z cyklu: JADĘ DO GRECJI NA WAKACJE – Co koniecznie kupić w Grecji?… piątek, 24 sierpnia 2012

 
 
 
 
     Pamiętam, że jednym z pierwszych prezentów jaki dostałam od Janiego, była para nieprzyzwoicie drogich butów. Cena tych  prostych japonek każdemu wydawała się zupełnie niewspółmierna, do tego czym w zasadzie były. Ich podeszwa nie miała nawet pół centymetra. Cienki czarny pasek trzymający stopę. Plus kilka świecących się kamyczków z tyłu. I na tym koniec.
 
-Kupować takie buty – to jest naprawdę szalone! – komentował każdy, kto pytał o ich cenę. No cóż, nie wszystko na tym świecie musi być przecież logiczne.
 
 
     W tym szaleństwie była jednak metoda. Po pierwsze, te buty w swojej prostocie  są niesamowicie piękne. Po drugie, od momentu ich kupna minęło już sześć lat, a ja nie tylko mam je do dziś – wciąż bardzo często je noszę! Są przy tym główną ozdobą mojej obuwniczej kolekcji. Tej niespełna półcentymetrowej podeszwy, po prostu nie da się zedrzeć. Paska podtrzymującego stopę urwać nie można. Nie ma również chyba na świecie takiej siły, żeby wydłubać choć jeden  ze świecących się kamyków. Te buty są piękne. Ale również – niezniszczalne!
 
 
     Dlatego więc jeśli wybieracie się do Grecji, najlepiej jechać tam  na boso! Za to bez greckich butów, jeślibym mogła – zabroniłabym odjeżdżać. Grecką specjalnością, podobnie jak feta,  są buty, a  w szczególności te  na lato. Wariacji na ich temat nie ma końca i trudno znaleźć dwie takie same pary. Poza tym są naprawdę fenomenalne jakościowo. Ceny są najróżniejsze, ale wydając  nawet 50 euro, trzeba mieć świadomość że jest to inwestycja na lata, której się nigdy nie żałuje.
 
        Greczynki nie boją się wybierać nawet najodważniejszych fasonów. Uwielbiają duże, świecące się w letnim słońcu kolorowe  ozdoby. Dlatego właśnie, jeśli spędzacie w Grecji wakacje, zwróccie    szczególną uwagę, na to co dzieje się na greckich stopach. Problem tylko w tym, że naprawdę ciężko będzie oderwać od nich wzrok.
 
 

 

 

 

    

 

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Mietka – nowa lokatorka… poniedziałek, 20 sierpnia 2012

     
       Zaczęło się zupełnie niepozornie. Mała, wychudzona kotka, bez sierści w okolicach nosa, raz na jakiś czas przychodziła do naszego ogrodu  i patrzyła na mnie, siedząc przy oknie. Kotka zjawiła się zazwyczaj rano, a mi robiło się przykro na myśl, że ja jem, a ona jest głodna. Niczego się nie domagała. Zjadała dokładnie wszystko co dostawała, z możliwą tylko dla kotów wrodzoną godnością.
     Nawet się nie spostrzegłam, kiedy zaczęłam nazywać ją Mietka. A kiedy dostała już swoje imię, równie  niepostrzeżenie, mimo że nawet nigdy jej nie pogłaskałam, stała się mi bliska. Bardzo lubiłam, kiedy przychodziła tak co rano, zwłaszcza kiedy byłam w domu sama. Po zjedzonym razem śniadaniu, siadała na parapecie i patrzyła na mnie w niemym  porozumieniu, jakie czasem  zdarza się między człowiekiem, a  jego zwierzakiem. Kto posiada lub choćby posiadał kiedyś w zwierzęciu przyjaciela –  rozumie   bez słowa.
    Po pewnym czasie Mietka nabrała na wadze, jej sierść stała się  świetlista, a brzydka plama z okolicy nosa pokryła się białym meszkiem.
    Szybko okazało się, że za murkiem, w ogrodzie gdzie nikt nie mieszka, Mietka wychowuje czwórkę nowo narodzonych dzieci. Rezolutne kociaki coraz częściej przeskakiwały  na nasz teren. Ot powód jej chudości – Mietka swoje małe karmiła przecież piersią!
      Cała rodzina, nawet mimo, że na współ dzika, w ogrodzie zachowuje się wzorowo. Znając trochę kocie zachowania, karmimy koty tylko dwa razy dziennie. Rano, punkt dziewiąta i  wieczorem kiedy tylko zaczyna rozbrzmiewać dzwonnica kościoła. Kociaki chodzą jak w zegarku, chociaż raczej  go nie używają. Zjedzą co trzeba, trochę pograsują i już ich nie ma.  Mietka zazwyczaj zostaje na parapecie chwilę dłużej, żeby przez kilka minut poobserwować co  takiego robię.
      Koty nigdy nie dają się głaskać, a ja w świadomości ich potencjalnych chorób, nigdy do tego nie dążę. Dla każdego przeciętnego kociarza, już sam widok małych kociaków grasujących w ogrodzie, jest wystarczająco fascynujący.  A fakt, że kotka karmi przy nas mlekiem, to znak szczególnego  zaufania.
-Przecież karmimy je o szóstej! – powiedziałam do Janiego, kiedy przed pójściem spać, skradł się do lodówki, żeby nalać im mleka.
-No dobra. Ale przecież sama powiedziałaś: „Mietka jest samotną matką i na dodatek jeszcze karmi piersią.” Zresztą,  poza nami nie ma tu nikogo…

Z owocami na plażę… sobota, 18 sierpnia 2012

   

   
      Sierpień to prawdziwy szczyt wakacyjnego sezonu. Zdaje się, że tak jest wszędzie. Wtedy też na plażach zaobserwować można rzeczy bardzo ciekawe. Greckie plaże zaludnione  są bowiem tak, że pomiędzy rozłożonymi ręcznikami nie można wbić przysłowiowej igły.
    
     Przeczytałam jakiś czas temu informację, że dieta grecka, a w szczególności kreteńska,  jest uznawana za najzdrowszą w całej Europie. To właśnie dzięki niej Kreteńczycy żyją tak długo. Podstawą tej diety jest oliwa z oliwek, morskie ryby, warzywa i oczywiście owoce.
    Taką dietę stosowano w Grecji kiedyś. A jak wygląda to dzisiaj?
     No cóż… na samo wspomnienie o niegdysiejszej kondycji Greków, łza w oku się kręci. Ja doznaję prawdziwego szoku patrząc zwłaszcza na greckie dzieci. Z przykrością muszę stwierdzić, że tak otyłych maluchów nie widziałam w żadnym innym kraju. Skojarzenie z małymi foczkami nasuwa się niemalże samo. Granie w piłkę na plaży, budowanie zamków z piasku, czy też tradycyjne  pływanie, raczej im nie w głowie. Zazwyczaj wygrzewają się na słońcu, mocząc jedynie pulchniutkie nóżki w słonej wodzie. Aktywność dużej części współczesnych greckich dzieci, ogranicza się do pochłaniania batonika, popijania coli, przegryzanej chipsami, w najlepszym przypadku słonymi orzeszkami.
    Problem otyłości greckich dzieci ciągle rośnie i z tego co jest mi wiadome, ich odsetek powoli staje się najwyższy w Europie. Wina najczęściej stoi po stronie rodziców, bo zazwyczaj dzieci są ich małymi  klonami.
    Na szczęście w sierpniu ludzi  na plaży jest na tyle dużo, że można wyłapać również i te bardzo motywujące przykłady. Matek, które na plaży karmią dzieci owocami, jest znacznie mniej, ale na całe szczęście i one istnieją. Ja jeśli już taką mamę zobaczę, zazwyczaj nie mogę oderwać z podziwu wzroku. Fakt, że są to zazwyczaj bardzo zadbane i szczupłe kobiety, nie jest najważniejszy –  tak samo jak ich dzieci, wyglądają one przede wszystkim zdrowo!
     Prócz olejku do opalania, butli z wodą i kolorowych gazet, przynoszą ze sobą wielkie, wiklinowe kosze czy też nawet przenośne lodówki. Tam zaś znajdują się zestawy najróżniejszych owoców. W dobie tak dostępnych fast foodów, podziwiam takie mamy, a ich dzieci najchętniej bym porwała!
    Co tu dużo mówić –  postanowiłam iść za przykładem tych mądrych kobiet. I od pewnego czasu idąc na plażę, również przynoszę ze sobą świeże owoce. Wylegiwanie się na słońcu w towarzystwie awokado, winogron, pomarańczy czy też bananów,  jest znacznie przyjemniejsze. Niżej, z dumą przedstawiam  moją owocową galerię prosto z  plaży.
    Tymczasem życzę wszystkim miłego, sierpniowego weekendu – już samo to brzmi tak radośnie! Ponieważ czas płynie bardzo szybko i mam w świadomości, że i lato minie, ja postanowiłam cały weekend spędzić na plaży. Oczywiście z moimi owocami!

   

      

„Sałatka” ma już roczek!… środa, 15 sierpnia 2012

     
      Tak jest! „Sałatka” ma już cały roczek, a ja nie mogę się nadziwić jak ten czas szybko płynie! To już cały rok w Grecji. No cóż, nie wszystko było i nie jest jeszcze takie proste. Budowanie życia od zupełnego początku, czasem kosztuje trochę nerwów. Dziś przypomina mi się, jak bardzo się bałam w dzień odlotu… Najważniejsze już jednak osiągnęliśmy – jesteśmy zupełnie na swoim. A ja myślę sobie, że tą najważniejszą jak dotąd decyzję w życiu, podjęłabym również po raz drugi i to bez wahania.
     Mając na uwadze, że ten blog ma już dokładnie rok, chciałabym przybliżyć jego osiągnięcia i statystyki. A więc, całkowita ilość wejść wynosi… Teraz oczywiście żartuje… Żadnych statystyk przybliżać przecież nie będę. Mam tylko nadzieję, że do tego momentu nikt nie przerwał czytania!
      Najcenniejszą rzeczą, jaką dał mi ten blog, jest niesamowita radość, która płynie  z pisania i dzieleniem się moimi spostrzeżeniami, z każdym pojedynczym czytelnikiem. Za każdym razem, kiedy przysiadam do klawiatury nie mogę przestać dziękować, że siedząc w moim niewielkim pokoju, gdzieś na końcu świata, ale zawsze z kubkiem kawy, łączę się z całym kosmosem! Możliwości korzystania z internetu, nie zamieniłabym nawet na możliwość noszenia tych pięknych, długich sukni, jak było to na przykład w baroku. Za żadne skarby! Nawet od bycia barokową damą, sto razy wolę internet!
     Tak niesamowitą radość sprawia mi  czytanie każdego jednego komentarza i na niego odpowiadanie, domyślanie się kim jest nowy członek, czy też wiadomość, że właśnie ktoś czyta będąc w Wietnamie.
    Dlatego też, dziękuję Tobie kochany Czytelniku, że czytasz „Sałatkę” jeden dzień, tydzień, miesiąc, rok – to przecież  bez znaczenia!
    Moc całusów i uścisków przesyłam już jedząc mój sałatkowy „tort”!
      I jeszcze na koniec – być może najważniejsze! Z wielką radością piszę, że kilka dni temu „Sałatce” przybyła młodsza siostra, o skrótowej nazwie „Szminka”. Powstała z myślą przede wszystkim o  kobietach, ale serdecznie zapraszam również i panów. „Szminka” już raczkuje i ma się całkiem dobrze. Dorobiła się  pierwszych członków i kilka przemiłych komentarzy. A o co dokładnie chodzi w moim drugim blogu? Serdecznie zapraszam do czytania:
ZE SZMINKĄ W PODRÓŻY:
http://zeszminkawpodrozy.blogspot.com/

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Noc spadających gwiazd… poniedziałek, 13 sierpnia 2012

      Kiedy po dwóch miesiącach czterdziestodniowego upału w końcu spada deszcz, czuje się taką ulgę, jakby  dopiero zaczęło się oddychać. Świat zaczyna pachnieć i nabiera żywych kolorów. Cokolwiek ważnego by się nie robiło, w jednej sekundzie każdy odkłada wszystko, żeby popatrzeć przez okno na deszcz. Po dwóch miesiącach – to prawdziwy cud świata. Deszcz! Nareszcie deszcz!!!
     I wtedy właśnie zabrakło prądu. Nie na 5, 10 minut, pół godziny, ale na cały wieczór i aż na całą noc. Stałam tak patrząc na wielkie bąble tworzące się na kałużach, kiedy uświadomiłam sobie, że po pierwsze jestem sama, po drugie jest już zupełnie ciemno, a po trzecie – wcale nie chce mi się spać. Sytuacja kryzysowa  – nie ma nawet najmniejszej szansy, żeby sprawdzić co nowego na Pudelku… Nie da się robić zupełnie nic!
     Kiedy po godzinie deszcz przestał padać, przypomniało mi się, że przed wyjściem na nocną zmianę, Jani  wyczytał że jest to noc spadających gwiazd.
    Od zawsze, kiedy patrzyłam na gwiazdy, w głowie miałam przygotowane konkretne życzenie – tak na wszelki wypadek. Gwiazdy mają to do siebie, że spadają w najmniej przewidywalnych sytuacjach. Po czasie ułożyłam więc krótkie zdanie, zawierające w sobie aż trzy życzenia. I to nawet bez przecinka! Z oczywistych względów nie mogę wyjawić jak ono brzmi, ale dzięki tak przemyślnemu przygotowaniu, miałam szanse wypowiedzieć je w życiu już kilka razy.
     Wierzę w magiczną moc czterolistnej koniczynki, w to że dobrze jest codziennie wstawać prawą nogą, ale przede wszystkim, że za każdym razem kiedy dzieje się coś tak magicznego, że właśnie spada gwiazda, to nie można być gapą – trzeba mieć swoje marzenie!
      Dzięki światełku z naładowanej komórki, w ulubionym notesie, ukochanym piórem, spisałam wszystkie swoje życzenia. Jedno po drugi, aż zrobiło się ponad dziesięć. Okazja jedyna w swoim rodzaju, bo kombinować jednym zdaniem wcale nie trzeba. Wyszłam na balkon i czekałam…
    Spadła pierwsza gwiazda. Cicho, zupełnie bezszelestnie, jakby to się tylko zdawało. Potem kolejna i jeszcze następna, a po każdej z nich ja czytałam swoje życzenia. Jedno po drugim, rozglądając się czy na pewno nikt ich słyszy.
     Nie słyszał mam nadzieję nikt. A jeśli już – wątpię żeby zrozumiał. W całym miasteczku nadal nie było prądu. Ani jednego światła, całkowita cisza. Tylko spadające gwiazdy, te moje życzenia i ja.
    Kiedy już położyłam się spać, stwierdziłam, że nie ma bardziej relaksującej rzeczy, niż patrzenie na niebo przed snem. Zdaje się, że będzie to moja conocna praktyka.
    Teraz pozostaje już tylko robić swoje i czekać na spełnienie się magii spadających gwiazd…
    Tymczasem już w tą środę zapraszam na bloga szczególnie serdecznie – zbliżają się pierwsze urodziny „Sałatki”! To nie do wiary, że minął już rok!

z cyklu: JADĘ DO GRECJI NA WAKACJE – „Myślałam, że on miał dobre zamiary…” – czyli czego powinny się strzec dziewczyny jadące do Grecji na wakacje?… piątek, 10 sierpnia 2012

Na zdjęciu boski Antonio. Zdjęcie daje obraz również Czosnka.
      Greek Lover to określenie, które w takiej angielskiej formie, weszło na dobre do języka greckiego. Oznacza ono nic innego jak typowego, greckiego kochasia. Dodam, że jest ich w tym gorącym kraju całkiem sporo.
      Trzy miesiące mieszkania z Czosnkiem, czyli kuzynem Janiego, były dla mnie szkołą życia. To właśnie w tym okresie stałam się posiadaczką tajemnej wiedzy… Ku przestrodze dziewczyny! Zamierzam się nią z Wami teraz podzielić…
     Już po  tygodniu mieszkania z Czosnkiem nie przestawałam drapać się po głowie i codziennie pytałam Janiego:
-Jani, to jest po prostu niemożliwe –  że Czosnek ma dziewczynę?
-Żeby   tylko jedną… – zazwyczaj odpowiadał zdawkowo, a ja starałam się drążyć temat głębiej, ciągle pytając:
-Ale? Jak? Z kim? I … dlaczego???
      Każda dziewczyna, która stara się porozmawiać ze swoim facetem na głębsze tematy, typu: uczucia, nastrój, charakter innych osób, wie doskonale jak zaczyna się i kończy taka standardowa rozmowa:
-Daj mi w końcu święty spokój… Nie wiem! I nic mnie to nie obchodzi!
    Męczyć Janiego przestałam, ale te pytania wciąż krążyły mi po głowie.
    Czosnek jest, można powiedzieć – dobrotliwie sympatyczny. Kiedy codziennie rozmawiałam z nim przy obiedzie, kolacji i czasem nawet śniadaniu, myślałam „o! taki niegroźny z niego koleś – dokładnie jakbym siedziała obok wielkiego pluszowego misia”.
    Tak, Czosnek miał w sobie coś z pluszowego stwora. Z tym że przed przytuleniem trzeba by go dobrze wyprać, wysuszyć, a później uczesać. Aż samo się prosiło! Za każdym razem kiedy na Czosnka patrzyłam, miałam nieodpartą ochotę zawlec go pod prysznic, nawet taszcząc za przetłuszczone włosy. Dalszych szczegółów opisu wyglądu oszczędzę.
     Typowy dzień kuzyna nie różnił się za bardzo od każdego poprzedniego. Z dokładnością co do minuty wracał z pracy do domu. Rzucał na bok wielką torbę, zapalał papierosa i patrzył w okno, dłubiąc w nosie. Następnie włączał telewizor i szukał kanału Eurosportu. Kiedy strategiczny kanał był już uruchomiony, z nieodłącznym papierosem w ustach, szurając kapciami z dziurami we wszystkich możliwych miejscach, powoli przesuwał się w stronę lodówki. Ta zawsze była pełna, za sprawą mamusi. Czosnek zawekowane miał wszystko, co tylko zawekować można, a słoiki starczały przeważnie do końca miesiąca.  Zazwyczaj wybierał pierwszy lepszy, zawartość przekładał do talerza i tak  cały zestaw lądował w mikrofalówce. Kiedy zjadł, zapalał następnego papierosa i resztę dnia spędzał przed kanałem z Eurosportem. Można więc stwierdzić, że czynność wkładania jedzenia do mikrofalówki i zapalania papierosa, były jedynymi przejawami aktywności Czosnka po pracy.
-Jak on może mieć dziewczynę?! – ciągle się zastanawiałam.
     Jednak … raz, czy dwa razy na tydzień następowała totalna transformacja. Pamiętam dokładnie, kiedy byłam jej świadkiem ten pierwszy raz. Wtedy też przestałam tak do końca wierzyć w rzeczywistość, którą widzę…
    
      Ktoś zapukał do drzwi naszego pokoju. Te rozchyliły się powoli, jakby coś strasznego za chwilę miało się stać.
    Kiedy zobaczyłam to co kryło się za nimi, poczułam jakby ktoś włączył mi w głowie piosenkę. Była nią dokładnie ta… Usłyszałam jej pierwsze dźwięki…
       Po otwarciu drzwi, Czosnek już nigdy więcej nie był dla mnie tym samym człowiekiem. Zanim jeszcze się rozchyliły, powietrze wypełnił zapach trzech magicznych składników: dobrego whisky, najlepszego cygara i ekskluzywnych męskich perfum. Nie było siły, która mogłaby mnie powstrzymać przed zmierzeniem Czosnka od samych stóp, po czubek jego połyskujących żelem włosów. Buty ze skóry, która była tak wyczyszczona, że musiała świecić w ciemnościach; czarne obcisłe w biodrach spodnie i ta naga klata, na której rozbłyskiwał złoty krzyżyk.
-Dorota, doradź którą założyć? – spytał oczywiście z papierosem w ustach, prezentując dwie identycznie czarne koszule. Przełknęłam ślinę podnosząc szczękę, która wcześniej samoczynnie opadła.
-Tą… – wymamrotałam, pokazując na  którąkolwiek.  Czosnek puścił mi oko i powiedział krótko:
-No i racja. Wychodzę i wrócę nie prędzej niż rano!
      I wyszedł, tak jak zapowiedział … po kilku dniach leżenia w domu. Dokładnie tak samo jak wychodzi tygrys na łowy. Biada dziewczynie, którą spotkał – jedno jest pewne – nie miał ani trochę dobrych zamiarów.
      Następnego dnia, jak zawsze leżał i oglądał transmisję na Eurosporcie.  Jednak tym razem, już z daleka widziałam jak się błyszczy… Eye of the Tiger.

  

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Najzimniejsza ze wszystkich kaw… poniedziałek, 6 sierpnia 2012

      
        Od samego początku lipca, temperatura poniżej 40 stopni nigdy nie spada. A od dwóch miesięcy padało… raz! Nie mam pojęcia jak w takich warunkach radzą sobie te biedne rośliny, ale ja nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez zimnej kawy. Zdaje się, że ta najzimniejsza wersja, której podstawą jest sam lód, jest teraz najlepszym rozwiązaniem. Na dodatek, co jest ogromnym plusem,  prawie taką samą robią w Starbucksie. To nic, że liczba mieszkańców mojego miasteczka ledwo co przekracza tysiąc. Kiedy ze szklanką mrożonej kawy wychodzę na balkon, już pierwszy łyk przenosi mnie do samego  Nowego Jorku! Zupełnie jak na Manhattanie…
     A oto jak tą kawę zrobić…
     Podstawą mrożonej kawy z mlekiem jest oczywiście lód. Przygotowania trzeba jednak zacząć najlepiej już dzień wcześniej. Zamraża się bowiem nie wodę. Głównym składnikiem jest kilka kostek dobrze(!) zamrożonej kawy!

SKŁADNIKI:

·         kilka kostek zamrożonej kawy

·         pół filiżanki kawy o pokojowej temperaturze

·         zimne mleko

·         cukier

·         słomka do picia

JAK TO ZROBIĆ:

Kilka kostek dobrze zamrożonej kawy…

… zalewamy zimnym mlekiem (prawie do końca szklanki)…

…teraz dodajemy cukier…

… oraz około pół filiżanki kawy o pokojowej temperaturze (tak żeby wraz z kostkami lodu porcja kawy pokrywała się z zawartością tradycyjnej filiżanki).

Teraz potrzebny jest blender – mieszaninę dobrze blendujemy.

Jak przy każdej zimnej kawie, przydają się słomki. I gotowe! Tak wygląda kawa po spotkaniu z blenderem!

Rozmowa (czyli rozwiązanie trzecie)… czwartek, 2 sierpnia 2012

      
    Paznokcie miałam piękne, ale nastrój bardzo kiepski. To zdaje się był mój najgorszy dzień w Grecji. Kiedy zbliżał się już wieczór, uświadomiłam sobie, że sama z tym problemem nie dam rady. Nie ma co udawać bohaterki, która radzi sobie ze wszystkim w pojedynkę.
      Późnym wieczorem, ze szczerością jaka może wydarzyć się tylko między bardzo bliskimi osobami, o wszystkim, dokładnie wszystkim, powiedziałam Janiemu. Jak się spodziewałam, rozmowa przepełniona była emocjami. A moje przesłanie streścić można było właściwie do jednego zdania: „bardzo szanuję grecką kulturę i tym samym chciałabym, żeby szanowano również tradycję, w której to ja się wychowałam.” Jani skomentował wszystko poważną miną połączoną z milczeniem. A później poszedł do pokoju, gdzie była Feta, żeby powiedzieć jej dobranoc.
    Nie wyszedł po pięciu minutach. Kwadrans szybko zmienił się w godzinę, a ta z kolei w dwie. Słowo „dobranoc” rozwinęło się w dyskusję, która to przeszła w kłótnie. Drzwi do pokoju były zamknięte, ale co chwila dochodziły stamtąd krzyki z obu stron. Kiedy w greckiej rodzinie dochodzi do kłótni, nigdy nie odbywa się ona ani po cichu, ani  tym bardziej dyskretnie.
     Następnego ranka, zeszłam jak zawsze po schodach, żeby zrobić sobie śniadanie. Tym razem w domu panowała zupełna cisza. Nie miałam pojęcia co takiego poprzedniego wieczoru powiedział Fecie Jani, ale cały zestaw broni był schowany. Znikły wszystkie szczotki i wielki mop. Schowane były również dwie ogromne butle chloru. Wszelkie ścierki, gąbki i pozostałe środki do czyszczenia. Feta zaś siedziała na kanapie. Nieobecna, paliła  papierosa i patrzyła się w okno. Kiedy przyszłam się przywitać, powiedziała:
-Przecież to wszystko było tylko dla twojego dobra… – jej mina zaś dopowiadała: „o! niewdzięcznico!”.  
      Jak się okazało, Feta dostała kategoryczny zakaz sprzątania. Wyglądało na to, że być może płakała. Zawsze ściska mnie z żalu, kiedy widzę jak ktoś inny płacze. Tym razem… aż nie wierzyłam jak to możliwe, ale pozostałam zupełnie niewzruszona. Uświadomiłam sobie, że czasami trzeba mieć odwagę, by odegrać dla kogoś rolę tego złego bohatera.
     Chwilę później Pomidor zabrał Fetę na kawę. Zamykając za sobą drzwi, odwrócił się w moją stronę, uśmiechnął się krótko i mrugnął okiem.
    Wszyscy wrócili, kiedy wrócił też i Jani. Na stole czekał obiad tym razem mojego autorstwa. Nikt nie mógł zaprzeczyć, że kurczak w pieczarkach z przepisu mojej mamy, naprawdę smakuje wyśmienicie.
      Kolejny dzień zbliżał się ku końcowi, tak samo jak wizyta Pomidora z Fetą. Kiedy zaczęło się ściemniać wybraliśmy się z Janim na krótki spacer przy morzu. Usiedliśmy na końcu niewielkiego mostu. Zapadł zmierzch. Niebo było bezchmurne, a powietrze zupełnie przejrzyste. Po drugiej stronie morza, widać było Peloponez, który rozświetlały drobne, kolorowe światła. Pierwszy raz w życiu oboje poczuliśmy, że właśnie staliśmy się dorośli.

Z CYKLU: zacznij lekko poniedziałek – Strach ma tylko wielkie oczy – do miasta samochodem!… poniedziałek, 30 lipca 2012

      Umiejętność jeżdżenia samochodem przydaje się szczególnie jeśli mieszka się w bardzo małej miejscowości. Zawsze wtedy łatwiej jest wyjechać do większego miasta. Dlatego też, kiedy okazało się, że dojeżdżanie autobusem jest w moim przypadku dość trudne, stopniowo, przy każdej okazji trenowałam jeżdżenie po greckich drogach z Janim. Jeśli ktoś był kiedykolwiek w Grecji, wie że używanie samochodu w tym pięknym kraju jest prawdziwym wyzwaniem.
    Trasę, która strategicznie jest dla mnie najważniejsza, miałam już opracowaną. Parkowanie przy wjeździe do miasta wyuczone. Brakowało jeszcze tylko wypchnięcia za burtę na głęboką wodę.
     Pewnie jeszcze długi czas unikałabym pierwszej samotnej podróży, gdyby nie pewne przypadkowe zdarzenie. W ubiegłą środę umówiłam się w mieście z koleżanką i … nie przyjechał autobus. Samochód jak i kluczyki były w domu, a następny ledwo co toczący się wehikuł dopiero za 3 godziny.
-To jest właśnie ten dzień! – pomyślałam chwytając kluczyki.
    Do miasta dojechałam. Udało mi się również zaparkować. Z koleżanką wypiłam kawę. Byłyśmy na zakupach i u fryzjera. A po wszystkim w całości wróciłam do domu i na miejscu, tak jak były wcześniej, odłożyłam kluczyki. Wypad udał się znakomicie, a ja odetchnęłam szeroko się uśmiechając.
-Nie taki diabeł straszny! Naprawdę nie ma się czego obawiać. – powiedziałam do siebie z dumą, już planując następny wyjazd.
    Tak więc miłego poniedziałku kochani! Sukcesów we wszystkich wyzwaniach! Tyle prawdy jest w powiedzeniu, że strach ma wielkie oczy.
    Tymczasem, dla tych którzy są zainteresowani jak mniej więcej wyglądała moja wyprawa, załączam krótki filmik…
    Po tej ostatniej podróży zaczęłam zdawać sobie sprawę, ile barier trzeba pokonać w głowie, żeby naprawdę zadomowić się w innym kraju.  Nie ważne jednak z jaką prędkością idzie się do przodu. Najważniejsze to obrać dobry kierunek!

Na „leniwego kota” (czyli rozwiązanie drugie)… sobota, 28 lipca 2012

źródło: www.imageof.net
    
      Następnego dnia, od samego rana trwała kontynuacja porządków. Tym razem byłam jednak na to przygotowana. Jeśli chodzi o sprzątanie, trzeba to powiedzieć głośno – Feta jest  istnie szalona! Jak więc z czymś niedorzecznym walczyć racjonalnie? Doszłam do wniosku, że normalna reakcja nic tu nie pomoże.
     Poprzedniego dnia rozmawiając przez video – konwersację z moją mamą, na ekranie w tle zobaczyłam moją kotkę. Moja pupilka na każdą życiową sytuację reaguje dokładnie tak samo. Świat może się walić. Jej nigdy nic nie obejdzie. Reakcją na wszystko,  jest leżenie plackiem na plecach i miauczenie. Tylko czasami, tak dla urozmaicenia może podrapać się po uchu, ale absolutnie nic nie jest w stanie wyprowadzić jej z kociej nirwany. Chciałam poczuć się tak samo.
     Przed przyjazdem Fety z Pomidorem sprzątałam cały tydzień. Tak jest – pełne siedem dni! To uczciwe – po tak długim okresie pracy, należy się odpoczynek. Postanowiłam zadbać o siebie, a w szczególności o moje paznokcie!
    Z dołu odbiegały znajome już odgłosy. Tym razem na spokojnie zeszłam po schodach, żeby zrobić sobie śniadanie. Feta pracowała w najlepsze pucując podłogę. Zaproponowałam jej kawę, ale miała już swoją.
    Kiedy zjadłam, Feta była w połowie pucowania, mytej już trzy razy podłogi. Ja tymczasem rozsiadłam się wygodnie na kanapie.
-Dzień paznokcia! – powiedziałam pod nosem po polsku, wyjmując wszystkie narzędzia do manicure. Na stoliku obok ułożyłam całą kolekcję lakierów, żeby nacieszyć tym kolorowym dobytkiem oczy.
    Nie wiem czy Feta nie zauważyła, czy też nic nie chciała powiedzieć, ale swojej pracy nie przerwała ani na chwilę. Nie pozostawało nic innego, jak również zakasać rękawy – zdecydowałam się bowiem na najtrudniejszy dla mnie do wykonania –  francuski manicure!
    Kiedy Feta przeszła do polerowania kantów podłogi, ja przycinałam naskórki. Następnie wzięłam się za piłowanie. Nieugięta Feta, polerowała dalej. Po godzinie skończyłam nadawanie kształtu paznokciom i mniej więcej w tym samym czasie, Feta skończyła z polerką. Naprawdę zsynchronizowałyśmy się niesłychanie, bo kiedy ona zaczęła nakładać  na podłogę nabłyszczającą pastę, ja przeszłam do nakładania lakieru. Po dwóch godzinach pracy: paznokcie były gotowe, podłoga wyczyszczona.  I tym samym – zero reakcji ze strony Fety… Nie poddała się ani trochę.
     Po skończeniu głównego pokoju, przeszła do drugiego, a ja tym samym zaczęłam pedicure. Robiłam wszystko ze spokojem, tak że również i palce u nóg zabrały mi dobre dwie godziny. Tyle też  zajęło wymycie podłogi w następnym pokoju, żaluzji oraz framug okien – prawdopodobnie, bo mogłam rozpoznać tylko po odgłosach.
     Dochodziła 13. Paznokcie u rąk i nóg wyglądały fenomenalnie, ale co najgorsze – były skończone! Feta zaś pracowała dalej, tym razem dla odmiany w kuchni. Jakiejkolwiek reakcji z jej  strony – brak!
    Do przyjścia Janiego pozostały jakieś dwie godziny. Odpoczęłam jeszcze chwilę, wyciągnęłam się leżąc na plecach i ziewnęłam. Po czym wstałam i  udałam się po następny babski gadżet. Czy wiecie ile trwa nakładanie kępków  sztucznych rzęs? Potrafi to trwać nawet i półtorej godziny! Czyli jak znalazł!
    Około 15 z pracy wrócił Jani i wtedy to, Feta definitywnie zakończyła sprzątanie żeby powitać syna. Kończenie pracy zapowiedziała oczywiście na jutro, jak można się było spodziewać – z samego rana.
    Kiedy zawołała nas na obiad, przekonałam się o dwóch ważnych rzeczach:
1)jeśli przykleja się rzęsy na dolnej i górnej powiece – wygląda się co najmniej dziwacznie,
2)uczenie się od matki natury ładnie brzmi, ale sposób na „leniwego kota” w tym wypadku był totalną kalpą.
    Kiedy bowiem zobaczyłam nasz piękny stół, nakryty jakimś nieznajomym obrusem z jeszcze bardziej nieznaną zastawą, myślałam  że ze złości pęknę!  Mieszkanie przepełnione było czystością, którą spotkać można jedynie na oddziałach chorób zakaźnych. W kuchennych szafkach zamieszkały nowe szklanki, talerze, garnki. Nowe ścierki i ręczniki. Ponadto –  te wymyślne plany „co by tu jeszcze”. No cóż… zwrot grzecznościowy „czuj się jak u siebie”, został trochę nadinterpretowany. A tymczasem to ja poczułam się jak gość we własnym domu.
     Sposób na “leniwego kota” zupełnie nie wypalił, a ja stwierdziłam że na nic mi te piękne paznokcie. Znów poszłam na spacer, żeby przejść znaną mi już  trasę po rozum do głowy. I wtedy wymyśliłam rozwiązanie trzecie.  Czekała mnie długa rozmowa z Janim…
 (c.d.n.)