Kiedy (w końcu) zajdę w ciążę?… sobota, 26 stycznia 2019

 

SAŁATKA PO GRECKU

 

 

Czas minął jak z bicza strzelił i nim się obejrzałam, jak się okazało  że całe dwa lata nie byłam w sałatkowym domu. Ostatni post o tym co takiego dzieje się u członków zwariowanej rodzinki, był… straciłam rachubę. Z pewnością dawno, dawno temu…

 

TU! przeczytasz kto kim jest w sałatkowych opowieściach.

 

Oregano, czyli dziadek Janiego i ojciec jego matki – Fety, jest już po osiemdziesiątce. Jego żona zmarła jakieś dziesięć lat temu. Od tego momentu całą opiekę nad obecnie najstarszym członkiem sałatkowego rodu przejęła Feta. Co rozumiem przez pojęcie „opieka”? Feta gotuje, organizuje dziadkowi zakupy, pierze i prasuje, a przy tym dba, żeby dom w którym się wychowała, był najprawdziwszą świątynią czystości. Od czasu do czasu, kilka razy w tygodniu, dziadek jest zabierany na jakieś pół dnia do domu Sałatki. Zjawia się najczęściej rankiem, a po obiedzie jest odwożony do siebie, żeby zgodnie z tradycyjnym rytmem greckiego dnia, przebrać się w pidżamę, popatrzeć z balkonu co tam słychać na ulicy, a później udać się na drzemkę.

Podobno  ostatnio z dziadkiem jest nieco gorzej. Podobno, że nie dosłyszy, że trzeba mówić mu wszystko kilka razy, a i tak później sobie zapomina.

 

 

Był przepiękny, zimowy, sobotni poranek. Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami i dość głośną rozmowę:

-Niech tata siada! Niech się tata rozgości! Zabiorę tacie kurtkę. Wszystko na stole dla taty jest już gotowe.

Oregano jak zawsze rozsiadł się przy stole, który w tym momencie nadawał się idealnie na okładkę książki kucharskiej zawierającej przepisy na typowe greckie przystawki. W niewielkich naczyniach ułożonych elegancko na białym obrusie leżały: wędzone szprotki w oleju, kilka czarnych oliwek posypanych oregano, domowej roboty tzatziki i tirosalata, gruby kawał fety, świeżo kupiony rankiem chleb, skordalia czyli sos czosnkowy, kawałki ośmiorniczek oraz dolmadakia. Do tego na samym środku stała buteleczka z ulubionym przez dziadka trunkiem – tsipouro, bez dodatku anyżu.

 

TUTAJ! przeczytasz o greckim bimbrze, czyli tsipouro.

 

Dziadek siedział w towarzystwie Fety, która przygotowała domowy obiad – moussakę, która w jej wersji jest popisowa. Wszystkie te przystawki były więc jedynie zapowiedzią pysznego obiadu, który na oczach dziadka powstawał. Oregano siedział, skubał, popijał bite dwie godziny. Nic przy tym nie mówił. Daję słowo! Z jego ust w tym czasie nie wyszedł ani jeden wyraz. Pogryzał, popijał, patrzył się przed i milcząc był w swoim świecie.

 

TUTAJ! zobaczysz nasz filmik jak zrobić grecką moussakę.

 

Kiedy w końcu skończył, rozsiadł się wygodnie i wyciągnął swoje komboloi, którym zaczął zręcznie bawić się między palcami. Dziadek miał równo, jak od linijki przycięty wąs pod nosem. Wygładzone brylantyną gęste, lekko kręcone włosy misternie zaczesane do tyłu, wyprasowane w niemożliwie równy kant spodnie i wiekową ale jednocześnie śnieżno – białą koszulę w drobne, brązowe  paseczki. Patrzył przed siebie, za okno, lekko znużonym, ale jak zawsze srogim wzrokiem. Nagle głośno odchrząknął i  ucichł dźwięk stukania koralików komboloi. Odwrócił  głowę i ożywionym wzrokiem spojrzał wprost na mnie:

-Dziewczyno! Przecież ty jesteś już po trzydziestce. Powiedz ty mi. Kiedy się ogarniesz i w końcu zajdziesz w ciążę?

Feta, która stała tyłem myjąc naczynia, zamarła w bezruchu. Pomidor przy czymś się kręcił. Przestał na chwilę, po czym odwrócił się i z przestrachem spojrzał na mnie.

Znacie tę ciszę? Tę w rodzaju: i jaka padnie teraz odpowiedź? Wybuchnie, zacznie ryczeć czy się spowiadać?

Zakładałam właśnie buty, bo za chwilę Jani miał mnie podrzucić do fryzjera. Nie ma to jak sobotni poranek w pięknym mieście z dobrze zrobionymi włosami. Tego dnia miałam w planach zrobić sobie na włosach fale. Czegoś w rodzaju loków nie miałam na głowie chyba od skończenia studiów. Otworzyłam szafę, gdzie wisiała moja kurtka i spokojnie zaczęłam ją nakładać.

-Wie dziadek… Jani tak naprawdę nie jest najstarszy w rodzinie, więc to wcale nie ja powinnam być teraz na tapecie. Chciałam tylko nadmienić, że Ogórek, jest od  Janiego o całe: Półtora.  Roku. Starszy.

-Ale on przecież nie wziął jeszcze ślubu! – dziadek uderzył ręką o swoje kolano.

-No właśnie. Ale ma  przecież dziewczynę. A wszyscy wiemy, że ślub do spłodzenia potomka, wcale nie jest potrzebny…

Oregano płynnym  ruchem wygładził swoje wąsy. Znów zaczął obracać komboloi.

-Feta… Może to jest jakaś myśl. Czy ty myślisz, że Ogórek mógłby mieć dziecko z tą laską?

Nie czekając na poparcie mojej teściowej, nakładając jednocześnie już na szyję szalik, odpowiedziałam:

-Mógłby. A co więcej, taki potomek mógłby przyśpieszyć pewne sprawy… Nie ukrywajmy, że wszyscy się modlą, żeby Ogórek w końcu się z Natasą ustatkował… Racja?

Założyłam już kurtkę i szalik. Zapięłam się dokładnie guzik po guziku i jakbym szykowała się do operacji, zaczęłam nakładać rękawiczki. Palec po palcu, tak żeby leżały idealnie.

-No widzi dziadek… Tak się sprawy mają.

-Ty, Feta… Może byś tak z nim porozmawiała… Że już czas… Że już pora…

 

Na zgięty łokieć założyłam torebkę i byłam gotowa do wyjścia. Wyszliśmy, a zamykając drzwi poczułam się bardziej grecka niż wszyscy domownicy razem wzięci. Loki tego dnia wyszły genialnie. Później poszliśmy na zakupy, a później do centrum na kawę.

 

Tak w życiu właśnie jest. Że szczęśliwi ludzie, żyją swoim życiem. I opinię innych w tym temacie, nie za bardzo biorą pod uwagę.

 

 

 

Pomidor – „złote ręce”, które naprawią wszystko

    Pierwsze co zrobił, kiedy  tylko zamknął za sobą drzwi od Cytrynowego Domu, to uratowanie świata. W niecałe 40 minut zdołał zamontować grecką telewizję, dzięki czemu zdążyliśmy na kolejny odcinek ukochanego przez Fetę i Olivkę, tureckiego tasiemca.
     W niewielkiej walizce  Pomidora nie było nic więcej, poza pokaźnej wielkości wiertarką  i podręcznym zestawem  do naprawiania. Czego? Wszystkiego! Koszule, pidżamy, bielizne i kosmetyki dla męża zabrała oczywiście Feta, bo w tradycyjnej greckiej rodzinie, jak na talerzu z grecką sałatką, wszystko ma swoje właściwe miejsce.
       Serial leciał w najlepsze. Burum… Urum… Turu…Nic z niego  nie rozumiałam, więc z ciekawością przyglądałam się, co takiego robi Pomidor. Problem z telewizją był już rozwiązany, ale wiertarka została jeszcze przecież w rękach.
     Kontakt w naszej kuchni,  wisiał zupełnie bezużytecznie. Trzeba więc było go praktycznie  zamontować. Owo „praktycznie” oznaczało – na samym(!) środku kuchennej ściany, która znajduje  się w najbardziej rzucającym się w oczy miejscu. Być może mignie Wam gdzieś w naszych kulinarnych filmikach. Cokolwiek o estetyce by nie powiedzieć, teraz jest praktycznie i to szalenie, więc nie ma co narzekać!
    W dalszej kolejności, Pomidor zabezpieczył instalację elektryczną na zewnątrz domu. Przestawił drzwiczki do lodówki  ze strony prawej na lewą.  Zamontował wszystkie kontakty, które wcześniej zwisały. Naprawił klamkę w drzwiach wejściowych. Uszczelnił okna specjalną taśmą. Wyszorował spód zaczernionego sadzą  garnka.
         A mawiają, że wszyscy Grecy to lenie!

     Wszystko w domu zostało naprawione, dokręcone, uszczelnione i doczyszczone. Na całe szczęście mamy jeszcze niewielki ogród. Nie wiem skąd, ale Pomidor wytrzasną również mini piłę. Kto wie – może zawsze ją ze sobą nosi? W pół godziny usunął wszystkie suche gałęzie z cytrynowych drzew. Oszczędził tylko te, które znajdują się u sąsiadów.  Ponieważ nasz ogród nie jest duży,  prace ogrodowe niestety szybko zostały ukończone. Ale  wyraz twarzy Pomidora, mówił że wciąż myśli: „co by tu jeszcze?”.
     Cóż za leniwy każdy  Grek…

     Obawiałam się, że wpadnie na pomysł, żeby rozebrać cały dom, sprawdzić  części, poczym znów złożyć wszystko w całość. Na szczęście do naprawienia znalazły się jeszcze rzeczy mniejsze. Popsute zapięcie od łańcuszka. Urwana klamerka od zegarka. Czy też zbyt  luźny pasek od buta. Jak się okazało, Pomidor naprawi również wszystko co delikatne i drobne.
     Ależ ci Grecy to lenie!

     Po trzech dniach wizyty i trzech dniach naszego mini remontu, wszystko, absolutnie wszystko było już  naprawione. Nasz dom, jeszcze nigdy wcześniej nie był w tak dobrym stanie.
     Na nieszczęście dla Pomidora, który żyje tylko kiedy  robi coś konkretnego, oznaczało to – definitywny koniec prac!
    Usiadł wygodnie na kanapie i włączył wiadomości. Na jego twarzy widać było jednak pewną niewygodę. Tak jakby coś ciągle go uwierało. Widzę, że tych wiadomości wcale nie słucha, że nie może się skoncentrować, a  siedzi i patrzy w nieokreśloną przestrzeń. Nagle wstał, lekko zgarbiony, z do granic możliwości skoncentrowaną miną i powoli przybliżył  się w kierunku okna. Pomyślałam: „na Boga! znów  znalazł coś do naprawienia…”. Im bliżej był tajemnego celu, tym wolniej podchodził. I nagle: KKKLLLLAAACHHH!!!!!!
    Klasnął w ręce tak mocno, że myślałam iż  za chwilę stanie mi serce.  Pomidor zabił muchę… Amen! Nawet i ona się nie ostała. Mam nadzieje, że lata sobie teraz w musim niebie.
     Stereotypy mają to do siebie, że  wiele jest od nich wyjątków…