Jani zamordował Elwirę… piątek, 9 listopada 2012

 
Listopadowe morze
    
 
 
     Jest listopad. Nawet mimo że temperatura od czasu do czasu wciąż sięga 25 stopniu, w powietrzu od dawna czuć już jesień. Coraz częściej pojawiają się szare dni, w których słońce przykrywają chmury. Pada, a przy tym potrafi wiać okropnie. Z większości greckich wysp, miast, miasteczek już dawno wyjechali ostatni turyści.
 
      Z mojego emigracyjnego doświadczenia widzę, że kolejne etapy zapuszczania korzeni przychodzą równo po sobie. Zanim się zjawią, czasem trzeba uzbroić się w solidną porcję cierpliwości, ale przede wszystkim koncentrować na tym co jest teraz i nie starać się  przyśpieszać niczego na siłę. Taka niecierpliwość na nic się zdaje – trawi jedynie życiową energię.  
     Po roku od przeprowadzki do kraju (jak mówią…) całkowicie pogrążonym w kryzysie, udało nam się równie całkowicie stanąć na nogi. Jesteśmy już w pełni samodzielni. Mamy swoje upragnione mieszkanie. A w te Święta na drzwiach Cytrynowego Domu, powieszę swoją świąteczną kokardę.
    Moja granica „magicznych trzech miesięcy” po przeprowadzce, również jest już za mną. Poznałam kilka przemiłych osób, mam swoje ulubione miejsca. A nasze miasteczko, mimo że wciąż nie jestem jego fanką, przynajmniej mnie już tak bardzo nie straszy.
    Powoli czuję grunt pod stopami, a w mojej głowie coraz częściej pojawia się stan, który mogę nazwać „wewnętrzna równowaga”. Następnym etapem zakorzeniania jest szukanie konkretnej pracy. Zdaje się, że u każdego, kto zaczyna życie w nowym kraju pojawia się taki moment, kiedy można głośno powiedzieć:  „już jestem gotowa”… Obojętnie czym to „coś” będzie.
     U nas wyglądało to w ten sposób…
 
 
       Z Cytrynowego Domu wyjechali już wszyscy wakacyjni goście, którzy w tym roku naprawdę dopisali. Definitywnie skończył się też okres „kolorowych drinków” i wszyscy wokoło wrócili do swoich miejsc pracy. Ja musiałam zostać w domu.
    Myślę, że jeśli  ktoś kiedyś przeżył dłuższy okres siedzenia w pustym mieszkaniu, wie dokładnie o czym teraz piszę. Oczami wyobraźni już widzę las uniesionych rąk 🙂  Oczywiście, zawsze można wyjść na spacer. Poczytać gazetę w kawiarence, czy też wybrać się do sklepu inną, dłuższą drogą. Pobiegać, pojeździć na rowerze. Wyjść do koleżanki. Baza do powrotu zawsze jest jednak  ta sama i z przyczyn oczywistych wracać się po prostu nie chce.
 
    W tym właśnie samotniczym  dla mnie okresie, w naszym mieszkaniu pojawiła się Elwira. Wynajęła sobie niewielki pokoik, tuż pod rurą doprowadzającą wodę w łazience. Elwiry z pewnością nie można było uznać za kobietę typu „inspirująca”, bo właściwie nic przez cały dzień nie robiła. Albo, kto wie… Może w swoim pokoiku zmajstrowała komputer i podkradała nam bezprzewodowy internet? Jeśli sprawdzała co jest na Pudelku, to znaczy że miałyśmy wspólne uzależnienie. Na tym jednak  musiała kończyć się jej aktywność. Wychodziła ze swojego pokoju raz, góra trzy razy na dobę. Była wielka, tłusta, pokraczna a przy tym naprawdę zaniedbana. Lepszy rydz niż nic – przynajmniej od czasu do czasu było z kim chwilę pogadać. Nie to, żeby coś mądrego odpowiedziała. Zachrobotała coś niewyraźnie i  znów znikała. A ja się zastanawiałam, ile ona może w tym swoim pokoju tak siedzieć?
 
     Pewnego dnia Jani wrócił z pracy i usłyszał, jak uzgadniam z Elwirą co mam ugotować. I wtedy się zaczęło… Elwira co prawda nie zaproponowała niczego nadzwyczajnego. Mimo wszystko Jani się nią zainteresował.
    -Co to jest? – spytał z przerażeniem.
    -Poznaj Elwirę! – ta przywitała go tępym wzrokiem.
    -Ale przecież ona nie jest tu zameldowana! – odpowiedział Jani stojąc w drzwiach już z bronią w ręce. Od tego co stało się później, ja umyłam ręce. Poczym poszłam szykować ten nieuzgodniony obiad.
    Kiedy skończyłam, Elwira musiała być już martwa. W domu śmierdziało straszliwie i myślałam, że ja też za chwilę się zatruję.
    Elwira już nigdy się u nas nie  pojawiała i chyba nawet za bardzo nie tęsknie. Następnego dnia po jej śmierci, przygotowałam CV. Kilka zamienionych kwestii przy pierwszym jego wręczaniu, było znacznie wyraźniejsze niż to całe jej chrobotanie. Zdanie: „nie, teraz nikogo nie szukamy” – było dość stanowcze.
   Pierwsze koty za płoty! A podobno nie tak od razu Kraków zbudowano 🙂
 
 
 
Elwira na krótkim spacerze…
 
 
 
 
Przeczytaj więcej:
 
 
 
 
 
 
 

18 thoughts on “Jani zamordował Elwirę… piątek, 9 listopada 2012

  1. No proszę! A to dopiero, artystyczne dłonie i mordercze instynkty, kto by się spodziewał…Ale masz szczęście, że Elwira nie zdążyła sprowadzić swojej rodziny bo podobno jest to gatunek, który jest w stanie przetrwać wybuch bomby atomowej. Bądź dobrej myśli w sprawie pracy, jak mówią we Włoszech ” jeśli w jednym miejscu zamykają się drzwi w innym otwiera się brama”. Powodzenia!

  2. Zycze powodzenia mnie zajelo szukanie pracy 2 lata a i tak teraz pracujac nie moge skakac z radosci bo grecka rzeczywistosc niestety jest jaka jest…ale glowa do gory i nie poddawaj sie 🙂

  3. Niesamowite. 5 listopada 2015 roku, siedzę ja sobie w naszym greckim mieszkaniu i martwię się, że to już 11 miesiąc jak jestem tutaj i nadal nie pracuję… Odnajduję masę swoich historii w Twoich wpisach… muszę w takim razie czytać dalej, żeby dowiedzieć się jak najszybciej co będzie dalej… 🙂 Pozdrawiam z Larisy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *