Na „leniwego kota” (czyli rozwiązanie drugie)… sobota, 28 lipca 2012

źródło: www.imageof.net
    
      Następnego dnia, od samego rana trwała kontynuacja porządków. Tym razem byłam jednak na to przygotowana. Jeśli chodzi o sprzątanie, trzeba to powiedzieć głośno – Feta jest  istnie szalona! Jak więc z czymś niedorzecznym walczyć racjonalnie? Doszłam do wniosku, że normalna reakcja nic tu nie pomoże.
     Poprzedniego dnia rozmawiając przez video – konwersację z moją mamą, na ekranie w tle zobaczyłam moją kotkę. Moja pupilka na każdą życiową sytuację reaguje dokładnie tak samo. Świat może się walić. Jej nigdy nic nie obejdzie. Reakcją na wszystko,  jest leżenie plackiem na plecach i miauczenie. Tylko czasami, tak dla urozmaicenia może podrapać się po uchu, ale absolutnie nic nie jest w stanie wyprowadzić jej z kociej nirwany. Chciałam poczuć się tak samo.
     Przed przyjazdem Fety z Pomidorem sprzątałam cały tydzień. Tak jest – pełne siedem dni! To uczciwe – po tak długim okresie pracy, należy się odpoczynek. Postanowiłam zadbać o siebie, a w szczególności o moje paznokcie!
    Z dołu odbiegały znajome już odgłosy. Tym razem na spokojnie zeszłam po schodach, żeby zrobić sobie śniadanie. Feta pracowała w najlepsze pucując podłogę. Zaproponowałam jej kawę, ale miała już swoją.
    Kiedy zjadłam, Feta była w połowie pucowania, mytej już trzy razy podłogi. Ja tymczasem rozsiadłam się wygodnie na kanapie.
-Dzień paznokcia! – powiedziałam pod nosem po polsku, wyjmując wszystkie narzędzia do manicure. Na stoliku obok ułożyłam całą kolekcję lakierów, żeby nacieszyć tym kolorowym dobytkiem oczy.
    Nie wiem czy Feta nie zauważyła, czy też nic nie chciała powiedzieć, ale swojej pracy nie przerwała ani na chwilę. Nie pozostawało nic innego, jak również zakasać rękawy – zdecydowałam się bowiem na najtrudniejszy dla mnie do wykonania –  francuski manicure!
    Kiedy Feta przeszła do polerowania kantów podłogi, ja przycinałam naskórki. Następnie wzięłam się za piłowanie. Nieugięta Feta, polerowała dalej. Po godzinie skończyłam nadawanie kształtu paznokciom i mniej więcej w tym samym czasie, Feta skończyła z polerką. Naprawdę zsynchronizowałyśmy się niesłychanie, bo kiedy ona zaczęła nakładać  na podłogę nabłyszczającą pastę, ja przeszłam do nakładania lakieru. Po dwóch godzinach pracy: paznokcie były gotowe, podłoga wyczyszczona.  I tym samym – zero reakcji ze strony Fety… Nie poddała się ani trochę.
     Po skończeniu głównego pokoju, przeszła do drugiego, a ja tym samym zaczęłam pedicure. Robiłam wszystko ze spokojem, tak że również i palce u nóg zabrały mi dobre dwie godziny. Tyle też  zajęło wymycie podłogi w następnym pokoju, żaluzji oraz framug okien – prawdopodobnie, bo mogłam rozpoznać tylko po odgłosach.
     Dochodziła 13. Paznokcie u rąk i nóg wyglądały fenomenalnie, ale co najgorsze – były skończone! Feta zaś pracowała dalej, tym razem dla odmiany w kuchni. Jakiejkolwiek reakcji z jej  strony – brak!
    Do przyjścia Janiego pozostały jakieś dwie godziny. Odpoczęłam jeszcze chwilę, wyciągnęłam się leżąc na plecach i ziewnęłam. Po czym wstałam i  udałam się po następny babski gadżet. Czy wiecie ile trwa nakładanie kępków  sztucznych rzęs? Potrafi to trwać nawet i półtorej godziny! Czyli jak znalazł!
    Około 15 z pracy wrócił Jani i wtedy to, Feta definitywnie zakończyła sprzątanie żeby powitać syna. Kończenie pracy zapowiedziała oczywiście na jutro, jak można się było spodziewać – z samego rana.
    Kiedy zawołała nas na obiad, przekonałam się o dwóch ważnych rzeczach:
1)jeśli przykleja się rzęsy na dolnej i górnej powiece – wygląda się co najmniej dziwacznie,
2)uczenie się od matki natury ładnie brzmi, ale sposób na „leniwego kota” w tym wypadku był totalną kalpą.
    Kiedy bowiem zobaczyłam nasz piękny stół, nakryty jakimś nieznajomym obrusem z jeszcze bardziej nieznaną zastawą, myślałam  że ze złości pęknę!  Mieszkanie przepełnione było czystością, którą spotkać można jedynie na oddziałach chorób zakaźnych. W kuchennych szafkach zamieszkały nowe szklanki, talerze, garnki. Nowe ścierki i ręczniki. Ponadto –  te wymyślne plany „co by tu jeszcze”. No cóż… zwrot grzecznościowy „czuj się jak u siebie”, został trochę nadinterpretowany. A tymczasem to ja poczułam się jak gość we własnym domu.
     Sposób na “leniwego kota” zupełnie nie wypalił, a ja stwierdziłam że na nic mi te piękne paznokcie. Znów poszłam na spacer, żeby przejść znaną mi już  trasę po rozum do głowy. I wtedy wymyśliłam rozwiązanie trzecie.  Czekała mnie długa rozmowa z Janim…
 (c.d.n.)

Konkurs na kurę domową (czyli rozwiązanie pierwsze)… piątek, 20 lipca 2012

     Wizyta, której nie ukrywając bardzo się obawiałam, była jedynie przesunięta w czasie. Dobrze o tym wiedziałam – konfrontacja moich obaw z rzeczywistością, musiała nastąpić.
      Do odwiedzin Fety wraz z Pomidorem przygotowywałam się dokładnie cały tydzień. Zaczęłam od mycia podłóg. Później przeszłam do okien. Wymyłam również wszystkie okiennice. Wyszorowałam nawet ściany tam gdzie były jakieś zabrudzenia. Odkurzyłam zupełnie przecież nową kanapę. Szklanki, kubki, sztućce i talerze czyściłam dwa razy. Wymyłam, wyszorowałam, wyczyściłam dokładnie wszystko co było tylko możliwe. Na koniec przykryłam stół wyprasowanym w kant obrusem, a na środku postawiłam wazon ze świeżymi kwiatami.
      Dom wypełniła perfekcyjna nad-czystość. W powietrzu nie zdołał jeszcze opaść zapach płynu do czyszczenia, proszku do prania oraz chloru. Mieszkanie z pewnością wygrałoby każdy możliwy konkurs czystości.
      Feta z Pomidorem przyjechali późnym wieczorem, a od razu po ich przybyciu udaliśmy się na wspólną kawę. Za morzem zachodziło właśnie słońce. Po jego zupełnym zajściu czuć było wytchnienie, po kolejnym piekielnie gorącym dniu. Siedzieliśmy pijąc kawę, a ja poczułam, że robi się naprawdę miło.
     „Moja wyobraźnia chyba się zagalopowała”. – pomyślałam, patrząc na sympatycznie  uśmiechniętą Fetę. Atmosfera sprzyjała szczerej rozmowie, szczególnie kiedy zamówiliśmy wino.
-Pani Feto… – zaczęłam. – Muszę się do czegoś przyznać… Stresowałam się trochę przed waszymi odwiedzinami.
-Dlaczego? – spytała Feta.
-No, na przykład… męczyło mnie pytanie: kto ma gotować?  Zawsze to pani nas gościła. Ale mam nadzieję, że teraz my będziemy mogli się odwdzięczyć.
-Dziecko drogie! Nic się nie martw! Jesteś taka kochana. Chcę tylko, żebyś wiedziała –  bardzo szanuje to, że teraz ty jesteś panią domu. Każda decyzja należy więc do ciebie.
      Poczułam wielką ulgę. Kamień z serca – Feta okazała się po prostu miła. Rozmawiałyśmy jeszcze długo, o tym co chcemy zrobić w domu, jak go zmienić, upiększyć i jakie są nasze  plany i marzenia na przyszłość.
      Tej nocy zasnęłam w błogim spokoju, z poczuciem, że wszystko jest w najlepszym porządku: dosłownie i w przenośni.
       
      Wczesnym rankiem zbudził mnie stukot zamykanych i otwieranych drzwi. Zeszłam na dół, żeby zbadać co się dzieje. To co zobaczyłam w żaden sposób nie pokrywało się z moim wcześniejszym snem. Zapomniałam… Specjalnością Fety nie jest bowiem przecież gotowanie. Feta to prawdziwy maniak jeśli chodzi o domowe porządki.
-Pani Feto… Ale o co chodzi? – powiedziałam schodząc ze schodów jeszcze w pidżamie.
Cała kuchnia wypełniona była środkami czystości, również i takimi które widziałam pierwszy raz w życiu. Na co komu aż dwie wielkie butle chloru? I po co do cholery spirytus i benzyna?
    Feta odwróciła się od okna, które właśnie polerowała:
-Dziecko drogie – przecież przyjechaliśmy wam pomóc!
-Pomóc, ale w czym? Wszystko jest wysprzątane…
-Czy nie widzisz tych kropek po farbie na oknie? A na podłodze – przecież tutaj wszędzie są plamy.
     Nie wiele myśląc, wpadłam do łazienki żeby szybko się umyć. Ubrałam się z prędkością wzywanego do akcji strażaka. Chwyciłam pierwszą, lepszą broń: druciak i płyn do mycia okien.  Stojąc przy szybie wytężyłam wzrok w poszukiwaniu jakiejś plamy, po farbie, po palcach, po czymkolwiek. I kiedy tak stałam przy oknie, gapiąc się na szybę, z twarzą skoncentrowaną jakbym rozwiązywała jakieś matematyczne zadanie, doszło do mnie – co ja właściwie robię? Czy ja naprawdę właśnie szukam na szybie plamek i chcę czyścić ją trzeci raz? A potem znów zacząć polerować  tą samą podłogę? Przecież czystsza już nigdy nie będzie!
      Rzuciłam wszystko w kąt i tak jak stałam wyszłam z mieszkania. Szłam prosto przed siebie, dziękując Bogu, że z miną jakbym właśnie szła kogoś udusić, nie spotkałam nikogo. Przecież tu nie chodzi o żadne plamy na szybie… Nie chodzi też o czystą czy brudną podłogę… Kiedy więc ja byłam już na plaży, walka o dominacje w domu trwała w najlepsze.
    Przytomność umysłu wróciła mi po dwóch kwadransach  wpatrywania się w fale. Wiedziałam już, że branie udziału w konkursie na kurę domową nie ma najmniejszego sensu i nie jest żadnym rozwiązaniem. No cóż, jeśli będzie konieczność, to sama medal czystości Fecie po pierwsze zrobię, a po drugie jej go wręczę.
    Wróciłam, kiedy wrócił też i Jani. Dom został wyczyszczony po raz drugi. Przestawione były również meble. A na następny dzień zapowiedziana była… kontynuacja…
    Wieczorem zadzwoniłam do domu i odbyłam długą rozmowę ze swoją mamą. Wypłakałam i wykrzyczałam ze złości, całe trzy opakowania chusteczek.  W tle na ekranie video – rozmowy, leżała sobie moja kotka. Przez całe dwie godziny, zmieniła pozycję góra trzy razy, głównie po to żeby podrapać się po uchu i wydobyć coś ze swojego paznokcia. Kiedy tak patrzyłam na moją zrelaksowaną do granic możliwości kotkę, zapaliła mi się w głowie lampka. Pomysł typu eureka! Tak łatwo się przecież nie poddam…
(c.d.n.)

Burza w szklance wody… czwartek, 12 lipca 2012

     Zdarzyło się to już dobrych kilka tygodni temu. Potraktujmy więc to jako małą retrospekcję…
    Był to jeden ze zwykłych dni, w okresie kiedy pomieszkiwaliśmy jeszcze w domu kuzyna – Czosnka. Powoli pakowaliśmy już nasze walizki, bo ciągle przesuwany w czasie termin przeprowadzki, zbliżał się wielkimi krokami.
    Stałam w łazience i myłam zęby. Zadzwonił telefon. Odebrał go Jani, a ja chcąc nie chcąc zrozumiałam całą rozmowę. Całe szczęście w tym nieszczęściu…
***
     Zgodnie z telefoniczną zapowiedzią, Feta wraz z mężem przyjechali jakieś trzy dni po naszej przeprowadzce  do Cytrynowego Domu. No cóż – w warunkach, kiedy jedynym meblem jest  podwójny materac, o prawdziwe goszczenie jest dość ciężko. Ale  najbliższej rodzinie trudno odmówić. Ja jednak  nie przestawałam drapać się po głowie, próbując dociec, o co w tak wczesnych odwiedzinach chodzi?
     Feta z Pomidorem musieli spać właściwie na podłodze. Jakoś tą noc  przeżyli. Rano Jani znalazł się w pracy, Pomidor wciąż coś naprawiał, a ja z Fetą zostałyśmy same. Ranek dość szybko minął i wielkimi krokami zaczęła zbliżać się pora obiadowa. Trudno jest gotować bez lodówki i kuchenki. Więc razem z Fetą  uzgodniłyśmy, że najlepszym daniem, które możemy wspólnie zrobić, będzie … sałatka po grecku.
-Nie tnij tak cienko tego ogórka. – powiedziała Feta, kiedy zabierałam się za pierwszy składnik. – W oryginalnej sałatce, wszystkie składniki tnie się  grubo.
-Kawałki są w sam raz. – grzecznie odpowiedziałam. – Nie można przesadzać też w drugą stronę.
-Dorota, dziecko drogie – przecież dobrze wiem co mówię…
-Pani Feto, te plastry są naprawdę dość grube. Właśnie takie są idealne.
-Czy chcesz, żeby ktoś się tym ogórkiem udławił? Przecież to dla waszego dobra!
-Z całym szacunkiem – to lekka przesada. – odpowiedziałam trochę hamując emocje.
     Feta tymczasem wzięła drugiego ogórka i zaczęła ciąg go w kilkucentymetrowe plastry.
-Zobacz jak to się naprawdę robi – ja cię nauczę. Poza tym, Jani naprawdę nie lubi, kiedy plastry są za cienkie.
-Nie zauważyłam, żeby miał z cienkimi problem.
-Wiesz co… To może ja wszystko dokończę.
      Stanęłam jak wryta, kiedy dosłownie odepchnęła mnie od deski z nożem, a z ręki wyrwała ogórka.
-Ty możesz właściwie już iść, ja tu  wszystko do końca zrobię.
     Przełknęłam znacząco ślinę. Ogórek, nóż, deseczka do krojenia oraz wielka miska z motywem cytryny, należały przecież do mnie.
-A tak w ogóle… Miałam ciebie zapytać: dlaczego w tym domu wszędzie są cytryny? Czy to jakiś motyw przewodni? – mówiła podczas krojenia. – Wygląda to  trochę tandetnie. Lepiej by tutaj pasowały róże. Dajmy na to … czerwone. Jak ja je lubię! Nasadzimy je tu wszędzie. Zobaczysz – dopiero wtedy będzie naprawdę pięknie!
     W tym momencie straciłam nad sobą kontrolę. Nie myślałam nad tym co robię. Odepchnęłam Fetę i wyrwałam jej z ręki nóż. Pokrojone plastry ogórka zaczęłam ciąć na jeszcze mniejsze. Tym razem to Fetę zatkało.
-Co ty wyprawiasz?! – podeszła do mnie i mnie spoliczkowała.
     Zabolało. Ale starałam się niczego nie pokazać. Z szafki,  która była  obok wyjęłam wielki mikser – prezent od Fety. W przeciągu trzech sekund znalazły się tam wszystkie kawałki ogórka i zmieniły się  w ogórkowe  puree.
-Ty nie masz za grosz szacunku! Poza tym, o gotowaniu nic nie wiesz! – powiedziała i uderzyła mnie po raz drugi.
    Po jednym ciosie można zagryźć zęby, ale kiedy ignoruje się ten drugi… Z kuchenki  wyjęłam wielką patelnię. Zamachnęłam się raz, ale  porządnie …
-Boże … Co tu się dzieję? – powiedział Jani, kiedy wszedł do kuchni. Wszystkie talerze były porozbijane. Nie uchowała się ani jedna szklanka. Mikser ze zmiksowanymi ogórkami, leżał w częściach  na podłodze. Gdzieś pomiędzy pobitym szkłem, widać było wyrwany z mojej głowy kłębek włosów. Z nosa Fety leniwie  leciała krew. Firanki, żaluzje – ściągnięte na podłodze. Przewrócony  kosz na śmieci. Właściwie wszystko co było w szafkach i szufladach znalazło się  na zewnątrz.
-Co wy robicie? – spytał Jani.
-Synku! Synusiu! Ona cię chciała zabić i to… ogórkiem! – Feta wstała z kitką na włosach, która przemieściła się do samego ucha, po czym  rzucała się Janiemu w ramiona. Nie zdążyła jednak, bo pod moją ręką była druga, jeszcze większa patelnia…
***
   Obudziłam się cała zlana potem. Byłam dosłownie mokra. Spojrzałam na zegarek – dochodziła czwarta nad ranem. „Boże, co to był za koszmar?”. Poszłam do łazienki, żeby przemyć twarz. W lustrze spojrzałam sobie prosto w oczy. Jak to dobrze, że to nie była rzeczywistość. Złapałam się za włosy – na szczęście  miałam je wszystkie. Znikły też wszystkie rany i zadrapania. Co za sen…
    Następnego dnia rano, Jani zadzwonił do domu. Są w życiu sytuacje, kiedy można  odrobinę skłamać. Powiedzieliśmy,  że przeprowadzkę znów przesunięto i musimy nadal  czekać. Wizytę Fety z mężem trzeba było więc przesunąć.  To było jakieś rozwiązanie, ale dobrze  o tym wiedziałam – tylko tymczasowe. Wizyta miała odbyć się przecież nieco  później…

Koniec podróży… środa, 27 czerwca 2012

         Dopiero właściwie dzisiaj rano, po ostatnim dniu sprzątania, sortowania, układania… poczułam że jestem u siebie. Ogarnięcie całego bałaganu trwało dobry tydzień. Przez pierwsze dni nie mieliśmy nawet kuchenki, a lodówka istniała tylko w marzeniach. Przez dwa tygodnie naszym jedynym meblem była rozkładana kanapa. To właściwie na niej rozgrywało się całe codzienne życie.
      Końca prac nie widać, a do upragnionego ideału jeszcze sporo. Mimo wszystko, można poczuć się już jak  u siebie. Najpotrzebniejsze meble są ustawione. Kuchenka z lodówką działają, a ubrania mieszkają już w swoich szafach.
     Z tą miłą świadomością, że podstawowe sprawy są już załatwione, wczoraj wieczorem usiadłam z plikiem wnętrzarskich gazet. Zbierałam je przez cały okres czekania na dom, ale mieszkając po kątach, nie miałam najmniejszej ochoty, żeby do nich nawet zerknąć.  Być może jeszcze wtedy, kosztowałoby mnie to trochę emocji. I dopiero wczoraj wieczorem, kiedy na oknie w kuchni zawisła pierwsza firanka, poczułam że – mojej podróży na teraz  już koniec. Skończył się dziesięciomiesięczny okres mieszkania na walizkach. Teraz jesteśmy już  u siebie.
       Ten mały fragment, ktoś napisał chyba dla mnie (wiosenny numer Werandy)…

Pierwsza noc w Cytrynowym Domu… No cóż – rzeczywistość daleka była od mojej bajki… piątek, 22 czerwca 2012

       
      Po pierwszej nocy w nowym domu zostało już tylko wspomnienie. Mogę dodać – na całe szczęście. My dziewczyny, zdaje się – lubimy wymyślać bajki. Wszystko przez te romantyczne komedie, lalki Barbie, modelki z gazet typu Cosmo, czy też te babskie seriale. A prawdziwe życie jest znacznie… ujmijmy to – zabawniejsze.
      Na perspektywę spędzenia pierwszego dnia i pierwszej nocy w nowym domu, promieniałam z radości. Myślałam – będzie pięknie! To naprawdę cudowne – w końcu na swoim! Jedna z chwil typu „do zapamiętania”.
      Rzeczywistość jednak diametralnie różniła się od mojej bajki. Aż sama się dziwię, że tak to pięknie obmyśliłam, jakbym na chwilę straciła kontakt z rzeczywistością.
       Zacznę od początku… Sama przeprowadzka, w prawie czterdziestostopniowym upale, trwała dobre pół dnia. Ze stosem waliz, tekturowych pudeł i toreb z Ikeai, musieliśmy wyglądać jak uchodźcy, taszczący cały dobytek przez miasteczko. W jedną i w drugą stronę. A kiedy wszystko zostało już przeniesione, okazało się że zapomnieliśmy o jednym – nie mamy przecież mebli. Ups… Jak to zazwyczaj – nie dowieźli na czas, czy też znowu zapomnieli. Prócz stosu ubrań, butów, zestawu garnków, talerzy, kubków i szklanek oraz ratującego sytuację materaca, w domu nie było nic – puste przestrzenie. No i to niesamowite eeeechoooo…
     Można uznać, że Jani był szczęściarzem, bo tej doby  pracował w nocy. Ja miałam zostać zupełnie sama. Zdaję sobie sprawę, że jest to niedorzeczne. Niech się śmieje, kto chce – ale ja w nocy boję się duchów – śpię więc zawsze z włączoną nocną lampką.  I tym razem nie wyobrażałam sobie zasnąć inaczej. Tak więc przebrałam się w pidżamę. Umyłam i nakremowałam. Poczytałam chwilę przed zaśnięciem i wtuliłam się w poduszkę, z ciekawością co też przyniesie mi mój pierwszy sen.
      Światełko było włączone. Temperatura ponad trzydzieści stopni. Więc okna otworzone, jak się rozumie  – do granic możliwości.
      Tymczasem na „parapetówkę”, której tej nocy wcale jeszcze nie planowałam, pierwsza weszła tłusta stonoga. Szła spokojnie i powoli, a kiedy doszła do światła, przysiadła sobie wygodnie czekając na następnych gości. Kilka minut później doszła druga koleżanka, a po chwili znalazła się i trzecia. Potem rześko wparowała gigantyczna mrówka, wielkości paznokcia. Od razu zrobiło się im weselej. Imprezę można było uznać za oficjalnie rozpoczętą, kiedy znalazł się konik polny – w całym pokoju rozbrzmiało coś jakby trans techno. Później wbiła również ćma, która wesoło podfruwała. Nie zapominając o podśpiewujące sobie muszce oraz kilku wesołych komarach.  Wszyscy bawili się wyśmienicie – impreza naprawdę udana.
     Kiedy jednak w oknie znalazł się dziki kot, uznałam że to jest już przesada. Trzeba ukrócić te  harce. Rzecz jasna – o zgaszeniu światła nawet nie pomyślałam. Szczelnie więc zamknęłam wszystkie okna. I to był ten błąd.  
     Po kilku minutach muzyka przestała grać, a towarzystwo ucichło. Nie byłam już w stanie stwierdzić właściwie dlaczego – bo na wpół smacznie spałam. Co mi się śniło, tego już zupełnie nie pamiętam, ale kiedy o 6 rano do drzwi zastukał Jani, myślałam że już nie wstanę. Doszłam chwiejnym krokiem, zupełnie jakbym była na gigantycznym kacu, a przecież w zabawie nie brałam nawet udziału. Ledwo trafiłam na drzwi. Głowa bolała mnie tak mocno, że wydawało się iż za chwile wybuchnie. W żołądku zbierało mi się na wymioty.
    Farba! W mieszkaniu nie wyschła jeszcze farba i między innymi dlatego nie pozwalano nam się wprowadzić. Ot, się wyjaśniło…  Nie czuło się jej przy otwartych oknach, ale kiedy się je zamknęło… Całe towarzystwo nocną zabawę przepłaciło życiem. Nie przetrwał nikt. Nóżki leżących do góry brzuchami stonóg, już dawno zdrętwiały. Biedna mucha, wielka mrówka, wszystkie te  śmieszne stonogi, nie mówiąc już o koniku, który przecież chciał sobie  tylko pograć… Wszyscy nieżywi. Ja w sumie też nie za bardzo od towarzystwa się odróżniałam.
-Aleś ty głupia! – skwitował śmiejąc się Czosnek. – I zobaczyłaś w końcu tego ducha? – nie przestawał się śmiać.
      Tak więc z wielką tym razem radością, jeszcze na tę jedną noc, z powrotem, bardzo dziękując znaleźliśmy się w domu Czosnka.
      Ale jak mówią: złe – dobrego początki. Tego właśnie się trzymałam, wymiotując w nowym, pięknym, świecącym się  klozecie.
Oto krótka foto – prezentacja. Zdjęcia domu z pierwszych kilku dni. Przyznajcie sami … bajka! J JJ

Główna szafa

Nowoczesna meblo – ścianka

“Kominek” już prawie uporządkowany!

Kino domowe

Tylko po co komu ta siekiera???

Cytrynowy dom… czwartek, 14 czerwca 2012

    
       Naprawdę do samego końca nie wierzyłam, że się przeprowadzamy. Po tych wszystkich przejściach… Również do samego końca nie obyło się bez emocji, bo facet który był odpowiedzialny za remont, chciał jeszcze wszystko przedłużyć, żeby dokładnie posprzątać. No cóż, czasami stereotypy na nic się zdają, bo tym razem trafiliśmy na greckiego perfekcjonistę –  w swojej pracy dokładniejszy niż stereotypowy Niemiec.  
     Jani był już spakowany. Ale ja postanowiłam, że ruszę się z miejsca dopiero, kiedy na własne oczy zobaczę klucz! I w końcu zobaczyłam – niepozorny, mały kluczyk do tak długo wyczekiwanego domu. No cóż, zdaje się, że po tych wszystkich przejściach na dobre wyzbyłam się naiwności. To kolejna cenna lekcja, którą dała mi Grecja. Trzeba przyznać – ciężko było, ale pewnie jeszcze kiedyś za to podziękuję. No, może  jeszcze nie teraz, ale po jakimś  czasie…
     Tymczasem, na trzech drzewkach w zachwaszczonym jeszcze ogrodzie, wiszą pięknie dojrzałe, żółte jak słońce cytryny. Przeglądając w czasie czekania na przeprowadzkę różne magazyny wnętrzarskie, zauważyłam że wiele domów ma swój jeden, główny motyw. To świetny pomysł, żeby i dom miał coś określonego, co go charakteryzuje. Motywy marynarskie, Prowansja, Afryka, motyw kota, psa, róży, a nawet sumiastych wąsów JJa w tym wypadku  nie mam żadnych wątpliwości – ten dom jest cytrynowy!

Ufff… To dopiero były emocje! Polska – Grecja 1:1!… piątek, 8 czerwca 2012

    
       Przed chwilą wróciliśmy z meczu – nie sądziłam, że tak bardzo mi się spodoba! Mecz był naprawdę fascynujący, a na dodatek pierwszy raz w życiu obejrzałam dokładnie cały!
     Szkoda tylko, że nie wygraliśmy, ale nie ma co narzekać, bo nasze Orzełki na greckim ekranie prezentowały się wyśmienicie! A jest to nie tylko moje zdanie, ale i opinia Greków, z którymi oglądaliśmy to widowisko.
    Więc to tak właśnie wygląda – to całe kibicowanie! To niesamowite, że podczas półtorej godziny, można przeżyć chyba wszystkie emocje, jakie możliwe są do przeżycia. Na dodatek ci dzielni piłkarze… że też chce się im tak biegać J
    Muszę przyznać, że to bardzo nietypowe uczucie, krzyczeć z radości, kiedy pozostali wyrywają sobie z głowy włosy. I na odwrót! Te dwa razy udało mi się nieźle zwieść kilku nieuważnych Greków: kiedy strzeliliśmy gola, no i kiedy to nam strzelono. „Co ona robi?!” – słyszałam komentarze, ale przecież hej! – nie na darmo ubrałam się na biało – czerwono!
    W każdym razie, może nawet lepiej, że nie wygraliśmy, bo Czosnek groził, że jeśli tak się stanie, to dziś będę spać na dworze…
    Będę miała co wspominać: wielki telewizor na tle pięknego morza, zimne piwo i chrupiące orzeszki. Jednak, o tym jestem przekonana… Nie ważne kto tak naprawdę wygrywa, bo i tak szczerze powiedziawszy na piłce nie znam się zupełnie. Z pewnością nie ma bardziej energetyzującego obrazu na świecie, niż widok piłkarza, który właśnie strzelił bramkę.
    Co za emocje! Słonecznego weekendu!!!
***
     A oto i wyniki konkursu!  Przebieg konkursu na najprzystojniejszego greckiego piłkarza, był równie emocjonujący JI tu również mamy remis, bo w  greckiej drużynie jest aż dwóch przystojniaków:
Aleksandros nr 1
Sokrates nr 19
ALEKSANDROS nr1
SOKRATES nr19

    Niezwłocznie przekażę tą miłą wiadomość obu panom!
    Serdeczne gratulacje od Sałatki panowie!

Odliczając dni i godziny… czwartek, 7 czerwca 2012

    No cóż… Trzeba przyznać, że Grecja jest krajem zupełnie pozbawionym logiki. Tak jakby położenie w Europie było czysto umowną sprawą, a tak naprawdę reguły rządzące krajem były, można to ująć – czysto kosmiczne.
      Zapowiadany termin oddania kluczy od naszego mieszkania, czemu towarzyszyły słowa: „tak, na pewno, już na 100% i ani dnia dłużej”… minął we wtorek. O ile dobrze się orientuję dziś jest czwartek. A o ile mnie moje oczy nie mylą, tak zgadza się: jestem dokładnie w tym samym pokoju u kuzyna, dwa wielkie łóżka na przestrzeni 13 metrów kwadratowych, pełno walizek i pudeł. Wszystko się zgadza – nic nie uległo jeszcze zmianie! No i ten  porządeczek wokoło…
    Sytuacja o tyle pozbawiona jest logiki, że tak jak obiecywano – cały dom został już odremontowany. Naprawdę nie mogłam uwierzyć w to co się działo. Przez pierwszy tydzień, rzeczywiście zupełnie nic nie zrobiono – klamka od drzwi nie była nawet tknięta. Jednak w drugim tygodniu… Nie mogłam uwierzyć w to co widzę, obserwując całą sytuację ukryta w pobliskich krzakach…
     Pod mieszkanie przyjechał wielki terenowy samochód. Wysiadło z niego pięciu równie wielkich facetów. Wtargnęli do mieszkania, a później do ogrodu i nie przesadzę zbyt wiele pisząc, że prawie zrównali wszystko z ziemią. Krzyczeli i wrzeszczeli, popijając co jakiś czas piwo, wypalając dziesiątki papierosów, ale przede wszystkim pracując w prawdziwym pocie czoła. Drugiego  dnia działo się to samo, podobnie jak trzeciego,  nawet i w sobotnie popołudnie.
   Zabrali wszystko, co zostało po dawnych lokatorach. W ogrodzie, wielką piłą wycieli wszelkie suche gałęzie i chaszcze. Wywieźli kilogramy starej ziemi, zmieszanej z gruzem. W środku i na zewnątrz pomalowali wszystko co było tylko możliwe, naprawdę wszystko co nadawało się  do malowania. Wymienili na nowe: wannę, umywalkę w łazience i kuchni, kibelek oraz cały zestaw kuchennych szaf.
    Siedziałam w tych krzakach ze szczęką zwisającą do samej ziemi i już sama nie wiedziałam, czy mi się to śni.
    Nie śniło mi się jednak. Zaskoczony był również i Jani, kiedy każdego dnia wkradając się do ogrodu patrzyliśmy na te godne podziwu rezultaty codziennej pracy.
    Przedwczoraj, czyli dokładnie we wtorek prace zostały skończone. Zgodnie z umową. Ani dnia dłużej. Zabrano wiadra, pędzle i piły, a wielki samochód z pięcioma wielkimi mężczyznami odjechał, jak można sądzić – już bezpowrotnie.
    Dom jest gotowy, ku naszemu  zaskoczeniu. Tylko ktoś chyba znów zapomniał o czymś dość istotnym  – DAJCIE NAM W KOŃCU  TE KLUCZE!!!
   
    Tymczasem, moje zmęczenie mieszkaniem w pokoju kuzyna, sięga już zenitu. Również i temperatura w tych 13 kwadratowych metrach nieznośnie wzrasta. Codziennie rano budzę się z myślą: dziś to już chyba nie dam rady… Ale daję – ku mojemu własnemu zaskoczeniu.
    Życie, to konsekwentny nauczyciel. Systematycznie dostaję coraz to nową, ciekawą lekcję. Nauczyłam się właśnie jeszcze jednej ważnej rzeczy. Cierpliwość – cierpliwością, ale chyba nie warto planować życia z wielkim wyprzedzeniem, bo i tak raczej nic z tych planów nie wychodzi. Naprawdę jedyne co warto – to działać w teraźniejszości. Banalne, ale prawdziwe.
    No, a na teraz do odegrania jest bardzo ważny mecz i na tym się koncentruje. Właśnie mi się przypomniało, że w którejś z waliz mam czerwoną sukienkę. Za chwilę ją uprasuję. Potem  znajdę jakiś ładny, biały dodatek. I dopasuję kolczyki.
    Wiem, że rano obudzę się z tą samą myślą, ale mimo to wstanę, a wieczorem pójdę na mecz. Jutro o 18.00 polskiego czasu: gra Polska z Grecją. Choćby nie wiem co się działo, w biało – czerwonym zestawie, w miłym towarzystwie, przy zimnej butelce piwa i moimi ulubionymi chipsami, w barze przy samym morzu i z gigantycznym telewizorem – pierwszy raz w życiu obejrzę cały mecz! J JJ
     Tymczasem, drogi Czytelniku – to już ostatnie godziny, żeby odpowiedzieć na bardzo istotne pytanie: który grecki piłkarz w tym meczu jest najprzystojniejszy??? Temperatura wzrasta, a emocje naprawdę sięgają zenitu…

Dostaliśmy klucz od mieszkania… Nie jeden, a 30!… środa, 23 maja 2012

Drzewko cytrynowe
     Tak jest! Stało się! Nadeszła ta wyczekiwana przez nas tak długo chwila – dostaliśmy klucz od mieszkania. I to wcale nie jeden, a 30! Bo jak to w Grecji, do czego powoli się przyzwyczajam, nie odbyło się bez przygód…
     Nauczyliśmy się właśnie, że w tym kraju nie warto załatwiać spraw „delikatnie”, bo nie przynosi to żadnego rezultatu. Jak się okazało, wniosek o przydział mieszkania Janiego, co można było właściwie przewidzieć, po prostu w tajemniczych okolicznościach zniknął!
    Trudno by dociekać, jak to się właściwie stało – zapewne jest to historia godna dobrego kryminału. Ale do rzeczy…
       Kiedy wezwano nas do biura, gdzie przydzielają mieszkania, otrzymaliśmy trzydzieści różnych kluczy. Cudownie! Trzydzieści różnych mieszkań do wyboru, które stoją zupełnie puste. Tymczasem my przez ponad miesiąc z dwoma łóżkami, zestawem walizek i kartonów ciśniemy się w jednym  pokoiku u kuzyna.
    Z poczuciem ulgi, że nasze pomieszkiwanie na walizkach dobiega już końca i uśmiechniętym od ucha do ucha Janim, wędrowaliśmy więc z domu do domu w poszukiwaniu tego jedynego. Mieszkania były w bardzo różnym stanie, bo wiadomo – kiedy otrzymuje się coś za darmo, prawie nikt o to nie dba. Ja jednak gdzieś podskórnie czułam, że i tym razem nie będzie tak łatwo – „coś się tu święci” – chodziło mi po głowie…
      Po dwóch dniach oglądania i bardzo dokładnych analizach, wybraliśmy według nas to najlepsze. No cóż, samo miasteczko pozostawia wiele do życzenia, tak samo jak kondycja większości domów. Ale kiedy ktoś daje mieszkanie za darmo,  trzeba być już wariatem żeby wybrzydzać.
Widok na dom oraz sąsiadów
   
     Nasz wybrany domek ma całe dwa piętra i całe cztery pokoje. Małą kuchnie, łazienkę z wanną. Jest również i ogródek, w którym można sobie posiedzieć, coś poczytać czy się poopalać. Mimo, że teraz  jest jeszcze porządnie zachwaszczony – ma w sobie ogromny  potencjał: trzy drzewka cytrynowe, jeden dziki grejpfrut, oliwka i wiśnia. Przy tym dwa krzaki rozmarynu i przepięknie pachnący jaśmin! Czego więcej trzeba nam do szczęścia? Może tylko zestawu grabi i łopat oraz pędzli  i farb.
   
     Kolejnego dnia znów znaleźliśmy się w biurze, żeby podpisać  wszelkie papiery i oddać resztę kluczy. Jani z miną jakby wygrał w lotka przywitał się ze starszym mężczyzną, który siedział za wielkim biurkiem.
-No, brawo! Wybraliście! Jeszcze raz przepraszam, za zagubienie waszych dokumentów.  Taki tu bałagan… Ale teraz  już wszystko gotowe. Jeszcze tylko dwa miesiące i możecie się wprowadzać!
      „Jeszcze tylko dwa miesiące!”   jakby ktoś wylał na nas kubeł na wpół zmrożonej wody.
-DWA MIESIĄCE? Ale… dlaczego? – spytał Jani.
Widok na ogródek – czeka nas wiele pracy…
-Zanim oddamy mieszkanie – wszystko trzeba wyremontować.
-Ale… naprawdę nie trzeba… Sami możemy się tym zająć. – powiedział Jani, ale do wyrazu jego twarzy bardziej pasowałby słowa: „błagam cię, zlituj się nad naszym losem – człowieku… daj nam ten śliczny, mały klucz…”
-Jak to nie trzeba! Wszystko będzie zrobione na cacy! Nic się nie martw – dwa miesiące i gotowe!
      Jani błagał jak mógł, patrząc prawie ze łzami w oczach jak odbierają nam ten jedyny, wyczekiwany i wybrany klucz od domu. Przed remontem zapierał się rękami i nogami, deklarował że naprawdę wszystko zrobimy sami i nawet podpiszemy, że stan mieszkania jest idealny. Każdy kto przez choć jakiś czas mieszkał „na walizce” wie, że na dłuższy czas jest to nie –  do – zniesienia. Grecy jednak mają taką cechę, że kiedy się na coś uprą – nie ma na nich siły, do niczego nie dadzą się przekonać. Są naprawdę niesamowicie upartymi ludźmi.
-Posłuchaj mnie młody człowieku… – starszy mężczyzna aż wstał zza biurka. – To jest moja praca i wykonuje ją już od trzydziestu lat. Moim zadaniem jest – remontować. Kazali mi doprowadzić ten dom do porządku i jak Bóg mi światkiem – ja to zrobię! Trzeba się szanować, młody człowieku i zasługujesz na to, żeby mieszkać w godnych warunkach. I  ja ci je chłopcze, zapewnie. – mężczyzna siadł wyraźnie usatysfakcjonowany ze swojego przemyślnego  monologu. Z uniesioną wysoko do góry głową i typową grecką dumą na twarzy spojrzał na Janiego.
Dalsza część ogródka
    
      Nie wiem, o czym dalej rozmawiali i co takiego Jani mu odpowiedział, bo  już nie byłam w stanie tego słuchać. W każdym razie mężczyzna poszedł trochę na rękę i jego ostatnie słowa brzmiały:
-Trzy tygodnie, młody człowieku. Daj mi trzy tygodnie!
     Nadal więc czekamy. Czasami bliżej wieczora, kiedy robi się już ciemno, wdrapujemy się na wielki płot i przeskakujemy do naszego przyszłego ogrodu. Remontu jednak ani śladu, a od pamiętnej rozmowy upłynął już tydzień. Wygląda na to, że nikt nie dotknął jeszcze nawet klamki.
     Wczoraj jednak nastąpił pewien przełom. Bo kiedy przechodziłam obok domu, zobaczyłam wielką furgonetkę. Z ciekawością podeszłam bliżej i podpatrywałam zza krzaków. Dwaj robotnicy otworzyli drzwi do mieszkania! Po czym spokojnie wyciągnęli drugie śniadanie… Wypalili po papierosie i zostawili dwa papierowe kubki niedopitej kawy. Innych rezultatów  pracy brak…
     Pozdrowienia z jak zawsze wesołej Grecji!
Krzak rozmarynu

Emigracja potrafi dać w kość, ale … jak było 100 lat temu?… piątek, 18 maja 2012

Dit Vasilovich Boika
    No cóż… Każdy, kto przynajmniej na jakiś czas zetknął się z emigracją, wie że bycie „wędrownym ptakiem” nie zawsze jest łatwe. Czasem przychodzą ciężkie momenty, chce się wtedy  wracać teraz, natychmiast i człowiek czuje, jakby życie podkładało pod nogi jedynie same  kłody. I takie momenty się zdarzają… Być może w takich właśnie chwilach pokrzepiający jest fakt, że kiedyś było znacznie, znacznie ciężej. I nie mam tu na myśli braku internetu, rozmów przez Skype’a, telewizji satelitarnej, czy też telefonów… Przeczytajcie – ile w tej opowieści jest prawdy, a na ile jest ona legendą – tego nie wiem, ale pewnie nie to jest tu najważniejsze…
***
       Mógł być to rok 1930. Gdzieś w zachodniej Rosji osierocone zostało dziecko. Chłopiec miał 10 może 11 lat i dokładnie sam nie wiedział, jak to się stało że jego rodzice umarli. Nie wiedział, czy też chciał o tym szybko zapomnieć, wypierając traumę z pamięci. Podobnie  zapomnieć chciał o tym jak w tych latach żyło się w Rosji. Musiało być naprawdę tragicznie, bo dziesięciolatek tak jak stał postanowił, że ruszy przed siebie. Dołączył do grupy emigrantów, która wędrowała na zachód. Nie wiadomo ile dokładnie zabrała im ta droga, ale po pewnym czasie dotarli do statku, który miał przewieść ich przez morze. Chłopca nie chcieli wpuścić na pokład, bo nie miał przy sobie grosza i nie mógł wykupić biletu. Ale musiał być po pierwsze niesamowicie uparty (nazywają to chyba wolą życia), a po drugie niezwykle sprytny, bo przemknął niezauważony i całą drogę się ukrywał.
      Statek dobił do wybrzeża Grecji i zacumował w Pireusie. Fakt, że dzieciak przeżył – można właściwie nazwać cudem.      
     Dziecko było wygłodniałe. Zapewne musiało wyglądać jak mały szczeniak wypuszczony ze schroniska, w którym zwierzęta raczej się katuje. Jak to się stało, że wszystko wytrzymał – szkoda, że nie umiał pisać, żeby prowadzić wtedy dziennik.
Oliwa z Oliwek kilkanaście lat temu
       Dotarł w końcu do małej wioski, która składała się właściwie z kilku chat. Nieopodal jednej rósł wiśniowy sad. Dziesięciolatek wdrapał się na jedno z drzew i zaczął jeść wiśnie. Jadł tyle, ile mógł. I kiedy tak się zajadał, usłyszał że ktoś biegnie w jego stronę i krzyczy. Chłopak, który był niewiele starszy od niego zrzucił go z drzewa i zaczął okładać.
    Mały gdzieś w środku pękł. I jak się okazało – bardzo dobrze zrobił.
-Boże! Co jeszcze gorszego może mi się przytrafić?! Nie mam rodziców, nie mam nikogo. Jestem głodny, wszystko mnie boli i jeszcze na dodatek mnie biją! – krzyczał po rosyjsku przez łzy.
     Dziwnym trafem, ten który go okładał zrozumiał co mówił mały Rosjanin i natychmiast przestał bić. W tym samym języku spytał się skąd właściwie pochodzi jego ofiara i jak tutaj się znalazła.
     Chłopiec pamiętał, że nazywa się Dit Vasilovich Boika, co później było jedyną pewną informacją w jego dokumentach.
    Starszy chłopak, który jeszcze przed chwilą go bił, rzucił się na małego i tym razem zaczął go przytulać. Jak się okazało po długiej rozmowie i ustalaniu faktów … byli braćmi. Prawdopodobnie, bo przecież w tych czasach mało rzeczy było pewnych.
    Starszy brat zapoznał go z rodziną rolników, która potrzebowała do pomocy parobka. Nazywali go Janisem, a nazwisko przekształcono. Chłopcu się poszczęściło, bo traktowali go jak syna. Brat mieszkał po sąsiedzku i pewnie jeszcze nie jeden raz zajadali się razem wiśniami.
    Po kilku latach, początkowo wszyscy  sprzeciwiali się temu, że młody Rosjanin, który właściwie na dobre zapomniał już  rosyjskiego, związał się z córką swojego opiekuna. Nikt jednak nie mógł na to nic poradzić, bo miłość przecież nigdy grzecznie nie puka do drzwi pytając kogoś o zdanie. Wkrótce odbył się ślub.
Dzieci Oliwy z Oliwek i Dita Vasilovicha Boiki. To najmłodsze jest ojcem Janiego.
     Mimo tego, że mąż Oliwy z Oliwek miał naprawdę ciężkie życie, nawet mimo braku zębów, nie przejmując się tym, na każdym ze zdjęć się uśmiecha. Zdołał zbudować dom i razem z Oliwą wychować czwórkę wspaniałych dzieci. A na znak szacunku, według starej greckiej tradycji, dokładnie tak samo jak dziadek nazwanych zostało trzech jego wnuków. Oliwie z Oliwek i jej mężowi na pewno  nie zawsze było lekko, mimo tego na każdej fotografii jest on uśmiechnięty. Oliwa śmieje się zawsze razem z nim. A do dziś kiedy go wspomina, w jej oczach pojawiają się dwie błyszczące iskierki. „To był tak dobry człowiek…”  – zawsze dodaje.
     Tak bardzo chciałabym z nim porozmawiać. Niestety, została już tylko ta opowieść czy też  legenda i plik uśmiechniętych fotografii. Jak silny musiał być to człowiek. Jak wiele pewnie miał do opowiedzenia. Na szczęście zostały chociaż te wiekowe już  zdjęcia…
Na tle swojego ogrodu. Podobno robił fenomenalne białe wino:)