Wahadełko… 15 sierpień 2011

Podobno zostało mi tylko mniej więcej dwa lata życia.
Dzięki Bogu nie mam raka, a wyrok został wydany przez wahadełko należące do kobiety z rodzaju wróżek.
Obojętnie czy się podchodzi do tego racjonalnie, czy też nie, wobec słów na temat własnej śmierci nie można zostać całkowicie neutralnym.
Staram się jednak podejść do tego zdrowo – rozsądkowo. No właśnie – staram się, z czego może wynikać, że rezultat nie jest całkowicie zadawalający.
Dobrze, przyznam się bez bicia – te słowa bardzo mną poruszyły.
Właśnie dlatego postanowiłam zmienić swoje życie. Bo jeśli jest choćby najmniejsze ziarenko prawdy w tym co powiedziało wahadełko, każda część mojego mózgu każe mi zawalczyć o siebie i swoje życie. Brzmi może trochę górnolotnie, ale tak właśnie jest.
Nie mając chwili do stracenia postanowiłam sobie cel, czy też cele. Trochę trudno je skonkretyzować, określić precyzyjnym językiem, jakąś zgrabną definicją. Chcę się wybudzić z jakiegoś letargu, w którym jestem, o którym widziałam, ale zupełnie się przed sobą nie przyznawałam. Zabawne, że największym kłamcą człowiek jest wobec siebie. Przestać robić rzeczy na pół gwizdka, wmawiając sobie, że robię naprawdę wszystko na co jest mnie stać. Zajmować się pierdołami, okłamując siebie samą, że są ważne i istotne aby poświęcić na nie czas, który ucieka tak zatrważająco szybko. No właśnie – czas – to ciągłe mówienie, że go nie mam… Przestać mówić, że się nie uda, że coś nie ma sensu. A zacząć żyć pełnią życia, na miarę siebie, bez strachu, wyrzutów sumienia, tak żeby na koniec swoich dni, mieć pełną świadomość, że było się wartym tego życia, wszystkich  asów, które życie wpycha do rękawów, a którymi tak często boje się grać.
Jeśli czytasz dalej – jest to cegiełka do mojego celu. Wielkie dzięki – zrobię wszystko, żeby tego nie zaniechać.
Jest to zapis, który rozpoczyna się 15 sierpnia 2011 roku, w północnej Grecji, jednej z większych miejscowości regionu nazywanego grecką Macedonią. Kilka dni temu spakowałam całe moje życie w 25 kilogramów, oddałam moją ukochaną kotkę pod opiekę mamy i przeprowadziłam się właśnie tu gdzie teraz siedzę, żeby być tu z moim facetem, ponieważ prozaicznie, z różnych małych i dużych powodów w Polsce nam nie wyszło. Pierwszy dzień właśnie mija. Czuję go niesamowicie ciężko na już lekko opadających powiekach, ale też  w adrenalinie, która pewnie będzie utrudniać słodki sen.
Co będę robić jutro? Pojutrze? Za tydzień? Miesiąc? Jak długo będziemy mieszkać z rodzicami? Czy będzie z nimi tak okropnie jak mnie się teraz wydaje? Kim mam tu być? Do czego mogę się przydać? I w końcu, kiedy  będę mogła sprowadzić moją kotkę? Zapuścić jakieś korzonki? W jakikolwiek sposób poczuć się pewnie? Czy może wrócić do ojczyzny z podwieszonym ogonem?
Pierwszy raz w życiu: nie wiem zupełnie niczego i nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić. Nie mam żadnej kotwicy, która dawałaby jakiś pewnik. Plus na dodatek wyrok wahadełka…
Łaskocze mnie w żołądku. Czasem się cieszę. Jedna, wielka sinusoida.
Ale  „Gotowa na wszystko”, idę spać.
Pewna jestem jednej rzeczy: jutro słońce, żadnej chmury na niebie i ponad 30 stopni. Na pewno ubiorę się w jakąś letnią sukienkę. Więc to już coś – jakiś przyjemny pewnik.
Życzę sobie przyjemnego snu!
Dobrej nocy!