jesienią i zimą dbam o to, by wkładać na siebie coś kolorowego. Nie mam pojęcia dlaczego, ale kiedy mam na sobie coś różowego, od razu mam inną energię!:D

4. Aromatyczne kąpiele… Te mają swój urok szczególnie, kiedy jest zimno. Jakiś ciepły zapach, dużo, dużo piany i spokojny kwadrans, albo i dwa w gorącej wodzie. Taki relaks to przecież domena zimy i jesieni.

5. Wyłącz wiadomości i zobacz dobrą komedię!… Ostatni raz oglądałam wiadomości… jakieś cztery, pięć lat temu… Od tego momentu zauważyłam, że psychicznie czuje się znacznie lepiej. To znaczy, jeśli coś naprawdę ważnego się dzieje, to jakąś drogą i tak się o tym dowiem. Przed ostatnimi wyborami w Polsce, włączyłam wiadomości na całe dwie minuty(!!!)… Wyłączyłam utwierdzając się w przekonaniu, że szkoda czasu na te bzdury. Szczególnie teraz dbam o to, by oglądać komedie. Uwielbiam się śmiać. Więc dobra komedia na listopadowy wieczór jest idealna! A jakie są Wasze ulubione? Też piszcie w komentarzach!

6. Domowe ciasto… Kiedy zapach domowego ciasta wypełnia dom, od razu robi się tak jakoś słodko. Dla mnie to też jeden ze sposobów na poprawienie nastroju. Szukacie jakiegoś fajnego przepisu? TUTAJ! znajdziecie  przepis na moje ulubione  ciasto cytrynowe.

7. Zestaw: książka + gruby koc + dres + dobra herbata… Tu chyba komentarz jest zbędny. Kiedy korzystam z tego zestawienia, na kilka dobrych godzin potrafię przestać istnieć dla świata!

8. Aktywność fizyczna… Przyznam, że dbanie o nią o tej porze roku jest dla mnie ciężkie. Odkąd wyjechałam z Korfu, mam przerwę w jeździe konno. Pływać też nie da rady. Kiedy dzień jest na tyle ładny, wybieram się więc na dłuższy spacer, idę się przebiec, albo będąc nawet w domu wybieram jakiś fajny zestaw ćwiczeń z YouTube.

9. Wysypianie się… Tak jak latem do dobrego funkcjonowania wystarczy mi dosłownie kilka godzin snu, tak jesienią i zimą potrafię spać jak niedźwiedź. Taką potrzebę wyraźnie ma mój organizm. Ładuje więc baterie na lato, śpiąc tyle ile mi potrzeba.

10. Świece…  Niby zwykła, mała rzecz, a potrafi poprawić nastrój. Świece pasują według mnie szczególnie do miesięcy zimowych. Kiedy tylko zapadnie zmrok, zawsze zapalam kilka świec, które w magiczny sposób wyczarowują ciepłą, domową atmosferę.

 

Jak dla mnie lato mogłoby trwać całe 12 miesięcy… Ale i jesień jest super!… piątek, 23 października 2015

Uwielbiam lato! Jak dla mnie mogłoby trwać nawet i cały rok. Nie przeszkadzają mi nawet największe upały. Tak po prostu już mam. Ale i jesień ma swój niepowtarzalny urok. Dla mnie wyznacznikiem jesieni, wcale nie jest data w kalendarzu. Jesień przychodzi do mnie, kiedy z Ellady odlecą ostatni turyści. Tak więc zaczęła się właśnie teraz.

Słuchając jesienią prognozy pogody, pewnie z lekką zazdrością często słyszycie takie słowa: „dziś najcieplejszą stolicą Europy są Ateny! Temperatura w stolicy Grecji wynosi  23 stopnie!”. To prawda, jesienią czy też nawet zimą kilka dni z rzędu potrafi być prześlicznych, ale zapewniam że tak nie jest cały czas.  U nas już trzy dni non stop leje. I nie chodzi wcale o  lekki kapuśniaczek, tylko o deszcze jakby ktoś otworzył prysznic, który połączony jest z wiatrem, urozmaicany dodatkowo burzami. Tak żeby nie brakowało emocji  – do trzęsień ziemi od czasu do czasu, też trzeba się przyzwyczaić.  Dziś w nocy przez ulewę znów nie mieliśmy prądu. Wiało tak mocno, że myślałam iż lada chwila, a wywieje nam cały dom. Wystarczyło na chwilę uchylić okno, a na podłodze robiła się kałuża. Tak… Tak również wygląda grecka jesień.

Dla mnie początek jesieni, to prawdziwa rewolucja w życiu codziennym. Mój rozkład dnia zmienia się o 180 stopni. Jestem typowym wodnikiem. Zabija mnie więc codzienna rutyna, za to jak ryba (albo wodnik;)) w wodzie, czuje się w wirze nieustannych zmian. W takim cyklu zmian, żyje mi się idealnie. Musi się dziać!

Tak jak latem w domu właściwie jedynie śpię… Moje gotowanie ogranicza się do zupełnego minimum… Na kilka miesięcy nie wiem co oznacza słowo „film”…  Najczęściej usypiając nad książką, czytam jedynie chwilę przed snem… Tak jesienią…

Co prawda nie rozpakowałam jeszcze nawet walizek, ale nasz dom jest już tak wysprzątany, że człowiek ma ochotę  w nim po prostu być. Tu i ówdzie pojawiło się coś nowego. W końcu, po prawie trzech latach kupiłam sobie biurko, a Jani właśnie sam robi mi półkę na moją małą kolekcję greckich win. Zacieram ręce na to co w najbliższych tygodniach sobie przeczytam. Do obejrzenia przygotowałam już  kilka filmów z Brigitte Bardot. Dziś w całym domu przepięknie zapachniało ciastem śliwkowym. Wyjęłam z szafy wełniany koc. Za chwilę zrobię herbatę, ukroję kawałek ciasta i usiądę by zobaczyć „I Bóg stworzył kobietę”.

Kilka dni temu uświadomiłam sobie, że jest to pierwszy moment od czterech lat, kiedy nie jestem w procesie: szukam pracy / organizuje pracę / pracuje. W najbliższych planach mam: przykryć się kocem, zjeść domowe ciasto i oglądając Bardot, pozazdrościć kobietom z lat 50tych ich ślicznych sukienek. Przede mną kilka dni błogiego relaksu. Takiego prawdziwego, pierwszy raz od czterech lat.

Kiedy  tylko naładuje baterię, wracam do systematycznego pisania książki i innych rozmaitości. Muszę się trochę  powstrzymywać, bo już najlepiej teraz zaczęłabym czytać nowe przewodniki i wprowadzać zmiany na naszą stronę, ale na najbliższy czas wprowadziłam sobie zakaz.

Zanim jeszcze na dobre usiądę do mojego nowego biurka, czeka nas również podróż. Do domów wrócili już nawet ostatni turyści, na wakacje czas więc dla nas! Długo szukałam tej jednej wyspy, którą chciałabym poznać. Celem naszej wyprawy  w tym roku, jest dowiedzieć  się – jak oni to robią, że w tak fenomenalnym stanie dożywają tak sędziwego wieku?  Ludzie, którzy podobno zapomnieli umrzeć. Już na początku listopada jedziemy na… IKARIĘ!!!:DDD  Nie mogę się doczekać!:D

 

Ciasto na zdjęciu wyszło pyszne! Przepis z typu a) prosty b) mało zmywania. Jego autorką jest moja mama. Tutaj podaje jak to ciasto zrobić:

Składniki: 2 szklanki mąki, pół szklanki cukru pudru, 1 i pół łyżeczki proszku do pieczenia, cukier waniliowy, 2 jajka, pół szklanki oleju, ¾ szklanki śmietany, śliwki lub inne owoce.

 

Jak to zrobić: wymieszaj ze sobą sypkie składniki. Ubij białka. Do ubitych białek  dodaj żółtka i inne  składniki ciekłe. Wymieszaj wszystko razem. Konsystencja powinna przypominać bardzo gęsty budyń. Na wierz ciasta połóż rozkrojone na połówki śliwki. Posyp ewentualnie cukrem. Piecz przez 40 minut w 180 stopniach. Podaj ze szczyptą cukru pudru.

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Gdzieś w tym miejscu zaczyna się zupełnie nowy tom… poniedziałek, 19 października 2015

Kończyliśmy wycieczkę. Czasami pod koniec, szczególnie jeśli ktoś pyta skąd wzięła się nazwa naszej firmy, opowiadam moją historię, o tym jak znalazłam się w Grecji:

-Tej daty nigdy nie zapomnę. Przyjechaliśmy do Ellady z planem, żeby zamieszkać tu na stałe dokładnie w okresie, kiedy ogłoszono, że kraj przeżywa kryzys. To było cztery lata temu. 15 sierpnia 2011…

-Czyli dziś jest rocznica! – krzyknął  ktoś z tyłu busa.

No tak… Znów zupełnie zapomniałam… I tak jakby w przyśpieszonym tempie zobaczyłam przed oczami film. Jak na kilka dni przed odlotem jestem u wróżki. Jak bardzo się boje. Nasz wylot i to jak z Janim trzymamy się za ręce.  Pierwsze dni w sałatkowym domu. Nasze dalsze perypetie. Przeprowadzka już na swoje. Moja  pierwsza praca na Zante i pierwszy sezon na Korfu. Aż w końcu jestem TUTAJ. Jadę w busie i opowiadam całą tę historię.

Poczułam, że gdzieś  w tym momencie, przez tę opowieść przeszła gruba, czarna linia, która w moim życiu oddziela to co było, to co jest teraz i co dopiero będzie. Jakbym właśnie zamknęła za sobą nie tyle rozdział, co rozpoczęła zupełnie nowy tom.  Po czterech latach. Gdzieś mniej więcej w tym momencie.

Właśnie wróciliśmy z Korfu. Dokładnie tak jak te cztery lata temu, przed pójściem spać po przylocie, chwilę przed zaśnięciem piszę ten  post. Tyle działo się przez te cztery lata.

Tegoroczny sezon na Korfu poszedł nam  rewelacyjnie. Już drugi raz odpływając i patrząc jak z każdą minutą Stara Forteca robi się coraz to mniejsza, płynęła mi łza. Nie potrafię powiedzieć dlaczego, ale to właśnie na Kerkirze czuję się u siebie.  Do tego wcale nie potrzeba mi żadnego zameldowania. Gdziekolwiek bym nie pojechała, dla mnie to jest najpiękniejsze miejsce na świecie.

Co prawda nigdy nie biegłam w maratonie, ale myślę, że tak właśnie czuje się maratończyk, kiedy zakończy  bieg. Dla mnie tym biegiem był cały tegoroczny sezon i całe te cztery lata. Tak jak podczas biegu pokonuje się kilometr za kilometrem, pokonywałam każdą jedną słabość, strach, zwątpienie, żeby dotrzeć do miejsca, w którym jestem teraz. Gdzieś w międzyczasie zapuściłam na tyle mocne korzenie, że nie wyobrażam już sobie mieszkać poza Elladą. Wiem, że życiowo mogę sobie zaufać i że co by się nie stało, to ja i tak dam sobie radę. Po tych czterech latach niesamowitej szkoły życia, dobiegłam do swojego celu na ten życiowy etap. Pod każdym względem jestem tu niezależna i pod każdym względem szczęśliwa. Żyję życiem dokładnie takim jakim chcę. Dokładnie tak, jakbym sobie je napisała.

*

-I przez te całe cztery lata mówiłem ci,  dziesięć razy dziennie, że wszystko będzie dobrze, że zobaczysz, że się ułoży… A nie mówiłem! – tak, rzeczywiście szczególnie w najcięższych momentach Jani potrafił mówić mi to jak mantrę.

 -Teraz mogę ci przyznać rację. Wszystko się ułożyło i jest wspaniale. A przecież to jest dopiero sam początek…